
Ekran przegrywa z życiem
Z prof. dr. hab. Zbigniewem Zaleskim,
psychologiem, rozmawia Andrzej Mańka
Panie Profesorze, właśnie dowiedzieliśmy się, że Internet przestał
istnieć. Koniec z odbieraniem i wysyłaniem e-maili, buszowaniem w Sieci w
poszukiwaniu informacji....
Nie ma Internetu? Nasuwa mi się skojarzenie, chyba scena z jakiegoś filmu:
kończy się życie na ziemi, nie ma ludzi. Zostaje tylko jeden człowiek.
Chodzi po zgliszczach i odbiera nieczytelne sygnały z nadajnika, który
działa tylko dlatego, że wiatr porusza klawiszem nadajnika. Czy taki
rzeczywiście stałby się wtedy świat? Dopuszczałem to oczywiście w myśleniu
katastroficznym, w wymiarze globalnym, że nie ma informacji, fale przestają
działać. Dla mnie byłoby to okropne, jest wyobrażalne...
...ale to byłaby katastrofa?
Tak. Chociaż podźwignęlibyśmy się jakoś, zapewne wrócilibyśmy do prostych
sposobów komunikowania. A ten brak Internetu? Natura człowieka jest taka, że
jak osiągnie wyższy poziom - czegokolwiek - jedzenia, ubierania, sposobu
leczenia, to nie chce się cofać, do stadium gorszego. To jest bardzo silny
mechanizm. Może to jest dobre, że mamy taką potrzebę, że ciągle idziemy do
przodu. Z psychologicznego punktu widzenia, przyzwyczajenie się do czegoś
wygodnego, czyli nasze wyuczenie, nowe nawyki, uzależniają od kolejnych
osiągnięć technologicznych.
Pamiętam, jak kilkanaście lat temu jako badacz akademicki, byłem jednym z
tych, którzy jako pierwsi, w ogóle do KUL i do Polski, przywozili ze Stanów
Zjednoczonych ideę praktycznego zastosowania pierwszych pecetów. Potem
komputerów, ale już sprzęganych w jeden organizm, połączonych w sieć.
Niemożność korzystania z Internetu to dla mnie byłaby wielka szkoda.
Wyobrażam sobie także, jak dużo byłoby potwornego zamieszania w świecie, ile
byłoby różnych kosztów. Musielibyśmy wrócić do przesyłania listów, tego
wszystkiego, co się przesyła teraz, przez Internet. Cały bagaż informacji
musiałby znów spocząć na papierze, a od tego już odwykliśmy. Nie chcemy. A
po drugie czas. Bylibyśmy źli i zawiedzeni, sfrustrowani, ponieważ teraz
liczy się czas, więc powtarzam, że to byłoby niekorzystne.
Moje życie prywatne bardzo mocno wiąże się z tym wygodnym kontaktem przez
Internet. Z moimi dziećmi, z których jedno jest za granicą. Z wieloma moimi
znajomymi rozmawiamy, wymieniamy informacje, poglądy prawie tylko przez
Internet. Mało już piszę listów tradycyjnych. Lubię je otrzymywać, ale
nierealne już jest, aby tylko taką drogą odbywała się moja i naukowa i
prywatna korespondencja. Mam duży respekt i cieszę się z tego, że Internet
jest. Nie chcę już żeby było inaczej.
Jest grupa ludzi, która żyje z tego i gdyby to przepadło, przestało
funkcjonować, to oni popadaliby w stan depresji, może nawet popełnialiby
samobójstwa.
Znaleźlibyśmy się w sytuacji porównywalnej np. z kryzysem w USA w latach 30?
Tak, to byłoby ogromnym kryzysem zwłaszcza dla tych, którzy mają z tego
pieniądze. Są kooperacje ludzi, którzy się nie widzą, a komunikują się za
pomocą Internetu, oni wypracowują jakieś nowe dobra, i to jest to.
Panie Profesorze, przeżył Pan w pierwszych doświadczeniach nieufność, czy
lęk przed Internetem?
Lęk, nieufność - może nie, ale kiedyś przeżyłem taki szok albo duży
dyskomfort niewiedzy. Gdy zacząłem się „uczyć komputera” to miałem jakieś 30
lat. Byłem już doktorem uniwersytetu. I poczułem się głupio, że nie umiem.
Pocieszałem się tym, że obok, za drzwiami siedział dużej klasy profesor
Harold Kelley. Wszyscy wiedzieli, że kupił sobie osobisty komputer. I mówiło
się, że jak Kelley idzie po korytarzu i gwiżdże, to coś mu się udało. Potem
z nim rozmawiałem i dowiedziałem się, że zamykał się na klucz, bo się
wstydził swojej niewiedzy. Ale uczył się aż się nauczył. Drugi słynny
profesor nigdy komputera się nie nauczył, pisał na maszynie cały czas.
Kwestia pewnych barier, nawyków?
Tak, i jeszcze oczekiwanie, że taki profesor powinien wiedzieć. A nie wie,
więc głupio.
Czy Internet jest wynalazkiem na miarę największych osiągnięć w historii
ludzkości, cywilizacji?
Ja podzieliłbym odkrycia i wynalazki na dwa typy: jeden to taki, który ma
ogromne znaczenie, ale bezpośrednio nikt z nas z tego nie korzysta (to np.
dzieło Kopernika). Natomiast są takie wynalazki, które się rozkładają na
każdego człowieka, a więc pismo, pieniądz, tego każdy używa. Internet, to
cały czas jakaś wymiana, jakaś komunikacja, to jest rewelacja. To, żeby
każdy, ze swojego domu (z Wólki Przylubelskiej, jak ja to mówię) gdzie nie
ma nic, nawet energii nie musi być, tylko może być bateria, czy satelita,
mógł komunikować się z całym światem, to jest wielki fenomen.
Mimo wielu lat pracy naukowej na uczelniach amerykańskich, francuskich
i osiągniętej pozycji akademickiej bliska jest Panu sprawa edukacji wsi.
Jakie jest tam miejsce dla Internetu?
Jestem za jak największym rozwojem Internetu na wsi, ale pod warunkiem, że
ta edukacja nie będzie pod dyktatem Sillicon Valley, jeśli to nie będzie
taki czysty wirtualizm nałożony na wsie. Chodzi mi o danie ludziom wsi
możliwości współtworzenia. Samo narzędzie jest neutralne, może być pięknie
kształtowane. Ale niech jeden, czy dwa ośrodki nie kształtują świata, nie
mówią, jaka jest wizja szczęścia, co powinniśmy robić. Nie, niech to
pochodzi stamtąd. Niech mieszkańcy wsi robią swoje strony internetowe. Co
znaczy swoje? Niech wydobywają treści, które są u nich, nie wirtualne, tylko
z ich życia, z ich bogactwa kulturowego. Bo jeśli uważają, że pewne rzeczy
są dla nich ważne, a tu im się próbuje co innego narzucać, to nie będzie
dobra edukacja. To musi być interaktywne, a nie przepływ treści tylko w
jedną stronę, z Sillicon Valley i Hollywood do wsi pod Łęczną.
A czy sądzi Pan, że Internet jest dobrą formą edukowania, czy ludzie w
Polsce dojrzeli już do tego? Przeprowadzał Pan już egzamin przez telefon...
Tak, i za jakieś dwa tygodnie mam kolejny „telefoniczny” egzamin doktorski
na University of Minnesota w USA. Ja tutaj wiem, jaka jest praca,
przewodniczący przedstawi mi ludzi, którzy zasiadają w amerykańskiej
komisji. Musze przedstawić się, po głosie poznajemy się, i jest normalna
obrona. Potem przyjdą protokoły, będzie głosowanie, czy zgadzam się na ocenę
na podstawie tego co słyszałem.
Brałem udział także w telekonferencyjnej obronie magisterium dziewczyny z
Nowej Kaledonii. Wcześniej była na kursie we Francji, który prowadziłem i
byłem jednym z dwóch promotorów. Ona siedziała tam z kimś z komisji, a my po
drugiej stronie, w Nancy we Francji, czyli widzieliśmy siebie nawzajem. Są i
takie możliwości techniczne.
Mnie się wydaje tak, obserwując młode pokolenie moich dzieci i może wasze, w
wieku lat 30. Myślę, że to pokolenie jest już przygotowane do tego, żeby tej
formy używać. Druga rzecz to, czy lubimy, czy nie lubimy, czy jesteśmy
przygotowani, czy nie to i tak życie nas do tego zmusza. Co znaczy, że
zmusza? Jest taniej. Tańsza może być edukacja, kiedy ktoś może mieć dostęp
do Internetu w domu. To jest wygodniejsze.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby Internet zastępował tradycyjne formy.
Howard Rheingold mówi, że komunikując się przez Internet jesteśmy „Słowami
Na Ekranie”. Przeżywamy renesans sztuki słowa? Czy możemy to i tak
interpretować?
Nie szedłbym tak daleko. Nie wiem czy to jest powrót do słowa, bo słowa
towarzyszyły człowiekowi cały czas i w komunikacie mówionym i pisanym. A co
do renesansu słowa, w szkole mówili nam „czytajcie”, ale mówili „czytajcie
literaturę piękną”, różną. Książki są obszerne, tam człowiek wpisany jest w
bogactwo świata. Tu mamy sygnał niezmiernie okrojony, dotyczący tylko
jakiejś rzeczy: przyślij mi to, spotkamy się tam.
W e- mailach to jest pewną konwencją, odpisuje się szybko, często
niedbale...
Brzydki standard, na który ja się siłą inercji i zapewne lenistwa godzę.
Jako akademik chciałbym się przyznać do takiej rzeczy niegodziwej. Sam sobie
szukam usprawiedliwienia. Dla czego? Dla moich błędów, bo to jest tylko
e-mail. Szybko piszę, to nawet literówka przejdzie czego w normalnym liście
nie mógłbym nigdy zaakceptować. To jest niedobre. Sam do tego doszedłem,
(nie toleruję jedynie błędów ortograficznych), że w Internecie mamy szybkość
słowa kosztem elegancji. Te wszystkie skróty uproszczenia, kiedy odpisuje na
e-mail lub go dostaję, nie podobają mi się. Mam pewien dyskomfort, ale to
akceptuję.
Skąd się bierze ta szybkość? Gdy otwieram pocztę i mam kilkanaście
nieprzeczytanych e-meili, to chcę odpowiedzieć, choćby jednym słowem,
lakonicznie (np. „tak” lub „nie” i w podpisie moje inicjały „ZZ”, np. w
korespondencji z moimi studentami). Ale komunikat taki jest nie do końca
osobisty, adresat nie wie czy ja go lubię, czy ja szanuję jego wysiłek, że
on się chce ze mną spotkać, aby coś przedyskutować. To jest minus.
Czyli ktoś, kto przygodę z Internetem dopiero zaczyna i tej konwencji nie
zna może poczuć pewien dyskomfort?
Tak, zwłaszcza, kiedy ludzie się jeszcze nie znają. Jeśli kogoś się zna,
jest się w bezpośredniej interakcji to można sobie pozwolić na takie
lakoniczne wypowiedzi. Bo te krótkie komunikaty i tak dużo nam wnoszą. Kiedy
się internauci poznają, to tu bym jednak sugerował większą dbałość, tak
jakbym to był pierwszy list. Żeby to było przedstawienie się, żeby ten ktoś
wiedział, kim ja jestem, z kim ma do czynienia. Żeby się nie naciąć w tej
szybkości. Nawiązujemy kontakt, i może nawet dochodzi do romansu, albo
kontraktu finansowego, z kimś, kogo my nie znamy. Tutaj potrzeba większej
dbałości, takie jest moje wrażenie.
Ponadto myślę tak. Nasz umysł działa w ten sposób, że próbuje tworzyć całe
mapy, jakiś cały system, musi mieć jakąś całość. Przy skąpej informacji
internetowej musimy resztę dobudowywać, w tym dobudowaniu istnieje
prawdopodobieństwo pomyłki, o czym psychologia wie. Jesteśmy skłonni, ze w
względu na nasze lenistwo poznawcze, budować sobie image stereotypowy. Nasz
umysł z wielości różnych informacji wybiera pewne skróty. Jest doskonały,
żadna maszyna go tu nie zastąpi, ale są pewne pułapki, może się dać złapać,
kiedy ze względu na to swoje lenistwo używamy wtedy jakiegoś obrazu,
jakiegoś domknięcia, które nie odpowiada drugiej stronie.
W komunikacji internetowej jest lakoniczność, umowa, że my się rozumiemy,
jest ekonomia czasu, która nie pozwala na wylewność. Nie jesteśmy takimi
duchami świętymi, że od razu tworzymy sobie względnie adekwatny obraz innej
osoby, niestety. Byłbym ostrożny.
A zatem powinniśmy próbować przełamywać to lenistwo poznawcze?
Nie, tego lenistwa nie da się przełamać.
Przez analogię do jednej z aktualnych spraw w USA. Pojawia się osoba, która
strzela do przypadkowych osób, my przypuszczamy, że to jest snajper, dobrze
doświadczony. I próbuje się tworzyć jego portret psychologiczny, a to nie
jest takie proste. Nie mamy takiego portretu, jaki to jest człowiek, a gdy
zostaje złapany okazuje się, że wielu psychologów się myliło. Nie chcę tu
podobieństwa wysuwać, mimo, że z tego okrojonego sygnału, okrojonych porcji
informacji, dobudowując resztę, możemy się zawieść, zbudować błędny obraz
rzeczywistości.
Gdy rozmawiamy przez Internet nic nie wiemy np. o morale, postawach,
preferencjach naszego rozmówcy. Nawet nie godzi się pytać, podczas gdy w
interakcji bezpośredniej to się da wyczuć. Gdy powiemy coś o swojej
religijności, albo swojej moralności to widzimy po reakcji słuchacza, po
tym, jak na nas patrzy, czy jest z naszej grupy, czy nie. A przez Internet
będziemy pytać „czy Pan jest niemoralny”. Brzmi to niezgrabnie.
Ale ja mogę udawać, grać, znać np. język ciała, świadomie wprowadzać w
błąd...
Życie nie jest takie łatwe, ale w realnym życiu są większe szanse na
odkrycie pewnej prawdy psychologicznej. Natomiast w Internecie chyba jednak
jest to o wiele trudniejsze.
Jeśli dokonam porównania tego sposobu komunikowania i używania Internetu to
drugi jest szybki i efektywny, ale jest ograniczony. Kiedy nauczyciel mówi
(mówię o sobie samym), kiedy ma audytorium to pewnych rzeczy się dowiaduje z
samych reakcji słuchaczy gdzie mogą nic nie mówić. Tutaj nie ma tych
komunikatów, ktoś musi wyraźnie powiedzieć, żebym się o tym dowiedział. W
normalnej interakcji mamy większe bogactwo, które też przyśpiesza proces
pełnej komunikacji.
Komunikacja przez Internet jest więc uboższa od tej naturalnej?
Tak, bo jest jeden środek, jest bardzo suchy, ma jeden moduł przekazania
informacji dotyczących różnych treści, aspektów. Jeśli chodzi o nasze
emocje, uczucia nam nie trzeba mówić, my wiemy, intuicyjnie, wyczuwamy to. A
internauta musi powiedzieć np. „nie zrozumiałem tego, co dokładnie miał pan
na myśli”.
W naszej komunikacji pewnych komunikatów nie trzeba opowiadać, nie potrzeba
używać słów żeby to było jasne, a tutaj wszystko musi się przekładać na
słowo. Wszystko, chyba, że będą jakieś obrazki, żeby wybierać, że mam twarz
smutną czy inną. Są takie próby, żeby wzbogacić język internauty, ale to nie
to samo.
Czy emocje w związku z ekspansją Internetu wymagają już pewnego
przedefiniowania? Na przykład zazdrość, zaufanie i inne: w życiu realnym a
wirtualnym?
Widzę tu dwa takie pokłady, jeżeli Internet będzie się dalej tak intensywnie
rozwijał to podejrzewam, że inżynierowie, czyli krótko Sillicon Valley
znajdą się w ścisłej współpracy np. z psychologami. Będą starali się
rozwinąć ten system, te moduły, albo modalności jakościowego komunikowania
przez Internet, to, o czym mówimy, żeby jak najbardziej naśladować taką
normalną interakcję ludzi, czyli bezpośrednią rozmowę.
Czy to możliwe?
Nie wiem, ale jestem fantastą i myślę, że można. Jeżeli będzie obraz,
będziemy się obserwowali to już będzie dużo. Kiedy będzie kamera i będziemy
widzieć swoją twarz, zbliżymy się do bezpośredniej rozmowy.
Tzw. webcam można już nawet za 100 złotych kupić...
Technicznie jest już to możliwe i oczywiście będzie coraz bardziej
popularne... Rzecz druga to kwestia, jakiego rodzaju emocje wywołuje się,
albo zagłusza w takim sposobie komunikacji. Jedną z nich można wskazać,
chociaż badań jest ciągle mało, to jest pewne poczucie niepewności co do
wzajemnych emocji, niewiedza. A my chcemy wiedzieć. Gdy siedzimy w
autobusie, żeby mieć pewną czytelność sytuacji emocjonalnej, to się
odwracamy, patrzymy na ludzi, zaglądamy im w oczy, szukamy jakiegoś
komunikatu poza słowami. Na ekranie tego brak, po prostu to nie wystarcza, a
taki do tej pory jest Internet.
Internet też pozwala ”otworzyć” różne emocje. Ludzie za pomocą Internetu
potrafią ujawnić takie rzeczy, które w bardziej upublicznionej czy w innej
formie komunikacji mogą być skrywane. To jest też taka forma komunikacji,
która dodaje ludziom odwagi, żeby próbować coś załatwiać, uzyskiwać, a
jednocześnie komunikuje o przeżywanych emocjach.
A jeżeli skrywanie emocji to jakich?
W bezpośredniej interakcji ma miejsce skrywanie takich, których nie chcemy
upubliczniać, które są, wstydliwe, kłopotliwe, mogą też być agresywne. W
jakiejś gazecie, chyba J. Urban cytuje, jakie rzeczy ludzie piszą na papieża
w sms-ach, albo na biskupa, czy na ministra, czy na inną osobę publiczną. Ta
forma komunikacji może wyzwalać więcej niekontrolowanych emocji, także
agresji bluzgania, wręcz bluźnierstwa, które w innych sytuacjach publicznych
mogłyby być hamowane. Internet jak gdyby zwalniał z cenzurowania wielu
emocji i odczuć nieaprobowanych społecznie. Brak bezpośrednich społecznych
buforów.
A to, dlatego, że czujemy się bezkarni?
Tak, bezkarni, bez kontroli. Tu nie mamy bezpośrednich sprzężeń zwrotnych.
Jeżeli ja bym pana czymkolwiek tutaj obraził, albo mówił takim językiem, że
czułbym z pana twarzy niezadowolenie używając jakiś słów, to pan by przerwał
wywiad i powiedział, że nie chce rozmawiać. Mam informacje zwrotną i do niej
trzeba się dostosować.
W Internecie jawi się jakaś nowa jakość słowa, jakiej jeszcze nie było. Nie
wiemy, jaki ten mechanizm jest. Bo tak nie było do tej pory. Listy
czytaliśmy wiele razy, grafolodzy sprawdzali charakter pisma. W Internecie
coś mówimy, nie biorąc za to tak dużej odpowiedzialności jak w sytuacjach
realnych.
Jak z naszymi zabawami z tożsamością? Możemy być kimś innym, płeć „zmieniać”
w Internecie...
Myślę, że to jest nadużywanie pojęcia „tożsamość”. Tu przyjmuje się tylko
pewne role. W tym sensie, że ja się przedstawiam, iż jestem supermanem. Czy
to już jest tożsamość, trudno mi powiedzieć.
Ale Amerykanie zajmujący się teorią Internetu mówią, identity...
Ja myślę, że to jest przesada. Pańskie pytanie nasunęło mi takie
skojarzenie. Tożsamość mojego pokolenia kształtowała się gdzieś tam wśród
lasów, zagajników, wyprawach na rowerze.
Jesteśmy do tego przywiązani w takim samym stopniu jak czuję szacunek,
zachwyt wobec nowych wynalazków, technologii. Czujemy się związani z tym, co
nas kształtuje, jakie wartości, jakie doświadczenia nas zbudowały. To były
doświadczenia z czynienia czegoś, tworzenia, robienia. Człowiek sam coś
musiał zrobić, musiał sam się nauczyć pływać, zrobić fujarkę.
Obecne pokolenie jest wychowywane na wirtualnej rzeczywistości. Pokolenie,
które gra, ale gra na ekranie. Chociaż musimy poczekać, żeby zobaczyć, jaka
ta tożsamość będzie, gdy pięcioletni użytkownik Internetu będzie miał lat 20
czy 30.
Czy będziemy wtedy mieli szanse, aby na Internet spojrzeć z dystansu,
poczynić pewne pokoleniowe porównania?
Wtedy już nie. Teraz może jeszcze mamy dystans. Nasze pokolenie ma szanse
czynić pewne badania porównawcze. Potem wszystko się zagubi. Doświadczenie
wirtualne wejdzie tak głęboko do naszych umysłów. To będzie nasza tożsamość.
Mój najmłodszy syn używa różnych tricków, żeby dostać się do komputera i
Internetu. Nie mam nic przeciwko, żeby on się dowiedział czegoś o
Egipcjanach z gry komputerowej. Ale jeżeli to jest jakieś konstruowanie np.
domu, to on nie partycypuje w rzeczywistości. On tego nie robi faktycznie.
To nowa jakość. Ponieważ tożsamość nabudowuje się, nabiera takiego sensu
stricte znaczenia, to musimy trochę poczekać.
Panie Profesorze, czy Internet mógłby być już przedmiotem, odrębną
dyscypliną naukową, jakąś np. internetologią?
Myślę, że tak, ale o charakterze interdyscyplinarnym. I ja tu widzę wiele
różnych dziedzin naukowych w to zaangażowanych. To jest fenomen tak duży, że
nic nie stoi na przeszkodzie.
A jak z problemem własności intelektualnej w Internecie?
Trochę czytałem na temat prawa do własności, dość dobrze opracowanego już
przez Rzymian, ale one dotyczyły z reguły rzeczy, czyli czegoś namacalnego.
Czyli jak ja mam jakąś własność to pan jej nie ma, np. pistolet, czy jakiś
bagnet. Jeżeli chodzi o własność intelektualną, która była do tej pory np. w
formie książki. Aby ją mieć, trzeba ją kupić. To jest jakoś kontrolowane.
Mamy jakąś pieczę nad tym, decydujemy, że więcej egzemplarzy nie chcemy
wydawać.
Natomiast tu mamy nową rzecz, którą trzeba będzie prawdopodobnie na nowo
definiować nie tylko prawnie, ale także psychologicznie.
Pojęcie własności, na ile coś jest własne. Ktoś ma pomysł, potem sprzedaje
np. program komputerowy i musi zgodzić się z tym, że staje się on dobrem
wspólnym. Co to znaczy dobrem wspólnym? Ktoś go używa, włada nad nim, może
włączyć, wyłączyć, robić jakieś modyfikacje. Może należy kształcić, czy
formować tych, którzy tworzą dobra dla Internetu. One nabierają statusu
dobra wspólnego, a to już jest problem bardzo złożony. Tu będą jeszcze różne
modyfikacje, ale postrzegam to jako proces ciągły, bowiem nigdy nie da się
wypracować stałych norm.
Jeżeli chodzi o odwołanie się do rzeczy namacalnych, będą rzeczy
tworzone i kradzione. Trzeba zacząć od redefinicji dóbr wspólnych, nie tylko
przez prawników, ale także w rozumieniu społecznym. Jeśli ktoś włożył w coś
wysiłek, zapłacono mu za to, ale ta własność indywidualna staje się
jednocześnie dobrem wspólnym. Kwalifikacje prawne nie będą może już takie
ostre.
Nie ma takiej możliwości żeby takie prawo własności egzekwować, moralnie
może tak, ale fizycznie nie da się. Raczej byłbym za tym, żeby się cieszyć z
tego dobrobytu, jaki mamy.
Boom Internetowy w Polsce nałożył się na przyspieszenie cywilizacyjne,
kulturowe, polityczne, jakie przeżyliśmy po 1989 roku. Derick de Kerchove
twierdzi, że takie nagłe, niekonktrolowane przyśpieszenie bywa tragiczne w
skutkach. Czy te aż dwie istotne rewolucje to nie za duży szok?
Nie wiem czy to nazywać szokiem, raczej może wyzwaniem. Najpierw trzeba
określić te zmiany polityczne. Przed 1989 rokiem, w czasach kontroli, o
pewnych rzeczach obywatel nie mógł wiedzieć, bo była blokada informacyjna. A
teraz przechodzimy do demokracji, gdzie wolno wiedzieć. To, że kiedyś w
Katyniu mordowali, nie naziści, tylko nasi „przyjaciele”, za taką czy inną
wiedzę wielu moich kolegów siedziało w więzieniu. Może być szokiem dla tych,
którzy żyli w takiej ograniczonej wiedzy o tym jaki jest naprawdę świat.
Natomiast w przypadku młodszego pokolenia te dwie rewolucje współgrały.
Internet był otwarciem jeszcze szerszego okna, niż to, co dał 1989 rok.
Kanał pokazujący jaki jest świat, jaki jest możliwy. Wirtualne przejście z
tamtej mizerii do lepszego świata, widzę jako dobry zbieg okoliczności.
Kanał komunikacji, który pomagał szybciej wyjść z cenzury, jeśli nawet nie
wszystko da się nadrobić.
To skoro o cenzurze mowa, jak z cenzurą w Internecie?
Pamiętam naszą cenzurę, wyobrażam sobie cenzurę w Iraku, w Chinach gdzie
Internet nie jest mile widziany. Widzę jaki jest rodzaj cenzury w
demokracjach. W Stanach, w Anglii cenzury jako takiej nie ma z urzędu, ale
są ludzie, którzy ocen dokonują. Jeżeli w Internecie pewnych zasad nie
będzie, to bardzo niedobrze.
Reguły społeczne mówią, co komu wolno. W wolnych krajach zawsze można
było kupić pornografię, ale nie każdy z tego korzystał. Natomiast w
Internecie jest taka łatwość, każdy jest tym bombardowany, nawet jak nie
chce to i tak jest na nią wystawiany.
Zjawisko groźne, kiedy w pewnym okresie życia, dojrzewania,
kształtowania osobowości już się ładuje wszystko bez krytycyzmu, co jest
dobre, co jest złe, co wartościowe, co bezużyteczne. Zanim dzieci poznają
kryteria oceny już mają cały pokarm. I modelują się na tych dużych, na tych
dorosłych. Kiedy siadają do ekranu ludzie, którzy nie mają ukształtowanego
porządku świata mogą mieć trudność w ocenie tego, co jest „czarne” a co
„białe”.
Cenzura? Na pewno jakieś reguły czytelności, rozgraniczenia dobra od
zła.
Poza tym, jako psycholog, jako uczestnik kultury, uważam, że kwestia
wartości jest kardynalna. Wartości są może jedynym z takich konstruktywnych
regulatorów naszego postępowania, które nie wymagają nadzoru superwizji.
Jeżeli ze względu na jakąś wartość ja pomagam innym to dobrze, ale jeżeli
tylko dlatego, że nam nakazują, bo się boimy, bo nas zaaresztują to już jest
źle. Jeżeli nie karcę innego, bo prawo mnie nie wykryje to już przepadłem.
Prawo, nakazy tego nie załatwią. Trzeba autocenzury opartej na wartościach.
Panie Profesorze, a osobowość człowieka regularnie surfującego w
Internecie zmienia się?
Jeżeli chodzi o wzbogacanie informacyjne to powiedziałbym, że pokolenie
Internetu ma większe szanse na bogacenie własnej osobowości. Można w krótkim
czasie zrobić więcej. To nie ulega wątpliwości. Natomiast, jeżeli chodzi o
kształtowanie osobowości społecznej, takiej dzięki której człowiek
funkcjonuje w życiu realnym z innymi ludźmi w tramwaju, w sklepie, ze swoją
własna żoną, ze swoim braciszkiem, tu może być pewne zubożenie.
Dlaczego?
Bo zbyt mało czasu się inwestuje w doświadczania w realnym życiu. Nie jest
tak, że człowiek najpierw się czegoś nauczy, a potem robi - Arystoteles
mówił, że robiąc uczymy się. Czyniąc będąc w pewnych interakcjach,
popełniając błędy, dokonując tego czy tamtego, kształtuje swoją osobowość
społeczną. Osobowość internetowa może być odrobinę inna. Niedużo, bo natura
człowieka nie zmienia się tak totalnie. Ja wierzę w pewną mądrość natury.
Mimo, że pewien nowy silny element wejdzie, to obrona spójności i integracji
będzie podtrzymywana. Organizm jest odporny, będzie sam się bronił.
Słyszałem, że jakiś Koreańczyk zmarł w kawiarence internetowej, bo był tam
bez przerwy przez ponad 80 godzin. Jest to jeden z przypadków uzależnienia
się, ale nie przemawia jeszcze za tendencją do głębokich zmian osobowości
wszystkich użytkowników Internetu.
Wspomniał Pan o swoim synu, bardzo młodym chłopcu. Czy wracając do
tego wątku może Pan dokonać jakiejś analogii pokoleniowej? To jeszcze
dzieciak, ale wkrótce tacy jak on będą decydowali, o tym, jaki jest nasz
świat...
Powtórzę się, że młode pokolenie będzie kształcone na Internecie. Zalety
widzę ogromne. Jako kanał informacyjny, jako kanał korespondencji między
wielkimi nauczycielami, czy guru, czy specjalistami, krótko, nauczycielami
różnego kalibru.
Jeśli chodzi o źródło informacji to mają tę przewagę. Fakt, że mój syn,
który ma 13 lat, może nawet o wiele więcej wiedzieć niż ja, w pewnych
kwestiach, bardzo mnie cieszy. Za 10 – 20 lat pokolenie może być znacznie
bardziej doinformowane. To jest źródło wiedzy, wiedza pozwala odnaleźć się,
zakotwiczyć się w świecie. Jeśli nie dojdzie z tego powodu do zubożenia
społecznego, warto dobrze mu wróżyć.
Ale jak odróżnić treści bezwartościowe od cennych informacji?
Potrzeba krytycyzmu, dystansu, refleksji i odniesienia do innych źródeł.
Dojrzałości aby nie zatracić się przez siedzenie w takim monolicie. Poza
Internetem i za pomocą niego należy uczyć rozgraniczać na treści wartościowe
od tych, które są pozbawione znaczenia. My mówimy dużo o informacjach, ale
to jest niemożliwe, aby ktoś czerpał tylko informacje. Internauta szuka też
informacji czy „sytuacji internetowych”, które go emocjonalnie pobudzają, bo
organizm domaga się tego. Osobiście jeśli ja mam szukać tych bodźców na
ekranie, to wolę w życiu. Jeśli mam patrzeć, jak na ekranie się biją, całują
czy bawią to wolę się bawić naprawdę. W tym aspekcie ekran do tej pory
przegrywa z życiem.
Jest to pierwsza rozmowa z cyklu pt.
„Spokojnie, to tylko Internet".
|
|