Witamy w Szkola Reklamy, WSR
  » Strona główna / » KONTAKT / » REKRUTACJA / » Forum / » Artykuły / » Kursy Foto / » Szkoła Wizażu
 Nawigacja
Strona główna
Kontakt
 » O SZKOLE
Program
Ludzie
Struktura
Wyposażenie
Partnerzy i Patroni
Więcej o szkole
 » PRACE SŁUCHACZY
Galeria WSR
Strony słuchaczy
Fotolab
Galeria Witraże
Dorobek
 » RÓŻNOŚCI
Encyklopedie
Linki
 » SPOŁECZNOŚĆ
Twoje konto
Wyślij newsa
Uwagi/Sugestie
Poleć nas
 Szukaj


 Logowanie
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.

Czysta komercyjna noga. Rozmowa z szefami ITI

(1988 słów w tym tekście)
(1740 )   Strona gotowa do druku



BUSINESSMAN MAGAZINE, 2004-05-31
Z Mariuszem Walterem, Janem Wejchertem i Bruno Valsangiacomo, szefami ITI Holdings rozmawiają Alina Białkowska-Gużyńska i Małgorzata Remisiewicz

Wypadkowa naszych poglądów leży gdzieś pośrodku między konserwatyzmem a hurraoptymizmem - twierdzą (w miarę) zgodnie Mariusz Walter, Jan Wejchert i Bruno Valsangiacomo. Przy okazji opowiadają o ekstrawaganckiej synergii między ITI a Legią i o tym, dlaczego nie będzie kanału TVN Sex


Gdy 2,5 roku temu wręczaliśmy panom nagrodę "Businessmanów Roku", zapytaliśmy o ocenę osiągnięć ITI. Pan Walter powiedział wtedy: "Mój pogląd jest taki, że to już, że to dosyć; Jana, że dopiero początek". Czy od tego czasu stanowiska panów w tej sprawie uległy zbliżeniu?

MW: To pytanie do Bruna (śmiech).

BV: Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku. Z jednej strony, przez 20 lat istnienia ITI dokonaliśmy rzeczywiście niewiarygodnego skoku, do zupełnie innej ligi. I dlatego nie użyłbym słowa "dosyć", ale "bardzo dużo". Z drugiej strony wymogi współczesnego świata, postęp technologiczny wymagają od nas tak szybkich przeobrażeń i posunięć, że właściwie codziennie stajemy na początku drogi. Jeśli chodzi o zdolności rozwoju ITI, uważam, że jesteśmy gdzieś w połowie wykorzystania naszego potencjału.

MW: W biznesie jest tak, że jak się staje w miejscu, to tak, jakby się człowiek cofał. Gdy mówiłem te słowa, TVN24 dopiero startował. Od tego czasu powstały już trzy nowe kanały tematyczne. Wewnątrz branż, które mamy, jeszcze bardzo wiele nas czeka. Dla przykładu Onet co chwilę odsłania coraz to nowe możliwości tkwiące w internecie. My tych możliwości poszukujemy, pilnujemy, próbujemy i to jest szalenie pracochłonne. Dlatego na to, co powiedziałem, trzeba też patrzeć z perspektywy biologicznej wydolności - ilość pracy, którą w trójkę od lat wkładamy w rozwój tego przedsięwzięcia, nie może rosnąć w nieskończoność. Dlatego dziś powtórzyłbym te słowa, ale wartość naszej spółki polega między innymi na tym, że reprezentuję najbardziej konserwatywne poglądy. Moi partnerzy myślą znacznie bardziej wizjonersko.

BV: Wypadkowa naszych poglądów leży gdzieś pośrodku między konserwatyzmem a hurraoptymizmem. Przez to jest tak realna.

JW: Przypomnijmy najważniejsze osiągnięcia ITI w ciągu tych dwóch i pół roku. Przeprowadziliśmy się do nowej siedziby (30 tys. m2), wszystkie firmy są teraz pod jednym dachem. Zainicjowaliśmy działalność pięciu programów - TVN24, TVN Siedem, TVN Meteo, TVN Turbo, TVN International. Zbudowaliśmy siódme Multikino w Szczecinie, wyemitowaliśmy obligacje na kwotę 235 mln euro, kupiliśmy Legię, odkupiliśmy udziały SBS w TVN i UCI w Multikinie, zwiększyliśmy nasze zaangażowanie w Onet. Ogłoszono nas najlepszym pracodawcą roku.

Wygląda na to, że konserwatywny nurt reprezentowany przez Mariusza Waltera nie jest specjalnie podzielany przez kolegów...

JW: Żadna firma nie może sobie pozwolić na stagnację. Od początku stawialiśmy na ciągły, stabilny rozwój. Konserwatyzm Mariusza w żadnym razie nie oznacza negowania nowych projektów, tylko roztropność w ich ocenie. Weźmy na przykład Legię. To nawet moim zdaniem, a w tym tercecie mam opinię największego szaleńca, jest bardzo ekstrawagancki projekt. Mimo to zdecydowaliśmy się. Ale przedtem przeprowadziliśmy racjonalną, konserwatywną analizę biznesowych konsekwencji tego kroku.

Zazwyczaj firmy angażują się w sport, by zwiększyć świadomość własnej marki. Wy tego robić nie musieliście, bo każdy w Polsce wie, czym się zajmuje ITI. Dlaczego kupiliście więc Legię?

BV: Jeśli spojrzy się dziś na europejskie media, to opierają one swoją pozycję na zawartości merytorycznej i sile swoich marek. Jesteśmy zainteresowani wzmacnianiem zarówno polskiego "kontentu", jak i polskich marek. Patrząc na doświadczenia innych krajów, widać, że możliwości tworzenia i korzystania z synergii tworzącej się na styku różnych obszarów biznesu (tu: telewizja, portal internetowy i klub piłkarski) dalece wykraczają poza to, co obserwujemy w Polsce. Silną markę można stworzyć bądź - jak w przypadku Legii - kupić. Uznaliśmy, że to bardzo atrakcyjna inwestycja, w Europie Zachodniej za tak mocno zakorzenioną w świadomości społeczeństwa markę trzeba zapłacić znacznie więcej.

Wracając do konserwatyzmu Mariusza Waltera. Rola mediów, branży, którą reprezentujecie, od kilku lat mocno się zmienia. Ciągle pełnią rolę "czwartej władzy", budującej demokrację i społeczeństwo obywatelskie, ale coraz częściej postrzega się je po prostu jako instrument zarabiania pieniędzy. Jak pan, człowiek starej daty, czuje się w tak zdefiniowanych mediach?

MW: Żeby szczerze odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zdać sobie bardzo dokładnie sprawę z tego, że ta ważna rola, o której panie mówią, jest rolą przypisaną głównie telewizji publicznej. To jej rolą jest bycie stróżem rozwoju demokracji, najsilniejszym źródłem informacji, dostarczycielem łatwej komunikacji z kulturą - jednym słowem misja. Naszym celem jest utrzymać się na rynku i zarobić. Ale jeśli spojrzeć na mapę komercyjnych stacji telewizyjnych w Europie, to nawet nasi najwięksi wrogowie zauważą, że nie jesteśmy szczepem wyłącznie komercyjnym. Gdybyśmy patrzyli tylko na pieniądze... Proszę powiedzieć, na czym zarobilibyśmy więcej - na informacyjnej TVN24 czy stacji erotycznej?

Oczywiście erotycznej.

MW: No właśnie. Jeśli spojrzeć na sumę naszych programów informacyjno-publicystycznych i zważyć ją z programami typowo komercyjnymi, to w największym uproszczeniu można powiedzieć tak: "Big Brother" musi zarobić na "Fakty", Wiśniewski musi zarobić na rozwój kolejnych mniej dochodowych kanałów, i tak dalej. Nasze największe osiągnięcie polega na tym, że myśmy te proporcje zważyli jak żadna inna stacja w Europie. Z całą odpowiedzialnością i szczerością mówię, że mamy czyste sumienie wobec społecznych oczekiwań, nie zawsze trafnie określanych jako "coś, co nie jest czystą komercją". Wszyscy nasi zagraniczni partnerzy patrzyli z trwogą na pieniądze, które wydawaliśmy na niezbędną dla "Faktów" infrastrukturę techniczną. Wszędzie, gdzie dzieje się coś ważnego dla Polski, jest nasz korespondent. To jest niebywale kosztowne, dlatego dla zbilansowania musi być ta czysta komercyjna noga.

Odwracając pana pytanie - to dlaczego nie uruchomicie kanału erotycznego? Z punktu widzenia firmy matki, to byłoby bardziej zyskowne przedsięwzięcie.

MW: Bo nie tak wyobrażamy sobie naszą obecność na rynku.

JW: Bo nie jesteśmy zainteresowani seksem (śmiech).

Ale powinniście być zainteresowani przychodami.

JW: Od początku stawialiśmy na to, by stanowić możliwie najlepsze źródło odniesienia dla innych firm z branży. I chyba nam się to całkiem nieźle udaje. To również ogromna presja na media publiczne, by nie igrały z informacją. Doskonale rozumiemy więc definicję odpowiedzialności społecznej. Dlatego tworząc telewizję, nie traktujemy jej wyłącznie w kategoriach czysto biznesowych. Mając świadomość, jak ważna jest TVN dla polskiego rynku, jako akcjonariusze podjęliśmy decyzję, że nie oddamy kontroli nad tą stacją. Nawet jeśli ktoś będzie oferował nam za nią niewyobrażalne pieniądze.
Dobrym przykładem naszego myślenia jest Legia. Warszawa zasługuje na to, by mieć klub piłkarski z prawdziwego zdarzenia. Chcemy zbudować coś dla jej mieszkańców. A mało co integruje lepiej lokalną społeczności niż silna drużyna piłkarska. Jeśli lokalny klub jest profesjonalnie zarządzany, może dostarczyć kibicom niezapomnianych wrażeń i w ten sposób wpłynąć na jakość życia mieszkańców. Gdyby nie nasza pomoc, klub najpewniej by zbankrutował, grzebiąc ze sobą markę o blisko dziewięćdziesięcioletniej historii i tradycji. Dlatego zadziwia nas, by nie powiedzieć denerwuje, postawa stołecznych władz, które nawet nie powiedziały nam: "Dziękujemy. Świetna robota". Za to traktuje się nas, w najlepszym przypadku, jak bezwzględnych intruzów, którzy chcą na tym interesie zbić majątek.

BV: Wracając do kwestii orientacji biznesowej i społecznej odpowiedzialności mediów - uważam, że jedno nie wyklucza drugiego. Ktoś, kto trzeźwo ocenia biznes, rozumie doskonale, że budowanie długofalowej pozycji firmy czasem oznacza inwestowanie w przedsięwzięcia, które w krótkim terminie pogarszają kondycję finansową firmy. My, jako akcjonariusze, jesteśmy dalecy od amerykańskiego sposobu rozliczania osiągnięć firmy - w trzymiesięcznych cyklach.

Jednak jeśli TVN wejdzie na giełdę, będziecie oceniani właśnie w taki "amerykański" sposób. Już spotkaliśmy się z głosami analityków, że np. TVN24 nie rozwija się tak szybko, jak tego oczekiwali. Nawet jeśli dla was to realizacja misji, oni domagają się konkretnych liczb. Czy jesteście gotowi na to zderzenie percepcji?

JW: Mówią, że rozwijamy się za wolno?! To jest pierwsza telewizja informacyjna na świecie, która po dwóch latach istnienia jest zyskowna. We wrześniu rusza nowe studio, najprawdopodobniej najbardziej nowoczesne w Europie. Jak można było coś takiego o nas powiedzieć?

MW: Ile lat ma ten analityk? Bo wygląda na to, że jest jeszcze bardziej konserwatywny ode mnie. A to niemała sztuka.

Ale takie zderzenie waszego długofalowego myślenia z krótkoterminowymi oczekiwaniami inwestorów musi nastąpić.

BV: Robimy wszystko, by tworzyć podstawy do stabilnego rozwoju i stabilnych przepływów pieniężnych. Nie możemy zmieniać strategii tylko dlatego, że analitycy mówią: zróbcie to czy tamto. Oni mogą nas porównywać, z kim chcą, ale rzeczywistość biznesowa wygląda zupełnie inaczej. Spotkałem się ostatnio z jednym z właścicieli europejskiej firmy medialnej, który był zszokowany tym, że udaje nam się produkować wiadomości za 10 mln euro rocznie, podczas gdy w Niemczech utrzymanie kanału informacyjnego o porównywalnej jakości kosztuje 50-70 mln euro.

Zostawmy analityków, wróćmy do sensu tamtego pytania. Nie boją się panowie, że wraz z upublicznieniem, presja nowych akcjonariuszy skupi się na kasie, a nie na wizji i misji? I wtedy wróci ten pomysł kanału pornograficznego, a rynek zmusi was do zmiany benchmarku...

JW: Wierzę, że inwestorzy, którzy w przyszłości kupią akcje ITI, będą myśleć minimum w średniej perspektywie. ITI nie jest inwestycją na krótki okres, trzeba nasz biznes zrozumieć i uwierzyć jego twórcom. Zaczynaliśmy 20 lat temu z 10 tys. niemieckich marek, dziś zrównoważonemu rozwojowi zawdzięczamy pierwszą pozycję w waszym rankingu.

MW: Jest w tym coś zastanawiającego, że nie spotkałem ani jednego analityka, który miałby na względzie przeszłość firmy - gdzie zaczynaliśmy i dokąd doszliśmy. Ani kto tego dokonał. Proszę mi wskazać drugi taki przykład w prywatnym biznesie, gdzie trójka ludzi przetrwała razem, często pod wodą, przez dwadzieścia lat. Proszę mi pokazać firmę, która w jednym roku okazuje się być najlepszym pracodawcą, a jej dwa flagowe znaki - TVN i Onet - trzeci raz z rzędu trafiają na listę najbardziej zaufanych i cenionych marek, tworzoną przez "Reader's Digest".
Ilekroć któryś z nas się martwi tym, co o nas napisano, pozostała dwójka przywołuje go do porządku. Wyjdziemy z karkołomnej operacji, jaką jest Legia, na swoje, bo wiemy, czego chcemy. Wiemy też, że analitycy potraktują ten zakup jako ryzykowny. Już teraz najczęściej pytają, czy my na tej transakcji zarobimy?! A to są ludzie, którzy wiedzą, że nikt w Polsce oprócz kilku hochsztaplerów jeszcze na sporcie nie zarobił. Spłacamy zmarnotrawione pod nadzorem wielu instytucji (nie wierzę, że miasto nie interesowało się losami klubu) pieniądze. Nikt nie pyta, skąd te 21 mln zł długów, a wszyscy chcą wiedzieć, jaki "robimy szmal na tej Legii". To jakaś paranoja.

Jak to jest, gdy z pozycji firmy opisującej wydarzenia, można przejść na pozycję tworzenia rzeczywistości? Na wzór np. Silvio Berlusconiego? Bez problemu moglibyście wskazać kandydata na prezydenta i dać mu duże szanse na zwycięstwo.

BV: Codziennie tworzymy newsy, a więc pośrednio rzeczywistość, czy to zapraszając ludzi do studia, czy wysyłając dziennikarzy do Afganistanu czy Iraku. To, co zrobił Berlusconi, to pójście w kierunku manipulacji, a ona nie leży w naszej naturze. I konsekwentnie jej unikamy, czego dowiedliśmy w sprawie Tomasza Lisa. Choć był kotwicą "Faktów", uznaliśmy, że ta sytuacja tworzy fundamentalny konflikt interesów i uderza w naszą wiarygodność. Oczywiście, to nie była łatwa decyzja, ale pozwoliła zachować niezależność.

Znaleźli się panowie na osławionej liście najbardziej znienawidzonych biznesmenów opublikowanej przez "Newsweeka". Jak panowie się czują z tą etykietką?

JW: Uważamy, że ta publikacja to skandal, a sposób jej przygotowania świadczy o braku profesjonalizmu wydawcy. Nie zapytano setki przygodnie wybranych osób o to, kogo z tej listy nienawidzą, tylko czy ją znają. Konkluzja została postawiona na podstawie kilku głupich pytań. To manipulacja. Wpisuje się ona zresztą w ogólny klimat atakowania klasy polskich przedsiębiorców, w którym prym wiodą politycy wszelkiej maści. Myślę, że warto postawić sobie pytanie - co polski biznes uczynił dla rodzimej gospodarki w ostatnich piętnastu latach, a co zrobili politycy?
Na marginesie, w tym samym numerze Newsweeka, gdzie Mariusz Walter jest w dziesiątce znienawidzonych, pojawiła się publikacja, tym razem sporządzona na podstawie bardzo wiarygodnych danych, gdzie ITI został pracodawcą roku. Dlaczego z takich tematów nie robi się cover story numeru?

Bo to się nie sprzedaje...

JW: Nie jestem tego taki pewien. Coraz częściej słychać głosy, że ludzie chcą pozytywnych wiadomości. Jaka wiadomość zdominowała jeden z dni Europejskiego Szczytu Gospodarczego w Warszawie? Że policja uratowała dwie kaczuszki. Ludzie to kochają!

Zakończmy biznesowo. Jaka będzie struktura przychodów ITI za pięć lat?

BV: Na pewno wzrośnie udział przychodów z internetu i pokrewnych usług, ale nie odważyłbym się podawać konkretnych procentów. Przychody z Multikina są cykliczne - rosną i spadają wraz z gospodarką. Na pewno będziemy więcej inwestowali i zarabiali na finansowaniu filmów. Polski przemysł filmowy dopiero się budzi, a sukces "Nigdy w życiu" pokazuje, że warto się nim bliżej zająć. Ale podstawą będzie telewizja.
  

[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ]
© 2000.06.12-2008 Legion | powered by PHP Nuke
Przyjaciele: • Szachy, Magazyn Szachista • PZSZach, Szachy • Strony internetowe, druk, dtp