Ja jestem, Wy jesteście, ale Jego nie ma
autor: Wiesław Godzic
Autor jest profesorem SWPS w Warszawie, medioznawca, autor m.in. Telewizja jako kultura (1999, 2002) i Rozumieć telewizję (2001).

Najbardziej wstrząsającą sceną, jaką zobaczyłem w programie Jestem, jaki jestem był widok krzepkiej babci (mam na myśli jej rolę społeczną, a nie stereotypy związane z wiekiem tej osoby), która zapodziała gdzieś wnuczka. Znajdowała się bardzo blisko głównego wykonawcy (najpierw napisałem: artysty, ale poprawiłem szybko), nawet ocierała się o jego strój, chciałoby się powiedzieć - szaty, ale nie to charakteryzowało stan jej emocji, które nieżyczliwy widz mógłby określić jako histerię. Chciała, żeby jej wnuczek dostąpił szczęścia obcowania z cielesnością idola. Finał był zaś taki, że Wiśniewski pomógł jej znaleźć dziecko po to, żeby starsza osoba mogła wpatrywać się w znalazcę rozmodlonym wzrokiem i szeptać: "popatrz, popatrz!"

Dziecko zaś w tym czasie patrzyło na babcię wzrokiem dość obojętnym, niewiele więcej zainteresowania kierowało w stronę pierwszoplanowej postaci. "Wystarczy odrobina wyobraźni, złej woli, czy po prostu dewocji, by znaleźć nawiązanie do biblijnej frazy opisującej Boga" - cytuję Rafała Kotasa, który interpretuje tytuł audycji w nawiązaniu do biblijnego: "Jestem, który jestem". Teraz mój cytat: "A oto niewiasta, która od dwunastu lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się kraju szaty jego. Mówiła bowiem do siebie: Bylebym się tylko dotknęła szaty jego, będę uzdrowiona" (Mat. 9, 20-21). Dalej u Mateusza Jezus chwali ufność kobiety, zaś Łukasz (8, 45-47) przedstawia sytuację jako bardziej teatralną: następuje pytanie Jezusa, zaprzeczenie i przyznanie się niewiasty do szczególnego dotknięcia. Ja myślę, że trzeba przesadnej wyobraźni i ogromnego ładunku dewocji, żeby włączyć nowotestamentowy kontekst do opisu tej banalnej sytuacji. Nawet Umberto Eco nazwałby to nadinterpretacją, czyli zdecydowanie uznałby takie działania za przekroczenie granicy interpretowania - sztuki rozjaśniania znaczenia wskutek widzenia tekstu przez filtr wybranego kontekstu. Przyjrzyjmy się argumentom trojga autorów. Wiśniewski jest bogiem, no może apostołem. Jeśli nawet dostrzeżemy w nim coś autentycznego - to i tak mamy pewność, że jest to symulowane i podrabiane. Telewizja ponadto wchodzi bezczelnie na obszar sacrum - nie dość, że przecież dobrze wiemy, gdzie przebiegają granice sfery świętości w kulturze, to jesteśmy pewni, że nie ma tam miejsca dla podrzędnego śpiewaka. To chciałby przekazać Rafał Kotas - robi to, rzecz jasna, ładniej, sugestywniej i bardziej retorycznie niż zrelacjonowałem.

Gdy Joanna Bartmańska pisze o "nudnym strumieniu scen porażających infantylnością i bezpretensjonalnością", to oczywiście nie sposób dyskutować z nią. Nawet wtedy, gdy czuje się potrzebę powiedzenia czegokolwiek innego, to i tak jej emocje będą górą: przecież otwartość uczestników jest karykaturą, program nie wnosi nic nowego ani w sensie poznawczym, ani rozrywkowym.

Magdalena Tutka znajduje w tej audycji wyłącznie nudę, osamotnienie, a elementy boskości chrześcijańskiej i greckiej stanowią właściwie wstęp do wiary lekkiej, łatwej i przyjemnej.

Taki jest ten biedny odbiorca: zdehumanizowany, zmanipulowany, ale nie "zdesakralizowany" - bo oto powstaje nowa wiara - obłudna i nieprawdziwa. Bo wszystko, co prawdziwe musi być "ciężkie, trudne i nieprzyjemne" - jak logicznie można wywieść.

Tym, co się rzuca w oczy jest - po pierwsze - pewność i oczywistość, czarno-białe relacje - to wszystko, w co szkoła frankfurcka wyposażyła intelektualistów i ekspertów, gdy kontaktują się oni z kulturą masową. I tego nie trzeba interpretować z tekstów - przecież na autorów najbardziej zaciekłych filipik wobec kultury masowej powołują się autorzy tekstów o programie z Wiśniewskim. I - szczerze mówiąc - o tym nie chce się już dłużej mówić. Może przedstawiona wyżej teoria społecznego obciachu Mateusza Halawy wyjaśni więcej.

Po drugie: recenzje dotyczą religijności. Zgoda - żyjemy w czasach "post-chrześcijańskich". Nie chcę przywoływać tutaj kontekstu teologicznego - koncentrujmy się na mediach, skoro mowa o programie rozrywkowym (chciałoby się krzyknąć: "Na Boga, czy ktoś to wcześniej zauważył?"). To opinia Rexa Malika sprzed piętnastu lat zamieszczona we wpływowym miesięczniku medialnym "InterMedia". Boga coraz mniej w naszej codzienności, etyce i myśleniu, coraz mniej w instytucjach. Zgoda - niektórzy powiedzą, że to bardzo źle. Ale to jeszcze nie znaczy, że w tej perspektywie mamy widzieć wszelki medialny dyskurs rozrywkowy!

Po trzecie: można ten telewizyjny tekst nie tyle inaczej interpretować, co po prostu widzieć w nim coś innego. Jak na przykład Bartłomiej Zobek, student socjologii UJ, który napisał siedemnastostronicowe studium zatytułowane Kreowanie wizerunku zewnętrznego Michała Wiśniewskiego w programie "Jestem, jaki jestem". Jest to rzecz poważna: emocji niewiele, sporo przypisów i odniesień do teorii, a przede wszystkim: wszystkie jego spostrzeżenia odnoszą się bardzo dokładnie do fragmentów tej audycji. I co mu wyszło? Na przykład: "To, co najczęściej Michał Wiśniewski chciał świadomie zakomunikować (werbalnie, czy też przez swoje zachowanie) widzom, to przeciętność, to, że nie jest gwiazdą". Albo: "w oczach fanów Wiśniewski był szczery i prawdomówny, czego wyraźnym dowodem były jego piosenki; w oczach przeciwników - wręcz przeciwnie, a piosenki (płytkie i banalne) były odbiciem koniunktury muzycznej".

Popatrzmy więc w ekran telewizora - bo sam telewidz, wypowiadający się o programie, rzadko to czyni. 1 czerwca miał miejsce finał programu Jestem, jaki jestem. To wielkie wyzwanie dla realizatorów - bo też nie wiadomo, co stanowić może atrakcję finału: nie ma konkursu, brak tradycyjnych zwycięzców, nikt nie myśli o nagrodzie (między innymi dlatego, że w kontrakcie wszystko ustalono wcześniej). Pozostaje tylko podsumowanie i powtarzanie tego, co już było, ale też wiara, że coś się jednak zdarzy (audycja realizowana jest na żywo). Prowadzący zapowiada ekstra wydarzenie: Wiśniewski wraz z Wiktorią, dziewczynką, która wcześniej sama zgłosiła się do programu, wykonuje numer wokalny Jeanny. Tak to trzeba nazwać, bowiem neotelewizyjne rozdęcie telewizyjnych środków wyrazowych rządzi w tym teledysku w stylu live. Bliskie ujęcia twarzy Wiktorii i Michała, szybkie jazdy, nagłe przejścia do planu totalnego - wszystkie te znane wideoklipom metody odrealniają przedstawienie: zaburzają jakiekolwiek poczucie przestrzeni i nie pozwalają dokonać żadnej sensownej identyfikacji. Numer kończy się: Michał z Wiktorią siadają na jednej kanapie, Hubert Urbański na drugiej. To on jest główną postacią, czyli prowadzącym: wypowiada to wszystko, co składa się na "telewizyjną watę" i co w efekcie zapewnia instytucjonalny dyskurs telewizji z odbiorcą. Przypomina historię tego show, mówi o tym, co za chwilę nastąpi. Michał-gwiazda, niepokazywany przez kamerę, wtrąca w tle pojedyncze słowa, a Wiktoria w ogóle nie ma prawa głosu. Michał nie wytrzymuje: zwraca się do Huberta: "Jaki jesteś dyplomatyczny", gdy ten mówi eufemistycznie "fani inaczej" o przeciwnikach Wiśniewskiego.

Głos oddano na kilka minut jego zwolennikom i przeciwnikom - rozmowa (nagrana wcześniej) dotyczy sprzedawania prywatności, zagubienia tożsamości, granic tolerancji i norm określających wygląd zewnętrzny. Jak się można domyślać - "Wiśniewski wygrał": ostatnie zdanie dotyczyło uczucia zazdrości, jaką przeciwnicy Michała wyrażają wobec tej postaci medialnej. Wracamy do prezentacji live: "Czy jesteś Lepperem polskiej sceny?" pada pytanie uśmiechniętego i zadowolonego z siebie prowadzącego. Michał odpowiada wyniośle: "O polityce nie rozmawiam - ważne jest dla mnie tylko to, że zostałem zauważony jako postać medialna". Mówi spokojnie i przekonująco: "(É) zależy mi na pieniądzach, ale nie za wszelką cenę, najważniejsza jest dla mnie szczerość i uczciwość". Tę dłuższą wypowiedź przerywa Urbański, pytając o utraconą tożsamość, jednocześnie zasłania częściowo obraz pokazujący rozmówcę. Wiśniewski - częściej spoglądający w monitor przekazujący wizję niż na rozmówcę - natychmiast prosi o powtórzenie ujęcia, nie zgadza się na zasłanianie. Dostaje brawa - ten moment wydaje mi się przełomowy dla telewizyjnej relacji. To publiczność (mniej ważne - "organizowana" przez realizatorów czy też jest to jej autentyczna reakcja) wyczuwa (tworzy?) wyraźny zakres konfrontacji: oni się raczej nie lubią. Jeden z nich: gładki, uśmiechnięty i politycznie poprawny, zamknięty; zaś drugi - zbuntowany, chropowaty, otwarty. Do starcia musi dojść: wszyscy to czujemy, ale nikt nie jest w stanie go wyreżyserować.

I dochodzi: oto Michał przygotował prezent muzyczny: śpiewa dla Huberta Nigdy więcej. A właściwie śpiewa dwóch Wiśniewskich: jeden na ogromnym ekranie z playbacku, drugi na żywo w studio. Ten drugi komentuje słowa piosenki, przysiadając się do prowadzącego show. Mowa o "zimnym wzroku" - nie sposób też określić, czy funkcjonuje w jakimkolwiek zakresie kontekst homoseksualny ("jesteś ważnym facetem w moim życiu" - co to znaczy?). Hubert przybiera pozę myśliciela, najczęściej zasłania ręką usta - w ten sposób w mediach zachowuje się osoba niepewna swoich reakcji, przygotowująca się na rozmaite warianty, nawet jeśli jest to aktor, doskonale przygotowany do pracy z kamerą.

Hubert jest czujny: wprawdzie ściska się z Michałem i przyjmuje jego podziękowania za prowadzenie, ale twarz jest stężała i maluje się na niej niepewność. Pyta więc rozsądnie: "O co chodzi?". Hubert w opinii gwiazdora jest jedynym, który zrobił ten program dla "kasy" - to pierwsze oskarżenie. Hubert jest nieuczciwy, niewiele osób spośród realizatorów szanuje go - to zarzut drugi, wypowiedziany spokojne i z rozmysłem - z zachowaniem tych wszystkich klasycznych elementów, które wskazują zwykle na szczerość wypowiedzi.

Hubert jest wyraźnie zaskoczony i urażony, odsłania tajniki kuchni telewizyjnej, wyciąga mikrofon z ucha i atakuje pytaniem: "Czy spodziewasz się, że będę twoim przyjacielem?" Rozmowa przechodzi na inną płaszczyznę - metatematyczną: ważne staje się, kto powiedział o negatywnym stosunku Huberta do Michała, a nie to, czy jest to prawda. W tej chwili panowie mówią naprawdę, co myślą o sobie. Hubert ma żal za zachowania partnera rozmowy, które sugerowały homoseksualizm w stosunku do niego ("rozpinanie rozporka" w pierwszym programie).

"Ja jestem gospodarzem, Ty jesteś bohaterem" - to następna kwestia Urbańskiego, która wywołuje ostrą reakcję Wiśniewskiego. Ten - wydaje się - powiedział, co chciał powiedzieć, lecz nie przewidział takich konsekwencji. "To ja jestem gospodarzem - utrzymuje Wiśniewski, bo jest nim ten, kto roztacza ciepło, a nie niechęć". Na twarzy Huberta zaczynają być widoczne oznaki nerwowości i niepewności (zwilża językiem wargi) - tym bardziej że odebrano mu symbolicznie prowadzenie, a publiczność oklaskuje jego adwersarza.

Michał - uczuciowy, ciepły, zręcznie posługuje się retoryką emocji. To nie chłodne racje Huberta są dostrzegane, lecz jego bezwzględne stwierdzenie: "jesteś jedynym, który nie poznał Michała Wiśniewskiego". To mocne, to świetny kontrapunkt, jak na program, w którym chodzi o to, "jakim kto jest". Hubert zaczyna odzyskiwać pole: zwraca się bezpośrednio do publiczności i swoim relatywizującym pytaniem ("A czy Państwo poznali Michała?") odsuwa niebezpieczeństwo. Jest jednym z nas, tyle tylko, że w naszym--widzów imieniu prowadzi tę rozmowę.

"Nie chcę, żebyś był gospodarzem w moim domu" mówi Wiśniewski i to może otwierać nowy wymiar dyskusji i przedłużać już zbyt długo trwającą rozmowę - wkracza więc Instytucja, czyli twórca kabaretowy Konjo, który wyłania się ze studyjnej publiczności, aby zrobić zdjęcie. Oczywiście, jego zadanie polega na skierowaniu rozmowy na inne tory, odsunięciu niebezpieczeństwa kłótni - i tak się dzieje.

Cóż z tego wynika? Każdy, kto nie dostrzeże autentyczności zachowań postaci, nie powinien zaliczać się do grona potrafiących-obcować-z-mediami. To "wielka scena" - pokazuje, że autentyczność i spontaniczność telewizyjna nie jest jakością czystą, lecz mocno wymieszaną z tym, co jest domeną standardów (na przykład gatunkowych) i tym, co ma do powiedzenia Instytucja, czyli Realizator. To jest trudna, rozedrgana i wielowymiarowa prawda ludzkich zachowań medialnych. Jeśli ktoś dysponowałby miarką, na podstawie której Jestem, jaki jestem uznać można by za kicz i tandetę, to i tak scena powyższa obroniłaby cały ten program.

Bo też powiedzmy sobie szczerze - takich zachowań nie doświadczymy twarzą w twarz, takiej zmienności i autentyczności już dzisiaj nie pokaże film (jeśli nawet - to aktorzy odegrają uczucia, gdy je zaś pokażą, to zbliżą się do bieguna telewizyjnego live).

Dochodzę do finału: ja jestem. Właśnie taki, jaki jestem. Nie odbierzecie mi moich banalnych przyjemności wałęsania się po centrum handlowym. Bergmanów i Tarkowskich oglądałem tyle, co Wy i nadal - w szczególnych, bardzo szczególnych warunkach - oglądam. Wpada mi w ucho Kukiz i Leszcze, Myslovitz i R.E.M., w to wszystko włącza się włoska opera, którą uwielbiam. Gdy patrzę na Wiśniewskiego, to widzę przede wszystkim znaczenie medialne, mniej zaś wypreparowane z tego znaczenie substancjalne. Zachowuje się tak, bo jest w telewizji - bo znaczenie medium jest nieodłączne od znaczenia tego, co ono sobą przedstawia w czystym stanie "jako medium" (to wszystko sformułował przed mną między innymi Jacques Derrida). I ja na to wszystko patrzę - na ogół nieuważnie - jak my wszyscy. Nie widzę jego boskości i manipulacji poznawczych, dostrzegam głównie człowieka uwikłanego w media (najpierw), potem w świat znaków. Widzę rzeczy, których nigdy nie zobaczyłbym, gdyby nie telewizja (na przykład: migotliwość znaczeń rozmowy Urbańskiego z Wiśniewskim). I nie rozumiem, dlaczego ktoś chciałby mi to odkrycie popsuć, przyjemności zabronić, nucenia "żadnych granic" - zakazać. Dlaczego? Wiśniewski nie jest groźny dla porządku kultury: jest jej objaśniaczem, ale nie policjantem, bo działają tu inne prawa niż te zawarte w kodeksie. Pomijam zupełnie - jakże uroczą teorię obciachu społecznego - pisząc wyłącznie o sobie samym (zgoda, zgoda, twardo stąpającym po społecznym gruncie).

Wy jesteście: macie takie prawo, że wyrażacie głośno, że nie podoba Wam się Wiśniewski. Chociaż bardziej - jak rozumiem - to, co telewizja z nim robi. Wasza sprawa: spójrzcie tylko w głąb siebie. Czy to jest autentyczne, czy też podlegacie wpływom teorii obciachu? Czy już mianowaliście się na członków elity, bo jesteście studentami i przyszłymi kulturoznawcami? Czy fobie Adorno, Postmana i innych zajadłych krytyków kultury weszły do rejestru waszych reguł kontaktu z kulturą w sposób świadomy, czy też mniej uświadamiany? Czy nie było tak, że przed oglądaniem show Wiśniewskiego wiedzieliście już z góry, co o tym wszystkim myśleć? Bo większość internautów w grupach dyskusyjnych tak właśnie się zachowywała. Ba, większość telewidzów tak właśnie się zachowuje. Otóż, nie życzę Wam dobrego samopoczucia w kontaktach z kulturą współczesną, bo to byłoby obraźliwe. Życzę trudnych wyborów, które wcale nie muszą być czarno-białe. Te z Wiśniewskim raczej takie były.

A on nie jest! Nie rozumiem, dlaczego wyłączacie Wiśniewskiego poza obręb kultury. On kulturę tworzy, jest jej barwnym elementem i nie wziął się z księżyca. Ma życiorys, niezły jak na gwiazdę, ładnie wymawia Francois Villion, stanowiąc tym samym zwornik między tym, co było, a tym, co jest. "Bo tu dobrze jest, jak jest i ty dobrze o tym wiesz" - to bynajmniej nie jest przyzwolenie na tandetność kultury, ale przekonanie, że wszystko, czego dzisiaj doświadczamy, przejść musi przez popularną kulturę medialną. Najgorszy scenariusz, jaki czeka naszą kulturę, to powstanie związku zawodowego albo lepiej organizacji na wzór masonerii, skupiającej intelektualistów. Oni wiedzieliby, co jest obciachem, a co nim nie jest, oni dopuszczaliby tematy prac magisterskich na kulturoznawstwie i innych kierunkach humanistycznych. I tak oto rosłaby w górę wieża z kości słoniowej, powstałby niejeden komitet kolejkowy dla tych wszystkich, którzy chcą się odgrodzić od bagna popkultury. I oto te masy słusznie myślących intelektualistów o pierwszej w nocy zasiadać będą z intelektualnym dziennikarzami do oglądania Rozmów na czasie. A tam - o ironio - Michał Wiśniewski. Bo On jest - jest w każdym z nas: w naszej banalności wypowiedzi i kiczu zachowań, ale też w naszym codziennym marzeniu o szczęściu, miłości i wolności "bez granic". Pan Michał jest także świetnym testem na rozumienie naszego stosunku do medialności - ona sama, w stanie czystym, jest pełna znaczeń i produkuje sensy, które mogą być zrozumiane wyłącznie wtedy, gdy spojrzymy na nie przez medialny filtr. Koło się wprawdzie zamyka, ale na szczęście jesteśmy w jego wnętrzu, chociaż niektórzy z nas tkwią na zewnątrz.



Artykuł pochodzi ze strony Szkola Reklamy, WSR
http://www.szkolareklamy.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.szkolareklamy.pl/modules.php?name=Sections&op=viewarticle&artid=304