Fantazja o rozkładzie
Źródło: miesięcznik KINO; maj 2004 Autor: Rafał Syska

Film (a wcześniej fotografia) od początku istnienia zawdzięczały swój szczególny status możności utrwalenia rzeczywistości. Pojedyncze kadry w powszechnym mniemaniu pozwalały na unieśmiertelnienie zdarzeń, widoków, ludzi czy emocji.

Zapominamy o taśmie. Oglądając film, nie interesuje nas fizyczny lub chemiczny aspekt projekcji. Dostrzegamy go co najwyżej podczas pokazu archiwaliów, gdy zirytowani musimy się przebić przez przecinające ekran rysy, identyfikować zniekształcone twarze czy kontemplować spektrum szarości skaz i plam. W dobie cyfryzacji wizualnego i dźwiękowego przekazu niektórzy widzowie nie uświadamiają sobie nawet istnienia tak archaicznych form rejestracji i odtwarzania ruchu, jakimi pozostają tradycyjne taśmy optyczne, wielkie i głośne projektory czy potężne lampy ksenonowe. Tym rzadziej pojawia się refleksja nad procesami niszczenia filmu, jego naturalnej chemicznej dezintegracji. Rozpad taśmy filmowej wydaje się zjawiskiem niegroźnym, incydentalnym i łatwym do powstrzymania - choćby poprzez "wulgarne" przekopiowanie obrazu na nośniki cyfrowe. Na poziomie technologicznym i semantycznym film traktowany jest wciąż jako sztuka przetrwania.

Awangardowy twórca nowojorski - Bill Morrison (rocznik 1965) - skompromitował tego typu przekonanie. Swoją pełnometrażową "Decasię" (tytuł dzieła pochodzi z połączenia terminów: "decay" i "fantasia") zbudował z serii archiwalnych filmów, których kopie nie przetrwały próby czasu. Na ekranie dostrzegamy zniekształcone kadry, zamazane postaci i pejzaże, różnorodne geometryczne figury, sprowadzające pierwotny obraz do nieczytelnej, nieorganicznej formy. Świat Morrisona zaludniają człekokształtne obiekty, rozkwitające na ekranie kompozycje kół i kwadratów, bulgoczące i spienione plamy, całe galerie rys i kresek czy z nagła pojawiających się zdjęć negatywowych. Kontrapunktowany muzyką Michaela Gordona obraz przybiera najbardziej fantazyjne formy, choć w żadnym przypadku - jak zapewnia reżyser - nie został sztucznie upiększony, inkrustowany dodatkowymi objawami rozkładu i destrukcji.

Film (a wcześniej fotografia) od początku istnienia zawdzięczały swój szczególny status możności utrwalenia rzeczywistości. Pojedyncze kadry w powszechnym mniemaniu pozwalały na unieśmiertelnienie zdarzeń, widoków, ludzi czy emocji. W "Decasii" te same kadry i ujęcia są już tylko pozbawionymi pierwotnych znaczeń abstrakcyjnymi tworami, tyleż fascynującymi plastyką rozpadu, ile szokującymi niemożnością identyfikacji. Morrison skonfrontował widza z fizycznością śmierci i rozkładu - na płaszczyźnie sztuki, która w najdoskonalszy sposób miała pozwolić ludziom na pozostawienie widocznych i namacalnych dowodów własnego istnienia. W tradycji kina motyw śmierci należy do najczęściej eksploatowanych. "Decasia" naznacza jednak piętnem rozkładu nie bohaterów fabuły czy otaczający ich świat, ale sam filmowy materiał. Tematem dzieła Morrisona staje się przecież umieranie taśmy celuloidowej.

"Decasia" prezentowana latem ubiegłego roku w ramach cieszyńskiego festiwalu "Era Nowe Horyzonty" zajmie zapewne w historii kina pozycję szczególną - jednego z najbardziej przygnębiających utworów autotematycznych. Jej metafilmowy charakter został podkreślony prezentowaniem na ekranie obrazów wywiedzionych z łatwej do rozpoznania i zdefiniowania tradycji kinematograficznej. Morrison prześledził pierwsze etapy historii amerykańskich gatunków filmowych: przedstawił zniszczone sceny pochodzące z komedii slapstickowej, melodramatu, musicalu czy filmu sądowego; zaprezentował też nieme kroniki zrealizowane w hollywoodzkich wytwórniach; wreszcie domknął nowojorską awangardę - w scenie porodu przywołując słynne "Window Water Baby Moving" (1959) Stana Brakhage'a. Zmasakrowane upływem czasu klatki przedwojennych filmów nie pozwalają na identyfikację twarzy dawnych gwiazd. Wraz z rozpadem taśmy w niebyt odchodzą minione mody i fascynacje; umiera nie tylko film i aktor, ale również jego publiczność. "Decasia" staje się w tym kontekście wędrówką w głąb medium filmowego, w której trakcie - jak stwierdził jeden z krytyków - widz czuje się, jakby oglądał zarówno pierwszy, jak i ostatni film.

Bill Morrison osiągnął ten efekt nie sprzeniewierzając się zarazem credu wszelkiej (nie tylko filmowej) awangardy. Reżyser, odrzuciwszy dyktat klasycznej fabuły, skoncentrował się jedynie na samym surowcu, tkaninie, z której wyplatane są poszczególne dzieła. Morrison w wywiadach często podkreślał związek "Decasii" z animacją czy współczesną grafiką. Odbiorca jego filmu - podobnie jak abstrakcyjnego malarstwa - musi odrzucić tradycyjne modele percepcji: nakaz dopatrywania się w chaotycznej kompozycji kresek czy barw zarysu postaci, kształtów przypominających otaczającą rzeczywistość. Pojedyncze kadry "Decasii" przywodzą na myśl ekspresyjne malarstwo Jacksona Pollocka, sprowadzające uporządkowane i zdefiniowane kategorie w fazę nieorganicznej pramaterii. Widz filmu Morrisona pozostaje jednak ofiarą swych przyzwyczajeń - gorączkowo wyszukuje wśród bezkształtnych plam pojedyncze obiekty i ludzi, nie godząc się zarazem na ekspansję sił destrukcji. W jednym z ujęć przedstawiona jest karuzela, której wagoniki wydobywają się z całkowicie zniekształconej prawej strony kadru. Stojący w jej centralnej części człowiek beztrosko spogląda w kierunku kamery. Wkrótce zniszczenie dotrze również do niego, redukując ludzką postać do rangi świetlnych błysków, kilku odcieni szarości. Jego bezradność koresponduje z bezsilnością widza "Decasii", kurczowo trzymającego się okruchów organicznej formy bytu.

Film Morrisona stał się kolejnym dowodem istnienia dwóch zwalczających się sił: z jednej strony tworzenia i porządkowania oraz z drugiej - sprowadzania wszystkiego w pierwotny stan chaosu i entropii. Rozkład stanowi jeden z podstawowych wyznaczników bytu - Morrison przewrotnie stwierdza: "Wszystko umiera, aby żyć". Autor "Decasii" często podkreślał cykliczny charakter wszelkich procesów. W jednej z sekwencji zaprezentował ewolucję technologii włókienniczej, w innej - życie człowieka od narodzin po śmierć. Podstawowym motywem graficznym jego filmu jest kształt koła: tańczący wyznawca sufizmu, kołowrotek, okrągłe urządzenia fabryczne, karuzela, wreszcie kinowe projektory. Sama struktura filmu ewokuje skojarzenia z cyklem: "Decasia" rozpoczyna się i kończy zestawem tych samych obrazów, często dopełniających ciąg zdarzeń (epilogiem dzieła jest powrót pustynnej karawany na tle zachodzącego słońca). Morrison, tłumacząc kompozycję filmu, akcentował kluczową w jego strategii scenę (zresztą najdłuższą i najbardziej nużącą) lądowania spadochroniarzy, która miała symbolizować powtórne duchowe narodziny, stanowić konstruktywne dopełnienie i przezwyciężenie dominującego wcześniej rozkładu.

W pracę nad "Decasią" zaangażowane były archiwa filmowe z całego świata. Bill Morrison rozesłał listy z prośbą o wyszukanie zniszczonych taśm przedstawiających "wyścig człowieka ze śmiercią". Wyszperane w magazynach obrazy można podzielić na dwie - prezentowane równolegle i na przemian - kategorie: tworzenia i rozkładu. Scena narodzin dziecka sąsiaduje z obrazami rozpaczy po śmierci; chrzest splata się z trumnami i grobami; ratowanie tonącego człowieka z eksplozją w kopalni; nauka w szkole wiąże się z płonącym domem, ruinami i wrakiem samochodu. W "Decasii" dominują zarówno obrazy przywodzące na myśl śmierć i kres: sceny pożegnań, odchodzących w głąb kadru postaci, jak i kojarzone z aktem kreacji i tworzenia: tańczący mężczyzna, grająca na tradycyjnym instrumencie Japonka, malująca się kobieta, operator filmujący wielkomiejską ulicę czy pozująca malarzowi modelka. Człowiek nie godzi się ze zniszczeniem, walczy z nim, stara się wstrzymać proces rozpadu. W jednej z najbardziej przejmujących scen "Decasii" stojący po prawej stronie ekranu bokser wymierza ciosy w kierunku worka treningowego. Całkowicie zniekształcona lewa strona ekranu nadaje czynom boksera metafizyczny patos, ukazując człowieka walczącego z siłą dążącą do ostatecznej dezintegracji i zagłady.

"Decasia" powstawała w świecie opanowanym przez zniszczenie: pierwotnym impulsem realizacji filmu była wizyta Morrisona na sympozjum Fox Movietone, podczas którego prezentowano rozpadające się taśmy z filmami niemymi, wspominano pożar w magazynie w Little Ferry, który w 1937 roku strawił niemal wszystkie archiwalia wytwórni Foxa. Montażowego szlifu "Decasia" nabierała w mieszkaniu reżysera na dolnym Manhattanie kilka dni po zamachu terrorystycznym na WTC. W prasie i telewizji pojawiały się wówczas nieruchome kadry przedstawiające dramat uwięzionych w wieżowcach ludzi. Ekwiwalenty tych obrazów - zniekształconych brakiem ostrości, wyrazistym ziarnem czy zasłoną płomieni i dymu - bez trudu można odnaleźć w czarno-białym procesie zniszczenia "Decasii".

Niezaprzeczalnym współautorem filmu jest Michael Gordon (rocznik 1956) - ceniony amerykański kompozytor, wpisywany w środowisko Johna Adamsa czy Phillipa Glassa - twórców łączących nowoczesne brzemienia rockowe i melodyczny minimalizm z zabiegami charakterystycznymi dla stylu barokowego: snuciem motywicznym, karykaturalną ekspresją i rytmiką. Wspólne przedsięwzięcie Morrisona i Gordona zostało zaprezentowane podczas Europaischer Musikmonat w listopadzie 2001 roku: otoczona z trzech stron przez muzyków Basel Sinfonietta publiczność mogła po raz pierwszy obejrzeć zmontowane fragmenty zniszczonych archiwaliów. Kilka miesięcy później wycyzelowana przez Morrisona, ostateczna wersja "Decasii" miała premierę podczas Sundance Film Festival.

Opinie nielicznych krytyków i widzów oscylują między znużeniem a zachwytem. Grono admiratorów "Decasii" pozostanie raczej wąskie. Awangarda nie lubi tłumów. Trudno jednak przecenić wagę eksperymentu Morrisona, opartego na tak prostym i intrygującym zarazem pomyśle. Dla jednych "Decasia" pozostanie nudnawą kopią "Koyaanisqatsi", dla innych wezwaniem do ochrony filmowych archiwów. Być może jednak film Morrisona zapisze się w historii kina jako jedno z najbardziej frapujących dzieł dotykających tematu nieodzowności śmierci i rozkładu, opisanego tylko poprzez filmowy materiał, poprzez pospolitą, zwykle zapomnianą - taśmę.

"Decasia"

Scenariusz, reżyseria, montaż Bill Morrison. Muzyka Michael Gordon. Produkcja Bill Morrison, USA 2002. Czas 70 min. Film prezentowany był w roku 2003 na festiwalu Era Nowe Horyzonty w Cieszynie.



Artykuł pochodzi ze strony Szkola Reklamy, WSR
http://www.szkolareklamy.pl

Adres tego artykułu to:
http://www.szkolareklamy.pl/modules.php?name=Sections&op=viewarticle&artid=469