Gdyby statystyki, które opisują rzeczywistość, miały nieco większą moc ujrzelibyśmy w kinach polskich np. osobników płci obojga, którzy natychmiast po rozpoczęciu seansu zamieniają się w twory bez głowy, a nawet z połową korpusu. Bo w latach 90. bywało i tak, że statystyczny Polak chodził do kina mniej więcej 0,5 razy.
Dla przykładu: dane GUS i Komitetu Kinematografii informują, że w 1998 roku frekwencja w Polsce wyniosła ok. 20 milionów widzów. W 2000 roku do kina wybrało się ok. 25 mln Polaków, czyli o 25 proc. więcej.
Jednak ten dość gwałtowny wzrost "był robotą" takich ekranizacji, jak "Ogniem i mieczem" (7,1 mln) i "Pana Tadeusza" (5,5 mln widzów). Nie inaczej dzieje się już od tamtych czasów, kiedy to kolejne filmowe liektury szkolne stały się siłą napedową polskiej kinematografii i polskiego rynku kinowego. Zatem przyrost frekwencji nie będzie odbywał się w aż takim tempie. Zwłaszcza z dala od największych aglomeracji.
Głównym rynkiem dla kontraktorów (brokerów) reklam kinowych w Polsce są przede wszystkim miasta o najwyższej populacji, przekraczającej 400 tys. mieszkańców, w których zainteresowanie kinem jest największe.
To takie miasta, jak np. Warszawa, Wrocław, Poznań, Kraków, czy Trójmiasto decydują o wizerunku i rozmiarach polskiego rynku kinowego.
Dla porównania w 40 milionowej Hiszpanii do kina rocznie chodzi 4 razy więcej miłośników filmu niż w Polsce, w 60 milionowej Francji roczna widownia sięga 180 milionów. W l. 80. w Polsce rocznie na kina nacierały tłumy przekraczające 100 milionów, a jednym z najlepiej płatnych etatów był wówczas tzw. konik, sprzedający bilety, kiedy zabrakło ich już w kasie.
Na początku lat 90. nastąpił krach, kina bankrutowały, bo ludzie przestali do kina przychodzić, tj. zaczęli przychodzić coraz rzadziej (tzn. kiedy nawet przyszli do kina to nie po to, żeby jakowyś film zobaczyć ;-)
|