
Cave Internetum
lem.onet.pl
autor: Stanisław Lem
Z Wiednia otrzymałem list, którego autorzy zauważyli pewne
zdanie w wywiadzie danym przeze mnie "Spieglowi" na temat
antymaterii. Powiedziałem tam - może trochę lekkomyślnie - że
znacznie mniej boję się antymaterii niż Internetu.
To ich zafrapowało, ponieważ wszyscy są Internetem zachwyceni
i uważają, że nic już innego nie będziemy robić, tylko pływać
i jeździć w jego sieci w tę i we w tę.
Spróbowałem więc - trochę na wyrost, wybiegając w przyszłość
- zgrupować argumenty wspierające tamto zdanie. Internet
stanowi dla mnie jedno ze zjawisk o czysto technologicznym
charakterze, których dobry awers jest szeroko rozgłoszony i
przez to lepiej widoczny niż mroczny rewers. Jako model,
oczywiście prymitywny, wziąłbym olbrzymi dworzec kolejowy, z
mrowiskiem torów prowadzących w różne strony, ze zwrotnicami,
obrotnicami i innymi urządzeniami. Wyjeżdżają z niego setki
pociągów. Myśl, że mogłyby być one napełnione wyłącznie
sianem, kłakami i grochem z kapustą, wydaje się nonsensowna;
ważne jest, co wiozą i do kogo wiozą. Otóż Internet to
spełnienie czysto komunikacyjnych marzeń, natomiast co się
tyczy treści - rzecz się komplikuje.
Instytuty naukowe, uniwersytety, wielkie redakcje czy agencje
prasowe na pewno mają z Sieci wielki pożytek. Ale skutecznie
korzystać z niej mogą o tyle, o ile działają w obiegu
zamkniętym. Jeśli natomiast - jak to się planuje - obieg
otworzymy i sieć Internetu nie będzie miała żadnych
ograniczeń, żadnego centrum ani kontroli (boję się
wypowiedzieć słowo "cenzura"), to wtedy grozi nam nie tylko
jakaś tam pornografia, ale otwiera się po prostu olbrzymi
obszar kryminogenny. Skoro każdy, kto ma modem, telefon i
komputer, może w każdej chwili rozmawiać z innym, to zaraz
wkraczają rozmaite mafie, camorry, terroryści. W Sieci można,
i specjaliści to robią, kraść tajne informacje czy numery
kart kredytowych, jednym słowem: dokonywać oszustw na wielką
skalę. Błyskawicowe przekazywanie danych bez żadnej kontroli
z jednego krańca globu na przeciwny spowodować może
trzęsienia kursów giełdowych.
Ja niestety nie wierzę, że "anima naturaliter christiana
est", doświadczenie uczy, że raczej człowiek człowiekowi
wilkiem. Bardzo bym sobie życzył, żeby to nie było otwarcie
wszystkich drzwi na oścież, żeby kontrola tej Sieci istniała.
Dość bezzębne są jednak podejmowane w Niemczech próby
eliminowania z niej pewnych treści, takich jak narodowy
socjalizm czy terroryzm. Sieć sama w sobie nie jest rozumna,
podobnie jak sieć telefoniczna; dla niej wiadomość, że
dziesięć bomb atomowych spadło na Japonię, ma tę samą wagę co
informacja, że gospodyni stęchło jajko w lodówce.
Czytam w najnowszych wypowiedziach entuzjastów Internetu o
możliwości dokonywania na odległość operacji chirurgicznych w
gąszczach afrykańskiego buszu; wykonawcami będą miejscowi
lekarze, ale dyrygentem - genialny amerykański chirurg,
siedzący w swym gabinecie na innym kontynencie. I tu jednak
coś tracimy - jak ktoś jest chory na cukrzycę i przychodzi do
niego stary, doświadczony lekarz-omnibus, to od razu poczuje
lekki zapach acetonu, który wytwarza się przy kwasicy krwi.
Internet żadnych zapachów nie przekaże i intuicyjna wiedza
doświadczonego, dobrego lekarza schodzi tym samym ze sceny.
Większość zresztą traktuje rzecz całą jako zabawę czy grę -
miło jest połączyć się ze znajomym i porozmawiać, nie
ruszając się od biurka. Internet staje się w ten sposób
rodzajem utysiąckrotnionego telefonu komórkowego, który
obejmuje całą kulę ziemską. Nastręcza się tu kolejna
obiekcja, banalna, choć się o niej nie mówi: żeby z Sieci
korzystać, trzeba znać alfabet łaciński i angielski język.
Japończyk, Tajlandczyk czy Słowianin, co się posługuje
cyrylicą, do Internetu ze swoim pismem ani mową nie wjedzie;
nie istnieją żadne urządzenia przekaźnikowe, które by go
tłumaczyły.
Najpierw musisz, bracie, nauczyć się dobrze angielskiego.
Następuje rozcięcie ziemskiej populacji na tych, którzy tym
językiem władają, i tych, którzy nim nie władają. Ta
anglicyzacja szeroko się rozpościera i niepokoi mnie nie
tylko ze względów lingwistycznych; chodzi o technologię,
która jednych uprzywilejowuje, innych zaś poza nawias
wyłącza.
Dochodzą kwestie czysto techniczne. Poszczególne adresy w
Internecie składają się z bezsensownego sznureczka liter i
cyfr. Póki chodzi o kilka tysięcy adresów - zmieszczą się w
książce. Dziś jednak mówi się o czterdziestu milionach - to
już nawet nie encyklopedia, ale cała biblioteka. Dawno temu
wymyśliłem w Wizji lokalnej drogistów, którzy mierzyli
informacyjną drogę, jaką trzeba przemierzyć, by się na
przykład dowiedzieć, gdzie ktoś dokonał jakiegoś
doświadczenia czy napisał książkę. Jak przed wielkimi tamami,
które wodę spiętrzają dla elektrowni, umieszcza się filtry
chroniące przed zamuleniem, tak i Internet powinien się
bronić przed informacyjną powodzią. A twierdzenie, jakoby
Internet mógł zastąpić księgarnie, biblioteki, książki po
prostu - brzmi fatalnie. Trochę tak, jakby ktoś się zdalnie
żenił, mając partnerkę na drugim końcu świata. Książka nie
jest tylko przedmiotem - chce się ją wziąć do ręki,
przekartkować, ot, jak ja z przedwojennym wydaniem Ogniem i
mieczem teraz czynię.
Myślę też, że istnieją niebezpieczeństwa, o których nie mamy
na razie pojęcia. Kiedy się pojawił pierwszy samochód, też
nie przewidywaliśmy, co wyniknie z rozwoju motoryzacji. Każda
technologia ma swoją ciemną stronę, z góry nieprzewidywalną.
Nie neguję oczywiście pozytywnych stron Internetu - obiecują,
że nawet wirtualna rzeczywistość będzie dzięki niemu
częściowo dostępna. Nikt jednak nie pisze w sposób zborny i
ogarniający wszystkie kategorie zjawisk o związanych z nim
zagrożeniach. Bardzo się obawiam, że główną siłą, która z
zaplecza Internet napędza, jest wielki kapitał. Inwestorzy
spodziewają się dużych zysków, stąd próba przekonania
wszystkich, że jak się podłączą do Sieci, to się rozpocznie
szczęśliwa epoka w ich życiu. Ja natomiast widzę liczne
zagrożenia, choć nie tknąłem nawet sfery politycznej, która i
tu ma wielkie znaczenie. A więc - nie "cave tanem", tylko
"cave lnternetum", takie jest moje osobiste stanowisko.
|
|