
Raju nie widać
lem.onet.pl
autor: Stanisław Lem
Z niebezpieczeństwami, jakimi grozi zbyt gwałtowne
wdrażanie nowych technologii, łączy mi się temat drugi, który
w na poły maniakalny - a może nie całkiem maniakalny - sposób
chciałbym znów podjąć. Chodzi o Internet.
Czytałem ostatnio książkę pani Heleny Eilstein - ona należała
do kręgu filozofów, który rozpędzono, kiedy Kołakowskiego
wyrzucono z Polski - Homo sapiens i wartości. Mowa tam jest
między innymi o pewnych, nazwijmy to delikatnie, mankamentach
marksizmu, sprowadzających się do tego, że człowiek, którego
sobie Marks wymyślił, nigdy nie istniał. Nigdy nie było
żadnego wyalienowanego rozmaitymi feudalizmami i
kapitalizmami anioła, którego wystarczyła pozbawić wszelkiej
własności, zwłaszcza prywatnej, by odzyskał pełnię anielskich
cnót. Koncepcja taka nosiła piętno skrajnej utopii, a kiedy
utopijne koncepcje wtłacza się ludziom, czyni się to zawsze
na podobieństwo Prokrustesa i trzeba obcinać duże kawałki
człowieka w sposób mniej lub bardziej krwawy, by do tych
koncepcji pasował.
W przypadku Internetu analogię widzę w fakcie, że zastępuje
on - w nie całej, ale dość szerokiej gamie - własność
prywatną możliwością uzyskania informacji. Książki na
przykład stają się zupełnie niepotrzebne! Pierwsi przerazili
się wydawcy, bo zagrożone zostały wszelkiego rodzaju
copyrighty - beletrystyczne, naukowe, muzyczne, plastyczne
itd. Owszem, pojęcie własności uległo w naszych czasach
pewnej amplifikacji i przerostom - byle świstek papieru
podpisany przez Picassa albo oryginalne machnięcie pędzlem
Michała Anioła warte są od razu miliony, podczas gdy
najdoskonalszą nawet kopię, poza garstką ekspertów nie do
odróżnienia od oryginału, ocenia się bardzo nisko. Ale
Internet powoduje skrajne wahnięcie w stronę przeciwną i to,
co sobie Marks w Manifeście komunistycznym zamarzył jako
odebranie ludziom własności - czy mówiąc zwyczajnie: rabunek
- można teraz łatwo zrealizować. Po cóż ci, bracie,
encyklopedia, Dzieła wszystkie Mickiewicza czy w ogóle
jakiekolwiek książki, wystarczy podejść do komputera,
wystukać odpowiedni adres i wtedy Internet, za który płacisz
ryczałtowo miesięczną, stosunkowo skromną opłatę, na ekran
monitora wszystko ci rzuci.
Rozkosze życia właściwe bibliofilom i poszukiwaczom białych
kruków, cała galaktyka Gutenberga, za jednym zamachem mają
ulec unicestwieniu i anihilacji. Wizja ta nie tylko nie
napawa mnie radosnym zachwytem, jak miłośników Internetu, ale
wręcz zgrozą. Nie potrafię sobie na przykład wyobrazić
czytania ulubionego poety w ten sposób, że się przy łóżku,
przy poduszce postawi monitor komputera. Cała ta koncepcja
zdalnego kontaktowania się z dowolnymi miejscami na Ziemi,
zastępowania autentycznej obecności elektroniczną iluzją
wydaje mi się dziwacznie skrzywionym nie dzieckiem, ale
potworkiem i dziwolągiem zrodzonym przez technologię. I to
potworkiem, którego czary osobiste i uroda są nam gorąco
zachwalane.
Dodam też, że głucho wciąż o wielkich odkryciach i
wynalazkach, które by nastąpiły dzięki interdyscyplinarnym
zapłodnieniom myśli kreacyjnej za pośrednictwem Internetu,
choć już lat kilka cała stora osób i instytucji zachęca nas
do podłączenia się do Sieci. Zawsze naturalnie można w odwet
słyszeć: poczekaj dalszych sześć lat, a zobaczysz. Nieufnie
traktuję zapowiedzi błogich następstw gorszej rzeczywistości
aktualnej: jeszcze Chruszczow zapewniał swoje społeczeństwo,
a za pośrednictwem naszych bossów komunistycznych także i
nas, że współczesne pokolenie dożyje komunizmu. Jakoś nie
dożyło. Zapowiedzi takie chętnie są jednak słuchane, stąd
trwanie na kuli ziemskiej obszarów, gdzie się myśl o
komunizmie wciąż kołacze. Jak ludzie przestają wierzyć w
możliwość raju na Ziemi, to im się nijako robi, bo nie życzą
sobie czekać, aż dopiero w dolinie Jozafata zostanie im
zagwarantowana komunia z zaświatem; chcą mieć raj już, zaraz,
możliwe szybko i możliwie małym kosztem. Tymczasem jest
raczej odwrotnie - raju nie widać, a świat zdaje się pogrążać
w chaosie.
Kilkanaście lat temu umarł futurolog, którego nazywano moją
"bete noire", pan Herman Kahn. Był między innymi autorem
książki zatytułowanej The Next 200 Year; muszę powiedzieć, że
z tego, co napisał, dokładnie nic się nie spełniło...
Nadzwyczajna jest umiejętność chybiania rzeczywistości przez
futurologiczne wysiłki. Nic to jednak instytucjom takim jak
Rand Corporation nie szkodzi; instytucje, jak wiadomo, nie są
tak śmiertelne jak jednostki, które je zakładały, instytucje
mają bardzo twarde życie, ponieważ szkielet biurokratyczny
podtrzymuje ich wegetację, a subwencje i dotacje rządowe
dalej płyną. Futurolodzy zmieniają po prostu kurs, choć mało
kto już daje im wiarę, a pełne optymizmu obrazy przyszłości
jakoś osłabły. Ktoś słusznie powiedział, że nic się tak
szybko nie zmienia jak przyszłość...
|
|