Moje wyznanie wiary
KINO, Lipiec - Sierpień 2004 (7-8/446/7)
autor: Marcin Pieczonka
Autor jest absolwentem katowickiej szkoły filmowej. Jego krótkometrażowy film "Opowiadanie" otrzymał w ub.r. nagrodę za Najlepszy Film Studencki na 52. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Melbourne. Przewodniczący Koła Młodych SFP.

Konferencja na temat scenariusza zorganizowana przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich (materiały zamieściliśmy w nr 6 z br. "Kina") odbiła się szerokim echem w środowisku. Publikujemy wypowiedzi młodych filmowców zainspirowane głosami starszych kolegów.

Ponieważ kończę w tym roku 30 lat i pewien okres swojego życia, nieświadomy, ale jednak pamiętny, przeżyłem w socjalizmie, a jednocześnie świadomy i równie długi w Wolnej Polsce, pokuszę się o zdiagnozowanie zasadniczej różnicy tych dwóch okresów w odniesieniu do sztuki filmowej. Oglądając najwybitniejsze filmy polskie z lat 60. i 70. mam głębokie przeświadczenie, iż powstawały one w poczuciu istnienia określonej FORMUŁY. Formuła ta, będąc naturalnie egzemplifikacją czasu, nastrojów, dwubiegunowości świata i klarownego podziału na dobro i zło, była jednoznaczna, wyrazista i w granicach naszego polskiego postrzegania - uniwersalna. Bohater uwikłany w prawidła historii i podejmujący z nimi walkę - albo dostatecznie zdeterminowany i tragiczny, aby wygrać ("Człowiek z marmuru"), albo dostatecznie słaby i naiwny, aby dać się zwichrować ("Zezowate szczęście") - taki bohater pozostawał na tyle sFORMUŁOwany, iż w cień odchodziły wszelkie inne postacie. Czas wymagał zdecydowanego określenia, nie tylko po stronie dobra lub zła, ale także na jednym z biegunów - zaangażowania lub niezaangażowania. Taka FORMUŁA myślenia o kinie i problemach, jakie powinno poruszać, odcisnęła najsilniejsze piętno na naszym kinie i została najmocniej zauważona poza Polską.

Przypadek

Filmy kina moralnego niepokoju przenosząc punkt ciężkości z konfliktu jednostka - historia czy jednostka - kolektyw na konflikt jednostka - człowieczeństwo zmniejszyły siłę FORMUŁY, nadwątliły jej podstawy, ale jej nie zaprzeczyły. Dwubiegunowy świat, z podziałem na "my" i "oni", wymagał jasnych kryteriów, wyrazistego stanowiska, przyjmował pytania, ale nie przyjmował braku odpowiedzi. Bohater "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego w zależności od tego czy uda mu się wsiąść w biegu do pociągu, który właśnie odjeżdża, zostanie: komunistą, działaczem opozycyjnym bądź naukowcem obojętnym wobec spraw polityki. Na końcu swojej drogi każde z wcieleń bohatera ma się znaleźć na dworcu lotniczym i wyruszyć w podróż samolotem. Z różnych powodów odlatuje jedynie naukowiec - niezaangażowany politycznie - i samolot wybucha w powietrzu. Ani komunista, ani dysydent nie giną. Kieślowski postawił problem nie w kontekście "ducha historii" i opowiedzenia się po słusznej stronie, ale położył nacisk na opowiedzenie się po jakiejkolwiek stronie. To poprowadziło go od dylematów egzystencjalnych na skraj metafizyki. Nie jest przypadkiem, że Kieślowski po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 zapytany, co teraz powinniśmy zrobić, odpowiedział: "Teraz powinniśmy się nauczyć czyścić buty". I nikt tego nie usłyszał.

W poszukiwaniu straconej formuły

Błędem pokolenia filmowców wyrosłych w czasach PRL było to, że po '89 roku poszukiwali utraconej formuły/formuł, tymczasem żadna FORMUŁA już wówczas nie istniała. Świat przestał poddawać się uogólnieniom, i przeoczenie tego faktu albo przez słabość, albo przez niedostateczną przenikliwość, albo zbytnią wiarę wyniesioną sprzed lat - kiedy zdawało się, że więcej rzeczy da się określić - wywołało katastrofę i wielką próżnię w polskim kinie. Tymczasem wszyscy powinniśmy byli tak długo pucować swoje buty i tyle warstw pasty na nie nakładać, aby ujrzeć w nich wreszcie swoje twarze. Twarze bez masek konieczności dziejowej, bez dylematów moralnych, twarze zniekształcone, bo zniekształceni zostaliśmy wszyscy.

Grzech pierworodny

Nikt, kto zostaje filmowcem/artystą, nie może uniknąć zniekształcenia, które jest wewnętrzne, osobiste, moralne, ludzkie. Lata 90. w polskim kinie zostały jednak naznaczone innego rodzaju skazą. Pokolenie ustabilizowane nosiło w sobie poczucie wyższości wynikające z przekonania, że już kiedyś znalazło odpowiedzi, więc dlaczego nie mogłoby ich znaleźć po raz wtóry, trzeci, czwarty z rzędu. Zabrakło pokory. Pokolenia zaś, które dopiero przychodziły i starały się przebić ze swoją wypowiedzią, były zbyt słabe i nie dość dojrzałe, aby ich głos stał się słyszalny. Najlepszym tego przykładem było uleganie w pewnym momencie fetyszowi tzw. "opowiadania o współczesności". Skoro nastała nowa rzeczywistość, a w poprzedniej rzeczywistości "opowiadano o współczesności" i jej dylematach, to nie mając innej formuły, uznani twórcy radzili młodym: "opowiadajcie o współczesności". Było to zwodnicze i przyniosło kiepskie rezultaty artystyczne.

W raju i poza rajem

Andriej Tarkowski rozpoczął swoją wypowiedź artystyczną od tematu niewątpliwie odległego od filozoficznych, teologicznych czy metafizycznych rozważań jego późniejszej twórczości - od tematu wojny. "Dzieciństwo Iwana" (w polskim przekładzie "Dziecko wojny") powstało zresztą nie z jego osobistej inicjatywy - Tarkowski podjął się realizacji rozpoczętej przez kogoś innego. W efekcie film o temacie wojennym opowiada jednak o innej sprawie - nie o okropnościach wojny i jej dziecięcych ofiarach, ale o dojmującym poczuciu samotności człowieka i równie dojmującym pragnieniu jasności (co jakiś czas mały Iwan śni sielankowy sen o matce i nieskażonej przyrodzie). Drugi film Tarkowskiego to "historyczny" (cudzysłów jest tu nie bez znaczenia) "Andriej Rublow".

Do takich wybiegów należało się uciekać w totalitarnym systemie, by opowiedzieć własną historię, myśl, sprawę.

Kiedy zatem mówiono: "róbcie filmy o współczesności, o tym, co was otacza, zdiagnozujcie jej mechanizmy i zbadajcie przyczyny" nie było to tylko wołanie o formułę, ale jakby nieświadome przekonanie, że nie temat jest ważny, lecz to, jak się o nim opowiada. Innymi słowy zakładano, że w ramach opisywania własnej sytuacji i realiów kraju pojawi się wypowiedź tak oryginalna, silna i odrębna, że wzbije się na wyżyny neorealizmu włoskiego (zawierającego egzystencjalny opis bezsensu lub właśnie sensu istnienia w beznadziei).

Nic takiego się nie pojawiło. Przeciwnie, powstały filmy miałkie, płytkie, wtórne, mało wyraziste i mało indywidualne. Nie wystarczy opowiedzieć o złodziejach węgla w Rudzie Śląskiej albo bezrobotnych w jakimkolwiek innym mieście, aby dotknąć podskórnego nurtu epoki. Do tego potrzeba nie formuły, narzędzi badawczych czy empirii, ale inspiracji i wyobraźni.

Poza bramami raju

W społeczeństwie wolnym od centralistycznego dyktatu, w każdym razie takiego, który byłby widoczny na pierwszy rzut oka, pojawia się twórca w rodzaju Davida Lyncha, który robi (wyobrażam sobie, z jakimi trudami i wyrzeczeniami) "Głowę do wycierania", wypowiedź do tego stopnia odrębną, a może chorą, że nieporównywalną z niczym innym. Ma odwagę iść we własną stronę. I wygrywa. Przypadek Lyncha w panoramie amerykańskiego kina nie jest bynajmniej jedyny. Zatem, jeżeli postawimy prowokacyjne szyldy - "w raju", na początku godzimy się na kompromis, aby nasz głos mógł nabrać siły - "poza rajem" nie zaczynamy od żadnego kompromisu, licząc na to, że nasz wrzask zostanie usłyszany. Okazało się nagle, że ta druga opcja zaczyna się w Polsce sprawdzać. Staliśmy się zatem społeczeństwem w pełni demokratycznym, a nawet - obserwatorzy sceny politycznej wybaczą mi to stwierdzenie - "demokracją dojrzałą". Znaleźliśmy się w sytuacji, gdy żaden zewnętrzny imperatyw nie jest nam potrzebny do zabrania głosu i nadania mu odpowiedniej siły. Potrzebna jest jedynie konieczność wewnętrzna.

Grzech ciężki

Najbardziej wstrząsającą konkluzją wypowiedzi Andrzeja Wajdy na konferencji scenariuszowej jest krótkie: "nie wiem". Tak, nadszedł czas, kiedy nie istnieje jedna odpowiedź dla sztuki czy kina, każdy musi tę odpowiedź znaleźć w sobie albo w zniekształconym odbiciu twarzy w wypolerowanym bucie. I Bogu dzięki, że w tym chaosie i przy trudnościach wartościowania najróżniejszych elementów współczesności, takie jednostkowe, wyraziste wypowiedzi zaczynają się przebijać. A stało się to dzięki kinu offowemu, niezależnemu, które przy całej swej niedoskonałości a nawet mierności formy odważyło się na samodzielną, oryginalną wypowiedź poza wszelkim dyktatem.

Dajmonion

I oto odezwał się głos sumienia poruszony przez kino offowe. Czy kino profesjonalne (nie mam tu na myśli środków czysto technicznych, lecz głębszą znajomość materii, istoty kina) uwikłane w kasę i poprawność warsztatową, zbyt grzeszyło konformizmem i ustępliwością, aby mogło się samo odrodzić? Jakkolwiek by było, dzięki Wam, twórcy kina niezależnego, za rozszerzenie pola widzenia, już nie tylko filmowców, lecz odbiorców kina i tego kina decydentów! Oto po dziesięciu latach okazało się, że w polskim bagnie rozbrzmiewa jakiś nowy głos, głos inny.

Rewolucja

Skoro już wkraczamy na teren retoryki iście rewolucyjnej, chciałbym odwołać się do esejów Isaiaha Berlina odnoszących się do ideowych podstaw wielkiej burzy w Rosji roku 1917 oraz narodzin rosyjskiego fermentu inteligenckiego. Pisząc o latach 30. i 40. XIX wieku, latach kształtowania się rosyjskiej inteligencji - był to okres przełomowy, początek ery industrialnej - Isaiah Berlin zauważył: "Można wskazać co najmniej dwa podejścia do literatury i szerzej, sztuki, które warto sobie przeciwstawić. Jedno proponuję dla uproszczenia nazwać francuskim, drugie rosyjskim. I wyjaśnia: Dziewiętnastowieczni francuscy autorzy uważali się najczęściej za >>wytwórców<<. Sądzili, że obowiązkiem intelektualisty wobec siebie i społeczeństwa jest wytwarzanie jak najlepszego produktu. Jako malarz powinieneś malować najpiękniej jak potrafisz, jako pisarz pisać najlepsze teksty. Dobre dzieła zyskają uznanie, a ty sam odniesiesz sukces. Jeśli jednak brak ci smaku, zdolności, bądź szczęścia - przegrasz". Życie artysty poza sztuką nie miało znaczenia. Inaczej w podejściu "rosyjskim": "Taką postawę odrzucali zdecydowanie niemal wszyscy liczący się rosyjscy pisarze XIX wieku. Z ich >>rosyjskiej<< perspektywy człowiek jawi się jako niepodzielna całość; nie jest osobno obywatelem, a osobno kimś, kto zarabia na życie i umie oddzielić te funkcje, jako przynależące do osobnych porządków. Obowiązkiem ludzi jest czynić dobro, mówić prawdę i wytwarzać piękno niezależnie od tego, jakim posługują się przekazem".

Odnoszę wrażenie, że wielu polskich filmowców młodej generacji zachowuje się "po francusku", to znaczy uznaje, że należy zajmować się tworzeniem, a dobra sztuka sama się przebije. Sztuka - może, ale kino - nigdy. Nie można robić dobrych filmów nie tworząc sobie warunków wypowiedzi, szerokiej wypowiedzi. Bez nich skazani zostaniemy na marginalizację.

Władza i pieniądze

Mamy czasy przełomu, i to największego, jeśli wierzyć postmodernistom, od czasów rewolucji przemysłowej. Kino polskie nie zabierze głosu w tym przełomie, jeśli będzie się nadal przeciskać przez wąskie gardło niegdysiejszych światopoglądów (do czego dochodzi kryzys finansowy). Cezanne powiedział kiedyś: "Mój ojciec był genialnym człowiekiem, zostawił mi 25 tys. franków renty". Nie można stać z boku, czekając spokojnie, aż Akademia przyjmie kubizm na Salony. Trzeba zorganizować Salon Niezależnych. Nie można, jeśli mówimy o kinematografii (a nie o malarstwie, bo do tego wystarczy hojny, choć despotyczny, ojciec Cezanne'a), nie tworzyć sobie warunków wypowiedzi, nie można pozostawiać tego wątpliwym mechanizmom.

Na koniec powiem po prostu: Róbmy swoje i twórzmy swych własnych bohaterów.



Artykuł pochodzi ze strony Szkola Reklamy, WSR
http://www.szkolareklamy.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.szkolareklamy.pl/modules.php?name=Sections&op=viewarticle&artid=350