Klan Makhmalbafów: filmowa sztafeta pokoleń
Źródło: KINO; maj 2004
autor: Grażyna Arata

Afganistan pozostaje dla Makhmalbafów źródłem inspiracji i symbolem tragedii, o której trzeba bezustannie przypominać. Decydują również względy natury ekonomicznej - łatwiej zdobyć środki na film, który nie będzie krytykować irańskich sponsorów.


W roku 1995 festiwal w Cannes przedstawił dwa filmy Irańczyka Mohsena Makhmalbafa, które podbiły natychmiast serca krytyków i francuskiej publiczności. Dotąd uważano go za "oficjalnego piewcę islamskiego reżimu". W ciągu kilku dni obraz ten zmienił się radykalnie - krytyka zaczęła porównywać Mohsena do Abbasa Kiarostamiego i tłumaczyć, że reżyser, urodzony w 1957 roku w biednych dzielnicach Teheranu, w sposób naturalny trafił do islamskich bojówek i w następstwie do więzienia szacha Rezy Pahlaviego. Uwolniony przez islamską rewolucję z roku 1979, "musiał" kręcić filmy na chwałę religijnego ducha. - "Myślałem, że rewolucja islamska rozwiąże wszystkie problemy" - bił się w piersi Makhmalbaf w 1995 roku. - "To kino otworzyło mi oczy, bo przecież istotą reżyserii jest możliwość spojrzenia na każdy fakt z kilku punktów widzenia". Zaprezentowany wówczas "Czas miłości" (1990) był ilustracją świeżo odkrywanego relatywizmu - żona, mąż i kochanek opowiadali w nim odmienne wersje tej samej miłosnej historii. Film, nakręcony w Istambule, nie przeszedł przez irańską cenzurę i w ten sposób zakończył się flirt Makhmalbafa z władzą ajatollahów. Reżyser nie stał się jednak czarną owcą z dnia na dzień - nakręcił bez specjalnych przeszkód kilkanaście filmów, a w roku 1996 założył własną szkołę filmową, przeznaczoną dla rodziny - wykształciła się w niej żona i trójka dzieci - i bliskich przyjaciół. Mohsen Makhmalbaf jest w niej głównym wykładowcą - uczy techniki i historii kina, ale również wychowania fizycznego. W szkole obowiązują żelazne zasady: zainteresowanie światem i anegdotą, szkolenie poprzez dokument. Były bojownik islamu stał się fanatykiem kina - cały dom żyje więc kinem od świtu do nocy, rodzina pisze scenariusze, fotografuje i filmuje pod wszechobecnym okiem mistrza, który tworzy, koryguje, reżyseruje, montuje i produkuje dzieła własne i rodzinne. "Filmowa rodzina" stała się bardzo popularna w świecie: stale rośnie kolekcja poświęconych jej telewizyjnych dokumentów.

"Bardzo się cieszę, że nasza działalność spotyka się z pewnym zainteresowaniem na Zachodzie" - zauważa skromnie reżyser. Istotnie, Makhmalbaf może być dumny - niemal każde familijne dzieło pokazywane jest na festiwalach i obsypywane nagrodami. Pierwszym międzynarodowym sukcesem Mohsena był "Rowerzysta" (1989) - opowieść o mężczyźnie szukającym środków na leczenie chorej żony i pedałującym w kółko, bez wytchnienia, aż do śmierci. Historia, jak często u Makhmalbafow, zainspirowana została wydarzeniem zapamiętanym z dzieciństwa. Tragiczna beznadziejność ludzkiego losu, któremu ani religia, ani bliźni pomóc nie mogą, to podstawa świata i nowej, filmowej świadomości Makhmalbafow. Drugim aspektem twórczości Mohsena była fascynacja mocą i magią kina. W "Salaam Cinema" (1995) reżyser obnaża relacje uzależnienia i władzy w samym akcie tworzenia filmu. Z kolei "Było sobie raz kino" (1992), zainspirowane baśniami z 1001 nocy, oddaje hołd kinematografii irańskiej: fantazja, wyrafinowana stylistyka i egzotyka obrazu uczyniły z tego filmu gwiazdę festiwali.

Z biegiem lat Mohsen Makhmalbaf oddala się jednak od estetyki, fantazji i pytań o kino, kręcąc - sam i z rodziną - filmy coraz bardziej zaangażowane, ukazujące sytuację kobiet, mniejszości narodowych, ofiar niesprawiedliwości dziejowej i społecznej. Głośny "Kandahar" (2001) daje głos afgańskim kobietom za rządów talibów. Opowieść opiera się, raz jeszcze, na historii prawdziwej. Niloufar Pazila, młoda dziennikarka afgańska, robiąca karierę w Kanadzie, dostaje list od swej młodszej siostry, zdesperowanej i zdecydowanej na samobójstwo. Dziennikarka wraca do kraju i zastaje horror, który przerasta jej wspomnienia z czasów wojny domowej. Niektórzy francuscy krytycy wyrzucali filmowi "estetyzm" i liczne uproszczenia, podkreślali jednak "nieuniknioną konieczność" obrazu wyrywającego widza zachodniego z błogiego snu ignorancji. - "To wstyd, że mówi się więcej o losach niszczonych przez talibów posągów niż o losach umierających (2,5 mln Afgańczyków), uciekających (6,5 mln) lub zredukowanych w swoich prawach do zera (10 mln kobiet)" - oburzał się Mohsen w festiwalowych wywiadach. - "A zresztą, posągi Buddy nie zostały zniszczone: same zawaliły się ze wstydu". Ktoś zauważył, że idealizacja sytuacji w Iranie i wyostrzenie problemów afgańskich pozwala reżyserowi na dyplomatyczne ominięcie kwestii praw kobiet irańskich. - "Mój film jest przede wszystkim ostrzeżeniem pod adresem widzów w Iranie: u nas też może stać się tak samo" - bronił się reżyser.

Afganistan pozostaje dla Makhmalbafów źródłem inspiracji i symbolem tragedii, o której trzeba bezustannie przypominać. Decydują również względy natury ekonomicznej - łatwiej zdobyć środki na film, który nie będzie krytykować irańskich sponsorów. Samira (rocznik 1980), najstarsza córka reżysera, kontynuuje dzieło zaczęte przez ojca - będącego, jak w każdej rodzinnej produkcji - jej współscenarzystą i producentem. Najnowszy film Samiry, nagrodzony Nagrodą Jury w Cannes w 2003 roku, opowiada o losach młodej kobiety w Afganistanie już wyzwolonym, ale nie wolnym. Nogreh, bohaterka "O piątej po południu", która wierzy w siebie i w lepszą przyszłość, staje się kolejną tragiczną ofiarą religijnego fanatyzmu, nędzy materialnej i spowijającej kraj atmosfery nieuchronnego upadku.

Realizatorka, nazwana przez lirycznych krytyków francuskich "małym irańskim Mozartem", pojawiła się w Cannes mając 18 lat. Przywiozła niemal paradokumentalne "Jabłko" - swój pierwszy film, opowieść wziętą z życia i zagraną przez dziewczynki - "dzikuski" więzione w domu przez ojca-fanatyka i upośledzoną matkę. -" Przez 11 dni zdjęciowych zrobiły większe postępy niż podczas 11 lat zamknięcia w domu" - opowiadała z dumą Samira. Największym sukcesem młodziutkiej reżyserki były jak dotychczas "Czarne tablice" - Grand Prix Jury w Cannes 2001: metaforyczna opowieść o gromadce nauczycieli krążących z tablicami na plecach po zagazowanym przez Irak Kurdystanie w beznadziejnym poszukiwaniu uczniów. - "Młodzi i starzy odmawiają nauki, bo nie wiedzą już, co znaczy wartość życia" - tłumaczyła autorka.

Samira nie mogła nie pójść w ślady rodzica: - "Moja miłość do kina wiąże się z miłością do mego ojca". Młoda reżyserka nie lubi jednak, gdy wątpi się w jej samodzielność i wartość: - "Skrypt ojca miał 4 strony. Ja go rozwinęłam, napisałam dialogi, a aktorzy wnieśli własne pomysły..."

Maysam Makhmalbaf, o rok młodszy od Samiry syn Mohsena, też przeszedł przez ojcowską szkołę filmową. Mniej uzdolniony reżysersko - a może najbardziej zdominowany przez ojcowskiego ducha - jest fotografem specjalizującym się w zdjęciach... z rodzinnych planów filmowych. Nakręcił również dokument o siostrze realizującej "Czarne tablice".

Najmłodsza latorośl, Hana (rocznik 1988), wyrasta na konkurencję dla Samiry - jako szesnastolatka ma za sobą film krótki oraz nakręcony w Afganistanie fabularny debiut "Radość szaleństwa" (2003), za który zdążyła już zdobyć kilka wyróżnień na festiwalach w Wenecji i Tokio. W wolnych chwilach Hana pisuje scenariusze, wiersze i fotografuje.

Portret rodzinny nie byłby pełny bez mamusi - Marzyeh Meshkini, która po odchowaniu dzieci również trafiła do mężowskiej szkoły filmowej i skończyła ją błyskotliwie, realizując w roku 2000 "Dzień, w którym zostałam kobietą" - natychmiast pokazany na kilkudziesięciu festiwalach i wyróżniony dziesiątką premii - od nagrody UNESCO w Wenecji po nagrodę za reżyserię w Salonikach. W trzech epizodach - napisanych przez męża - reżyserka fotografuje trzy etapy z życia irańskiej kobiety, jeden smutniejszy od drugiego. -" Aby być względnie niezależną i osiągnąć status społeczny, kobieta musi najpierw zrezygnować z uczuć" - tłumaczy Marzyeh zasady egzystencji w społeczeństwie wojującego islamu. Marzyeh skończyła właśnie zdjęcia do następnego filmu, nakręconego... w Afganistanie.

W rodzinie Makhmalbafów zachodzą ostatnio pewne zmiany. Pałeczkę twórczego zaangażowania przejmują kobiety - żona i córki - kierowane i kontrolowane przez Mohsena, który coraz rzadziej staje za kamerą. - "Moje zdolności organizacyjne przydają się o wiele bardziej w prowadzeniu akcji charytatywnych" - twierdzi dawny bojownik islamu a dzisiaj bojownik o prawa islamskich kobiet. Siddiq Barmak, reżyser "Osamy", opowieści o afgańskiej dziewczynce przebierającej się za chłopca, aby pójść do szkoły, opowiada, jak Mohsen wspierał go podczas realizacji i jak pomógł kupić dom młodziutkiej aktorce - wcześniej żebrzącej na ulicach. - "Filmy są ważne, ale konkretna pomoc może naprawdę zmienić czyjeś życie" - deklaruje Makhmalbaf, który od czasu skupienia się na działalności społecznej przestał udzielać wywiadów.



Artykuł pochodzi ze strony Szkola Reklamy, WSR
http://www.szkolareklamy.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.szkolareklamy.pl/modules.php?name=Sections&op=viewarticle&artid=467