
Niezależni w kinach
KINO, Maj 2004 (5/444)
autor: Iwona Cegiełkówna
W marcu na ekrany polskich kin trafiły pierwsze niezależne produkcje wprowadzane pod hasłem "KinOffala". Dystrybucją i produkcją programu zajmuje się firma produkcyjna "Motór-Film" we współpracy ze stowarzyszeniem "Grupa Inicjatyw Filmowych".
W ofercie "KinOffali" jest już kilka filmów, a wśród nich obsypywane nagrodami na ostatnich festiwalach - nie tylko niezależnego - kina: "Kobieta z papugą na ramieniu" Ryszarda Nyczki (m.in. Nagroda Główna w Konkursie Kina Niezależnego na FPFF w Gdyni '02, Srebrny Zamek na MFF OFF Cinema w Poznaniu '02) i "Motór" Wiesława Palucha (m.in. 3 nagrody Jańcio Wodnik na "Prowincjonaliach" w Słupcy '04, Nagroda Główna OFFIK '03 i wyróżnienie w Konkursie Kina Niezależnego na FPFF w Gdyni '03).
- Kino niezależne to dziś modny temat, choć tak naprawdę trudno o klarowną definicję tego terminu. Jak brzmi twoja?
- Wiesław Paluch z firmy "Motór-Film": Definicji rzeczywiście jest wiele, choć można wskazać kilka cech charakterystycznych niezależnego kina. Przede wszystkim są to produkcje, które powstają bez udziału budżetu państwa czy państwowej telewizji. Innym ważnym wyróżnikiem jest fakt, że są to filmy w pełni autorskie, tzn. ich twórcy mają wpływ na niemal każdy element realizacji i łączą najczęściej w jednej osobie funkcje reżysera, scenarzysty, operatora, montażysty czy kierownika produkcji. Wszystkie też - z uwagi na wysokie koszty realizacji na taśmie filmowej - powstają w technologii cyfrowej, co pociąga za sobą również konsekwencje estetyczne. Ale w Polsce takie produkcje to w większości przypadków nie artystyczny wybór, lecz konieczność ekonomiczna. Wciąż też nie stworzono u nas warunków sprzyjających rozwojowi niezależnego kina. Nie ma normalnych pól eksploatacji dla takich filmów - nie można ich zobaczyć ani w kinach, ani na wideo, płytach DVD, tylko czasem niektóre z nich emitowane są w telewizjach kodowanych czy naziemnych.
- Stąd pomysł "KinOffali"?
- Idea dystrybucji kinowej filmów niezależnych narodziła się już kilka lat temu. Powstało wtedy stowarzyszenie "Grupa Inicjatyw Filmowych", którego zadaniem było wspieranie kina niezależnego. Takie filmy są realizowane za bardzo małe pieniądze i twórców często nie stać na udźwiękowienie czy montaż. "Grupa Inicjatyw Filmowych" pomaga więc w pracach postprodukcyjnych umożliwiając reżyserowi skończenie filmu. Ale nie jest to jedyny cel działalności "Grupy", która powstała, by zajmować się też promocją i dystrybucją kina niezależnego. Program "KinOffala", którego praktyczną realizacją zajmuje się "Motór-Film" powstał, by polskie filmy mogły dotrzeć do polskiego widza. Bo główny mankament naszych - nie tylko niezależnych - produkcji to brak promocji i dystrybucji.
- Ale dzieje się tak często z powodu niskich budżetów samych filmów. Gdzie szukacie środków na swój program?
- Wszystkie koszty promocji i dystrybucji ponosi "Motór-Film". Nie mamy żadnego sponsora i nikt nas nie wspiera finansowo. Plakaty, ulotki, płyty DVD, koszty transportu itd. pokrywamy ze swoich prywatnych funduszy.
- To niemałe koszty. Opłaca się je ponosić z własnej kieszeni?
- Na razie trudno odpowiedzieć na takie pytanie. To nowa forma dystrybucji - do tej pory nie zdarzyło się, żeby filmy w technologii cyfrowej były pokazywane w kinach. Pod koniec marca wprowadziliśmy do kin pierwszy tytuł pod hasłem "KinOffala" - "Kobietę z papugą na ramieniu" Ryszarda Nyczki. W tej chwili nie jesteśmy więc jeszcze w stanie ocenić opłacalności całego przedsięwzięcia.
- Kiniarze chętnie przyłączyli się do waszej akcji?
- W tej chwili współpracujemy z przeszło dwudziestoma kinami w całej Polsce. Najpierw zaproponowaliśmy niezależny repertuar kilku kinom, a potem kolejne już same się zgłaszały. Postawiliśmy przede wszystkim na kina studyjne czy domy sztuki, słowem miejsca, które odwiedza bardziej wyrobiona publiczność. Przystąpienie do programu "KinOffala" nie następuje automatycznie - repertuar musi być przecież planowany z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem, a zdarza się, że kina trzeba wcześniej wyposażyć w dodatkowy projektor. Z kinami rozliczamy się jak w normalnej dystrybucji: 50%/50%. Swoje 50% dzielimy potem pomiędzy producenta filmu, "Grupę Inicjatyw Filmowych" i "Motór-Film".
- Oprócz Warszawy czy Krakowa "KinOffala" będzie obecna w wielu małych miastach, jak Gorzów Wlkp., Świecie, Biłgoraj...
- ...I okazuje się, że w tych mniejszych jest znacznie większe zainteresowanie. Myślę, że wynika to z faktu, iż w dużych miastach publiczność ma większe szanse dotarcia do filmów niezależnych, które są tam pokazywane na rozmaitych przeglądach czy festiwalach. Np. w Warszawie zainteresowanie naszym programem ze strony kiniarzy jest umiarkowane, bo widzowie, którzy chcieli zobaczyć nasze filmy, już je zobaczyli.
- Co więc zobaczą ci, którzy tej szansy nie mieli?
- Do wakacji planujemy wprowadzenie pięciu tytułów: wspomnianej "Kobiety z papugą na ramieniu", "Motóra", "4 w 1" Wenantego Nosula, "Licencji na zaliczanie" Pawła Czarzastego oraz - na jednym wspólnym seansie - krótkiego metrażu Mirona Bilskiego "Toaleta nieczynna" i 52-minutowego "Oczywiście, że miłość" Piotra Gralaka. Chcemy wrócić do tradycji pokazywania przed pełnometrażowymi filmami krótkich fabuł i dokumentów.
- Dziś jednak nic się dobrze nie sprzeda bez odpowiedniej oprawy promocyjnej. Jak chcecie przekonać widzów, żeby przyszli do kin właśnie na tytuły "KinOffali"?
- Najkrócej rzecz ujmując: pokazując ciekawe filmy. Myślę, że dla widza nie ma znaczenia czy pokaz odbywa się z taśmy filmowej czy płyty DVD. Ważna jest fabuła i jej przekaz. Promocja od strony czysto praktycznej wygląda standardowo: wraz w płytą DVD wysyłamy plakaty, ulotki i materiały prasowe. Wszystkie ogólnopolskie premiery, którym towarzyszą spotkania z twórcami, odbywają się w Biłgoraju, gdzie był kręcony "Motór".
- A jakie kryteria muszą spełniać filmy, by trafić do programu "KinOffala"?
- Muszą być oryginalne, ciekawe i profesjonalnie zrealizowane. Preferujemy produkcje niezależne (tzn. zrealizowane przez zawodowych twórców filmowych, ale poza oficjalnym nurtem kinematografii), a nie amatorskie. Chociaż granica jest płynna i jesteśmy otwarci na wszystkie propozycje. Film po prostu musi być dobry.
- Pierwszym filmem "KinOffali" jest "Kobieta z papugą na ramieniu", jednym z kolejnych twój debiut, "Motór", też zrealizowany poza oficjalnym systemem finansowania. Tak chciałeś, czy to z konieczności?
- "Motór" miał powstać w normalnym trybie finansowania kinematografii, ale firma producencka wycofała się z realizacji z powodu braku funduszy, więc postanowiliśmy z kolegą zrobić film za własne pieniądze. Od pomysłu do zakończenia realizacji minęło jednak siedem lat. Same prace postprodukcyjne trwały dwa lata. Przekonałem się, że tym sposobem można zrobić jeden film. Nawet gdybym bardzo się uparł, to nie jestem w stanie zrobić tak kolejnego. To są trudne wybory: iść na kompromis i zrobić film z okrojonym budżetem czy nie robić go wcale. Inwestuje się więc własne pieniądze, szuka sponsorów, a czasami bierze pożyczkę pod zastaw domu. A w sytuacji, gdy dystrybucja niezależnych filmów u nas praktycznie nie istnieje, nie można oczekiwać choćby zwrotu kosztów wniesionych w produkcję. Skąd więc twórca niezależny ma mieć fundusze na kolejną realizację, jeśli nie ma szansy sprzedać pierwszej?
- W twoim przypadku wysiłek się jednak opłacił, bo "Motór" zdobył do tej pory prawie dziesięć nagród na różnych festiwalach filmowych.
- Nagrody raczej w niczym nie pomagają. Nie wiem, kiedy zrobię kolejny film, mimo że mam gotowych parę projektów. Ale na pewno będzie mi bardzo trudno finansować produkcję z własnych środków.
- Akcja większości produkcji niezależnych rozgrywa się "tu i teraz". Ty zdecydowałeś się na odtworzenie epoki sprzed dwudziestu lat, czym od razu na starcie podrożyłeś koszty całego przedsięwzięcia.
- Miałem parę pomysłów na współczesny film, ale zdecydowałem się na wariant najbardziej skomplikowany produkcyjnie, bo chciałem zrobić coś naprawdę osobistego. Zależało mi też, by film był jak najwierniejszy temu, co sobie założyłem. Dlatego zwróciłem się o pomoc do władz mojego rodzinnego miasta - Biłgoraja. Realizacja rzeczywiście nastręczała wiele problemów, choćby scenograficznych (np. trzeba było zmienić około 20 znaków drogowych na ulicach miasta, wstrzymując ruch). Władze Biłgoraja uwierzyły jednak, że będzie to dla nich element promocji i pomagały nam za darmo.
- Jesteś jednym z wiceprzewodniczących Zarządu Koła Młodych Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Nie widzisz szans dla niezależnego kina na państwowej ścieżce?
- W Zarządzie jestem dopiero od kilku miesięcy, a pomysł "KinOffali" narodził się dwa lata temu. SFP ma zresztą tyle problemów z głównym nurtem kina, że na sprawy niezależnego nie ma już czasu. Poza tym, jeśli państwo będzie się zajmować kinem niezależnym, to przestanie ono być niezależne. Z definicji bowiem takie produkcje powstają poza środkami budżetowymi. Ale w Ministerstwie Kultury jest projekt Filmu Polskiego dotyczący Sieci Kin Studyjnych, tylko nie wiadomo, kiedy wejdzie w życie. Zakłada on, że w kinach studyjnych mają być dystrybuowane polskie filmy - nie tylko z oficjalnego nurtu, ale też produkcje niezależne.
- A czy te produkowane "niezależnie" nie są wciąż raczej działalnością hobbystyczną? Czy rzeczywiście mogą zmienić obraz całej polskiej kinematografii?
- Wierzę, że tak. Przecież najlepsze filmy, które powstały w ciągu ostatnich paru lat - "Edi", "Zmruż oczy" czy "Symetria" - to produkcje niezależne. Właśnie filmy niezależne powinny zapoczątkować coś nowego w polskiej kinematografii; a poza tym to tu mogą zbierać pierwsze doświadczenia młodzi reżyserzy. Chociaż życzyłbym sobie, żeby kino niezależne mogło się w Polsce rozwijać samoistnie i - poprzez właściwy system dystrybucji - samo na siebie zarabiać. Powinno istnieć jako zjawisko osobne a nie jedynie przedsionek przed "prawdziwym" debiutem w oficjalnym obiegu.
|
|