
Kawiarnia internetowa
KINO, Czerwiec 2004 (6/445)
autor: Tadeusz Sobolewski
Taka kawiarenka to szczególne miejsce. Jakaś nowa, nieinstytucjonalna
wspólnota ludzi. Nie wiem, dlaczego kojarzy mi się z dawną "Solidarnością".
W drodze do Cannes - jeden dzień w Paryżu. Zmęczenie. Patrzę raczej pod nogi
niż w niebo. Nie starcza nawet czasu, żeby zajrzeć do księgarni Giberta, po
nowe filmy DVD. Zamiast tego szukam miejsca, gdzie mógłbym podłączyć laptop
i skończyć zaległą robotę. Niewolnik terminów. Dla utrudnienia, nie
używający kalendarza. Strusia polityka.
Ale widzę, że Paryż też zapracowany, zszarzały, bez blasku. Nasz przylot
opóźnił się o kilka godzin, nie dlatego, że dziś 11 maja (znam takich, co
nie latają jedenastego) - po prostu, strajk na lotnisku Charles de Gaulle.
Autobusy nie jeżdżą, zamiast nich idzie niewielki pochód w otoczeniu suk
policyjnych. Niosą sztandary CGT. Ich prowodyr, wysoki, w wełnianej czapce,
uderza miarowo jak w bęben w plastikowy galon po wodzie.
Mam czasem takie halucynacje - właściwie jest to rodzaj zabawy z sobą -
widzę nasz świat zdegradowany. Trochę jak z "Golema" Szulkina (próbowałem
kiedyś pisać do niego scenariusz, choć sam film mi się wtedy nie spodobał,
doceniłem go później). A ta moja zabawa polega na tym, że rozpoznaję znane
postacie ze świata kultury, do których kiedyś z drżeniem chodziłem po
wywiad, w zupełnie innych rolach. Pewnego światowego reżysera widzę jako
szatniarza. Autorkę głębinowych interpretacji tekstów literackich,
apologetkę tragizmu, odnajduję wśród bab, w kościelnej ławce. Papieża
widziałem kiedyś w tramwaju, po cywilnemu, jako przygarbionego emeryta.
11 maja w Paryżu, pomiędzy samolotem a nocnym pociągiem, po przejściu bramek
z antyterrorystyczną kontrolą umieszczam walizkę w przechowalni, zjadam
kebab i zamiast sobie usiąść przy kieliszku wina, gdzieś w okolicach
Sorbony, szukam kawiarenki internetowej. Na dworcu liońskim, na ławce siedzi
młody mężczyzna, przysiada się do niego Murzyn w skórzanej kurtce, bez słowa
czymś się wymieniają, tamten szybko odchodzi. Więc tak pracuje diler? Na
dość podłej ulicy, koło dworca znajduję kawiarnię internetową.
Taka kawiarenka to szczególne miejsce. Jakaś nowa, nieinstytucjonalna
wspólnota ludzi. Nie wiem, dlaczego kojarzy mi się z dawną "Solidarnością".
Może dlatego, że spotkany niedawno na ulicy Darek Gajewski mówił, że chce
robić o niej film, ale oczami francuskiego lewaka, który przyjeżdżał tu z
konwojami, bo wierzył w polską bezkrwawą rewolucję, która połączy ogień z
wodą, wprowadzi elementy socjalizmu, bez naruszania demokracji. Ale
oczywiście to była mrzonka, Wałęsa nie był nowym Allende, a w Chile wiadomo,
jak się skończyło. Ale teraz mit Allende się odradza, podobnie jak mit Che.
Świadczy o tym program festiwalu w Cannes.
W kawiarence internetowej cisza. Lekki podkład muzyczny. Na ścianie
czerwono-czarny portrecik Guevary. Wpatrzeni w ekrany ludzie - wszelkie
kategorie wieku, różne rasy, języki. Brak skrępowania. Taniość - za jedno
euro można przesiedzieć cały dzień. Piękna arabska dziewczyna, oparta o
kontuarek, o coś pyta. Obsługuje chłopak na wrotkach, typ komputerowego
wymoczka. Podjeżdża do drzwi, obserwuje ulicę, pali papierosa. Spokój. Mam
kilka godzin. Podłączam laptop do ściany i piszę o antyglobalistycznych
filmach.
"Nadprodukcja. Terror konsumpcji" Erika Gandiniego, "Korporacja" Achbara i
Abbotta, "Czwarta wojna światowa" Richarda Rowley'a.
"Wojna bez pola walki. Wojna bez wroga. Ta wojna jest wszędzie. Tysiące
wojen domowych na całym świecie. Ta wojna wkroczyła do naszych domów..."
Świat-śmietnik. Zatruty. Rakotwórczy. Zarzucony niepotrzebnymi towarami.
Ludzie, jak mrówki, przenoszą te towary z jednego kopczyka na drugi - z
supermarketu do domu.
"Ta koszulka jest sprzedawana za 14 dolarów 99 centów. Kobieta, która ją
szyła w Salwadorze, dostała za to 3 centy."
"Toniemy w mleku. Mamy nadprodukcję mleka. Niektóre rządy dopłacają
rolnikom, żeby nie produkowali go więcej. Ale koncern Monsanto wprowadza na
rynek produkt, który ma na celu zwiększenie produkcji czegoś, co nie jest
potrzebne. Żeby krowy produkowały więcej mleka, wstrzykuje im się
antybiotyki, które powodują rozprzestrzenianie się bakterii odpornych na
antybiotyki. Informacja o tym katastrofalnym dla człowieka procederze jest
blokowana w stacji telewizyjnej, w której Monsanto ma udziały. Upartemu
reporterowi stacja proponuje pieniądze, żeby milczał..."
"Wielkie korporacje są dziś tym, czym w niektórych krajach był kiedyś
kościół, monarchia, czy partia komunistyczna. Korporacja jest dominującą
instytucją naszych czasów".
W potocznym wyobrażeniu ta instytucja wygląda jak osoba. Michael Moore
przeprowadza na ten temat sondę uliczną: General Electric kojarzy się
ludziom z miłym staruszkiem. Microsoft to ktoś młody i agresywny. Monsanto -
nienagannie ubrany. Ta miła osoba - dowodzi film "Korporacja" - w
rzeczywistości jest rekinem ludojadem. Argumentacja jak z "Kapitału" Marksa.
Sugestywność wizualnych metafor jak z Eisensteina.
Znów mamy poczucie, że żyjemy w systemie. Czy to nie paranoja? Wyszliśmy z
jednego systemu wyzysku, weszliśmy w inny i czujemy na nowo
charakterystyczne wyobcowanie. Filmy w rodzaju "Korporacji" przypominają
antypropagandę czasów pierwszej "Solidarności", której tak zazdrościli nam
lewicowcy z Zachodu, rozgoryczeni i bezradni. Z podobnym dystansem, jak my
patrzyliśmy wtedy na panujący system, tworzący jedną całość, teraz oni -
młodzi antyglobaliści, alterglobaliści, czy jak ich zwał - patrzą na
rzeczywistość monopolistycznego kapitalizmu.
"Pierwsza rewolucja przemysłowa, rozpoczęta 150 lat temu, była błędem, nie
udała się, zabrnęła w ślepą uliczkę, nie daje ludziom nadziei" - słyszę z
ekranu. Marks przyszedł za wcześnie, teraz potrzebny będzie nowy Marks...
Już nadchodzi. Z głębokiej pamięci wyłania się pieśń, którą w dzieciństwie
śpiewało się na szkolnym apelu, a trzeba dodać, że zacząłem chodzić do
szkoły jeszcze przed Październikiem! To szło tak: "...nie zna granic, ni
kordonów pieśni zew, pieśni zew... A potem: przez / cały świat / echo pieśni
tej niech niesie wiatr". Nie, nie byliśmy tacy mądrzy, żeby od razu
wiedzieć, że to jest skłamane. To się okazało niedługo potem. Ale już
wiedzieliśmy, że to rytuał, że ten kościół jest pusty. I że trzeba gdzie
indziej lokować swoje nadzieje. Mieliśmy poczucie, że żyjemy w świecie
nieruchomym. Ten świat ruszył do przodu w 1980 - i zaraz się cofnął. Ruszył
w 1989 - i znów nadzieja została zawiedziona. Teraz rusza znowu, czuje się
to wyraźnie, już nie w skali lokalnej, ale globalnej, jakby cały świat był
teraz Peerelem.
My już wiemy, że nie da się postąpić do przodu bez norwidowskiego zgrzytu
ironii. Boimy się ideologicznej paranoi, ideologii wytrycha, który pasuje do
wszystkich zamków i otwiera drzwi do szczęścia. Ale z fermentu, którego
jesteśmy świadkami (w Cannes nawet "Shrek 2" miał wydźwięk kontestacyjny)
płynie parę korzyści: poczucie, że historia się wcale nie skończyła; że
świat jest jeden i my do niego należymy; i że nie żyjemy w nim jak klienci w
wielkim sklepie.
|
|