
Ciemny świat braci Coen
KINO, Czerwiec 2004 (6/445)
autor: Maria Kornatowska
Coenowie ukazują Amerykę jako kraj frustratów i nieudaczników.
Nieciekawych, umysłowo ograniczonych przeciętniaków, niezdolnych do
racjonalnego pokierowania własnym życiem. Paranoików i obsesjonatów. Cyników
wreszcie.
Z Coenami kłopot jest okrutny. Wymykają się formułom i ocenom. Właściwie nie
wiadomo, jak ich zaszufladkować, jaką przyjąć wobec nich postawę. Czy
traktować serio, czy półżartem. Zarzuca im się, nie bez racji, przerost
inteligencji i nadmierne upodobanie do formy. Inteligencki formalizm.
Krytykom francuskim to się zresztą podoba. Piszą o czystej przyjemności
formy, zwłaszcza w epoce, kiedy większości filmów nie dostaje stylu i
struktury. Przy okazji odnajdują w twórczości braci i głębsze treści:
odwrócony obraz amerykańskiego mitu, nękające ich "demony i obsesje", jak
podejrzliwość, poczucie winy, poczucie samotności i wyobcowania, poczucie
absurdu egzystencji. Kryzys tożsamości. Poza fasadą błyskotliwej formy i
perwersyjnej zabawy kryje się filozofia totalnego absurdu, mroczna i raczej
pesymistyczna. Może i zabarwiona nihilizmem.
Inaczej myślą krytycy anglojęzyczni. John Harkness pisał na łamach
"Sight&Sound": "W samym sercu ich dzieła zionie pustka, co nie razi, gdy są
zabawni, ale irytuje, gdy nie są". Wypominając Coenom, iż są cyniczni i w
nic nie wierzą, Harkness określił ich zjadliwie mianem "sfinksów bez
zagadki". Emanuel Levy, autor książki "Cinema of Outsiders" uważa natomiast,
że Coenowie spędzili wiele godzin w ciemnościach sali projekcyjnej i są
"reżyserami, którzy zbyt dużo wiedzą o filmach, a zbyt mało o realnym
życiu". W dodatku brak im emocjonalnego podejścia do przedstawianego świata,
stworzone przez nich postacie nie wzruszają. Ich filmy są zimne, "mózgowe",
podszyte cynizmem.
Dzięki - zapewne - cudownej opiece boskiej Opatrzności, wciąż robią kolejne
filmy, nie rezygnując ze swej odrębności i niezależności. Nie odnoszą
przecież sukcesów kasowych, nie cieszą się względami rodzimej krytyki -
która poczynając od "panowania" Pauliny Kael negatywnie ocenia artystowskie
ambicje i intelektualne aspiracje - od czasu do czasu tylko zdobywając mało
znaczące na tamtym rynku nagrody europejskich festiwali. Są jednak, mimo
wszystko, postaciami kultowymi. Mają swoich wyznawców, rozsianych po różnych
częściach naszego globu.
We "Wprowadzeniu do »Fargo«" Ethan Coen, nie tylko współscenarzysta i
producent, ale i autor zbioru bardzo filmowych, wręcz fotogenicznych
opowiadań "Zabiłem Phila Shapiro", opisał swoją babcię. Pochodziła z
Carycyna, późniejszego Stalingradu. Po rewolucji jako młoda dziewczyna
uciekła via Konstantynopol do Stanów Zjednoczonych i osiadła pod
Minneapolis. Śnieżne równiny Minnesoty przypominały jej utraconą ojczyznę.
Babcia karmiła wnuki dziwacznymi opowieściami z życia odległego,
egzotycznego w swej odmienności kraju. O kozakach, ich szalonej fantazji i
okrucieństwie opowiadał im nauczyciel z hebrajskiej szkoły. Musiało to
brzmieć zgoła surrealistycznie w bezkresnym, bezludnym pejzażu Minnesoty.
Pobudzało wyobraźnię. Rodziło poczucie absurdu. Z upływem lat pamięć babci
słabła. Jej opowieści stawały się coraz bardziej fantastyczne, coraz
bardziej surrealne.
Twórczość Joela i Ethana Coenów jest osobliwym, jedynym w swoim rodzaju
stopem surrealizmu i ekspresjonizmu. Surrealistyczna, zabarwiona absurdem
wizja rzeczywistości znajduje swój filmowy kształt w ekspresjonistycznej,
przefiltrowanej przez poetykę "czarnego filmu" formie. Światło, ruchy i
ustawienia kamery, koncepcja przestrzeni, kompozycja kadru wywodzą się z
ekspresjonizmu "czarnego filmu". Najdoskonalszym owej stylistyki spełnieniem
jest niewątpliwie "Człowiek, którego nie było" (2001), ale już błyskotliwy
debiut braci, "Śmiertelnie proste" (1984) był jej znakomitym przykładem.
Jednym z typowych pomysłów formalnych Coenów jest gra rekwizytami. W
"Śmiertelnie prostym" nożem i pistoletem, w "Hudsucker Proxy" (1994)
cygarami i zegarami, ale też formami kolistymi i wertykalnymi, które
określają strukturę filmu i jego ukryty sens: kolistość czasu i losu,
wspinanie się do góry, na szczyty kariery i upadek. W "Człowieku, którego
nie było" kluczową rolę odgrywają papierosy, palone nieustannie i z wyraźną
lubością, jakby bracia - niestrudzeni prowokatorzy chcieli przy okazji
wprawić w irytację fanatycznych bojowników niepalenia, wykpić jedną z
obsesji amerykańskiej współczesności. Srebrzyste dymki zasnuwają ekran,
tworząc wymyślne figury przesłaniające niekiedy twarze postaci. "Im bliżej
przyglądamy się ludziom" - mówi w filmie świadomy rzeczy adwokat - "tym
mniej o nich wiemy". I bracia zdają się podzielać to przekonanie. Ludzie w
ich filmach mają w sobie coś nieprzeniknionego.
Niemożność dotarcia do prawdy człowieka ma według Coenów kilka przyczyn.
Jedną z nich jest przekonanie, że tej prawdy nie ma. Ich bohaterowie są
ludźmi bez właściwości. Bez kośćca nie tylko moralnego, ale i
intelektualnego. Bez uwewnętrznionego systemu wartości. Są projektem, który
wypełnia się treścią zależnie od splotu przypadkowych okoliczności.
Produktem przypadkowych sytuacji. Siłą napędową ich poczynań jest pieniądz.
Ślepa wiara w jego moc, zdolną otworzyć możliwości innego życia, odmienić
bieg jałowej, nieciekawej egzystencji. Nadać bezsensowi jakiś sens. Chęć
zawładnięcia tym magicznym narzędziem prowadzi nawet porządnego, wydawałoby
się, człowieka na drogę zbrodni. Jedno przestępstwo pociąga za sobą drugie.
Jak w sennym koszmarze. W absurdalnym śnie. Zbrodnie w świecie Coenów bywają
okrutne i pozbawione sensu. Efekt przypadkowych zbiegów okoliczności i
ułomnej natury człowieka. Ich sprawcy wpadają w końcu we własne sieci.
Bohater Coenów stanowi przeciwieństwo tradycyjnego bohatera amerykańskiego
filmu. Człowieka określonego charakteru, który dokonuje wyborów, podejmuje
decyzje, walczy, nie poddając się w najgorszych nawet okolicznościach. Ten
rodzaj bohatera implikuje wzorzec człowieka sukcesu. Dynamicznego,
przedsiębiorczego, który i klęski potrafi obrócić w ostateczne zwycięstwo.
Wzorzec, z którym identyfikuje się, przynajmniej teoretycznie, każdy
przeciętny Amerykanin. Wzorzec ucieleśniający American Dream.
Coenowie natomiast ukazują Amerykę jako kraj frustratów i nieudaczników.
Nieciekawych, umysłowo ograniczonych przeciętniaków, niezdolnych do
racjonalnego pokierowania własnym życiem. Paranoików i obsesjonatów. Cyników
wreszcie. Iluzja sukcesu obraca się nieuchronnie w klęskę. "Hudsucker Proxy"
jest ironiczną przypowieścią o antysukcesie. Na domiar wszystkiego
bohaterowie braci są niezbyt sympatyczni. Nie budzą empatii. Z wyjątkiem,
być może, Madge, policjantki z "Fargo", i Dude'a, podstarzałego hippisa z
"Big Lebowskiego". A jedno z głównych hollywoodzkich przykazań głosi, że
jeśli film ma odnieść sukces, bohater, choćby i łajdak, musi być
sympatyczny.
Kino dzisiejsze karmi się emocjami. Żeruje na nich. Manipuluje nimi.
Coenowie odrzucają emocjonalność. Kwestionują wartość wzruszeń. Na ekranie i
na widowni. Chcieliby wskrzesić kino dystansu, kino refleksji. Jednym z
narzędzi owej "intelektualizacji" jest ironia wpisana w ich filmy. Innym -
stylizacja. Jeszcze innym - gra gatunkowymi konwencjami. Komentarze z offu
wzmacniają dystans.
Coenowie ukazują ciemną stronę Ameryki. Zakłamanie, cyniczny egoizm, władzę
pieniądza. Biorą w ironiczny cudzysłów filary społecznego ładu: prawo,
sprawiedliwość, rodzinę i małżeńskie związki. Współżycie między ludźmi
opiera się na podstępie, oszustwach i zdradzie. Można to prześledzić choćby
w zabawnych, błyskotliwych epizodach "Okrucieństwa nie do przyjęcia". Bracia
są bystrymi, przenikliwymi obserwatorami zachowań, mentalności, obyczajów.
Znawcami amerykańskiej duszy z wszystkimi jej dewiacjami. Ich filmy, wbrew
pozorom, sięgają głęboko w rzeczywistość. Dotykają prawd bolesnych i
gorzkich. Bez krzty tak cenionego przez widzów i krytyków światełka nadziei.
Bez odrobiny tak pożądanej "pozytywności". I pewnie dlatego budzą niechęć.
Kto z nas lubi, by mu podstawiano przed oczy krzywe zwierciadło, w którym, w
dodatku, może się odbijać nasza prawdziwa twarz?
Ich filmy układają się w osobliwą mapę Ameryki: Teksas, Mississipi,
Minnesota, Kalifornia, Hollywood, Los Angeles, Nowy Jork. Metropolie i
prowincja. Ze swoją atmosferą i odrębnością. Krajobrazem i ludźmi.
Przypomina się film Sturgesa "Podróże Sullivana". To z tego filmu właśnie
wziął się tytuł "O Brother, Where Art Thou?" nie całkiem dokładnie
przełożony na "Bracie, gdzie jesteś?". Sturges i Capra stworzyli fundamenty
amerykańskiej mitologii filmowej. Obraz kraju, jego duszy, jego systemu
wartości. Wizerunek Amerykanina poczciwego. Obraz w zasadzie optymistyczny,
bo podparty wiarą w człowieka, w jego moralną siłę. W jego czystość i
naturalną niewinność. Coenowie czerpią z tej mitologii, zapożyczają niektóre
wątki, zarysy fabuły i postaci, odwołują się do nich, by podważyć,
zakwestionować, ująć w ironiczny cudzysłów tamten wyidealizowany obraz.
Ameryka się zmieniła. Rzeczywistość nie przystaje do mitologii. Może i nigdy
nie przystawała.
|
|