FOTO, Styczeń 1998
autor: Maciej Hołuj
Wytrwałość w nieustannym poszukiwaniu piękna zawsze jest wynagradzana, zaś profity wypływające z naszego uporu są tym wspanialsze, im częściej udaje nam się dostrzec piękno w rzeczach prozaicznych, by nie rzec - banalnych.
Umiejętność wyławiania pereł z szarej prozy dnia, czy jak kto woli dostrzeganie urody w tym, obok czego inni ludzie przechodzą obojętnie - to cechy, które fanom fotografii nie powinny być obce. Szczególna wrażliwość na piękno niekoniecznie musi być darem niebios, powinniśmy jej czasem pomóc, ot choćby poprzez inne, nieszablonowe spojrzenie na otaczający nas świat. Szukajmy piękna zawsze i wszędzie nie pomijając w tym względzie żadnych, najdrobniejszych nawet sygnałów.
Kiedy dowiedziałem się o zamknięciu starego młyna, natychmiast podjąłem decyzję o odwiedzeniu tego miejsca z aparatem fotograficznym w ręku - była to bowiem jedna z tych szans, jakie nie zdarzają się często. Maszyneria, do końca swojego żywota zamieniająca ziarno na mąkę, z racji przeznaczenia powinna zainteresować raczej absolwenta uczelni technicznej, nie zaś fotografa. Tymczasem już w momencie przekroczenia progu starego młyna przekonałem się, że oto mam do czynienia z wnętrzem o klimacie zapierającym dech w piersiach. Drewniane konstrukcje szybów, ciągów i urządzeń wznoszące się na wysokość trzech pięter, w połączeniu z nieziemskim światłem wpadającym tutaj poprzez nadgryzione zębem czasu okna, czyniły z młyna prawdziwe fotograficzne Eldorado.
Temat nie należał do łatwych. Skąpe ilości światła dziennego z trudem rozjaśniały wnętrze, zaś mi jak zwykle zależało na tym, aby oddać niepowtarzalny nastrój tego miejsca, a więc poddać się urokowi światła zastanego. Na szczęście Minolta Dynax 600si Classic ma to wszystko, co w tego typu przypadkach konieczne: matrycowy pomiar światła, manualny tryb pracy, precyzyjnie działający autofokus z możliwością przełączenia na manualne sterowanie ostrością, oraz samowyzwalacz - konieczny do wyzwalania migawki w aparacie umieszczonym na statywie wobec braku wężyka spustowego. Oczywiście tam gdzie ciemno - tam długie czasy naświetlania. Gdzie długie czasy naświetlania - tam statyw. Gdzie zaś statyw - tam gwarancja ostrości obrazu. Ów łańcuszek zależności to podstawa jakichkolwiek działań we wnętrzu pozbawionym sztucznych źródeł światła. Bez pomocy solidnego trójnogu nie ma co marzyć o zadowalających efektach tego typu fotografii, nawet jeśli ma się do dyspozycji tak dobre, szkło jak Tokina AT-X 2,8/28-70 mm.
Naturalnie wybór kadru zależy od naszych upodobań i wrażliwości. Jeśli preferujemy plastyczność zdjęcia, grę świateł i cieni, a co za tym idzie sporą rozpiętość kontrastów, polecam użycie błony czarno-białej - w moim przypadku był to Kodak Academy 200. Jeśli natomiast górę weźmie chęć oddania kolorystyki, najlepiej zastosować drobnoziarnistą błonę barwną, a więc o niskiej światłoczułości (na przykład Konica Impressa o ISO 50). Błona czarno-biała pozwala dodatkowo na uzyskanie niepowtarzalnej monochromatyczności i dlatego właśnie zdecydowałem się właśnie na nią.
Wszelkie zdjęcia wykonałem zdając się na niezawodność wbudowanego w aparat światłomierza, wykorzystując drabinkę trybu manualnego, jaka pojawia się w dolnej części celownika Minolty 600si Classic (większość współczesnych aparatów fotograficznych odpowiadających mojej Minolcie daje tego typu informację) oraz używając samowyzwalacza. Kadry ciasne, nie wymagające dużej głębi ostrości, najczęściej fotografowałem z przysłoną 5,6 oraz przy czasach sięgających 3 - 4 sekundy. Plany szerokie, nie tolerujące braku głębi ostrości, naświetlałem z przysłoną 11 - 16, czasy wynosiły wówczas prawie 10 sekund. Przy tak długich czasach należy pamiętać o zasłanianiu wizjera aparatu, aby zapobiec dostawaniu się doń tak zwanego lewego światła fałszującego pomiar. Jeśli nie mamy do tego celu specjalnej zasłonki fabrycznej, możemy zastąpić ją przesłaniając wizjer dłonią lub kawałkiem czarnego kartonu.