Dejwid Miedziopolny
Data: 10-12-2004 o godz. 09:00:00
Temat: Kultura


Trzy lata nadziei i dokładnie siedem miesięcy oczekiwania na kolejną wizytę najsłynniejszego magika w Polsce zaowocowały ogromnym podnieceniem i oczekiwaniami wieczoru 9 grudnia 2004 roku.


Bilety pomimo swojej ceny(150-350zł) nie odstraszyły chętnych i całkowity ich brak odnotowano już około 4 miesięcy temu.
Naprawdę oczekiwałam tego wieczoru, bo jak ja, fanka Copperfielda mogłaby przepuścić taką okazję!! Właściwie cały czwartek był jednym wielkim wieczorem, bo tak naprawdę te 13 godzin zaraz po obudzeniu nie były rzeczą na tyle interesującą i mogącą w jakikolwiek sposób przyćmić blask tego, co zdarzyć się miało wieczorem, aby zwracać na nie uwagę. Ciekawa jestem czy chociaż część przyszłych widzów wnętrza Sali Kongreswej miała uczucie, że ich ciało cały czas biegające po twardym asfalcie Warszawy nie ma połączenia z samą ich istotą, która w tym samym czasie szybuje ok 5cm nad stopami.

O godzinie 20.45, siedziałam na twardym, aksamitnym krześle i zastawiałam się, jakiej łamiącej wszelkie zasady fizyki i ludzkiej percepcji iluzji będę miała okazję być tym razem. Zaczęło się i... lipa szczerze mówiąc. Ta sama niebieska koszula co 3 lata temu nie wróżyła nic dobrego... W miarę trwania wielkiego show, mogłam bawić się w zabawę znaną szerokiemu gronu odbiorców: znajdź na obrazku 10 różnic... I gdybym miała to faktycznie wykonać, mogłabym mieć z tym problem.

Ok. Były DWIE iluzje których nie pokazał 3 lata temu (domyślcie się na czym polegał występ zatytułowany:"will you have my baby?";->"), ale oprócz tego nawet gesty były identyczne. No i całość programu była dość okrojona. Zwłaszcza z tych bardziej efektownych sztuczek;-> Miałam wrażenie, że cały wybór repertuaru na ten wieczór był robiony na potoczne "odwal się". Wniosek mimo wszystko przykry... Skoro u nas po ulicach i tak biegają niedźwiedzie polarne, to po co się wysilać. Oni(czyt. widzowie) i tak nic nie zauważą.

Zaprzeczając całej mojej wewnętrznej goryczy, gorzkiej niczym musztarda sarepska, muszę przyznać, że dobrze się bawiłam. Być może jest to kwestia mojej przeogromnej sympatii do tegóż człowieka, a być może jego charyzma robi swoje...
No i mimo wszystko było parę całkiem nowych zestawień słownych, w czym parę ciekawych odniesień do polskich realiów. Mnie się spdobało stwierdzenie, że karty układają się w spiralę, prawie jak kariera Millera.





Artykuł jest z Szkola Reklamy, WSR
http://www.szkolareklamy.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.szkolareklamy.pl/article345.html