| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Z brudnopisu Internetologa, cz. 1(3467 słów w tym tekście) (2100 ) 
autor: Andrzej Mańka
Tytułem wyjaśnienia
Tekst jest rodzajem projektu, którego efektem (w bliżej nieokreślonej przyszłości ;) będzie publikacja "Bardzo krótki wstęp do Internetologii". Jej celem jest przede wszystkim skatalogowanie i omówienie możliwie wielu pozycji poświęconych Internetowi z punktu widzenia szeroko rozumianych nauk humanistycznych, społecznych, teorii biznesu itp. Sukcesywnie tekst będę uaktualniał i uzupełniał o pozycje bibliograficzne. Skąd taki pomysł? Otóż jestem gorącym zwolennikiem tzw. "interdyscyplinarności". Jestem przekonany, że kiedy zabieramy się do pracy nad tekstem np. "Zrozumieć Internet, telewizję, kulturę popularną" wypada sięgnąć - bez względu na dyscyplinę, jaką reprezentujemy / jaka jest nam najbliższa - do prac teoretyków mediów, filmoznawców, przedstawicieli biznesu, marketingu, filozofii, psychologii, socjologii itd. Nie ograniczać się tylko do źródeł polsko & anglojęzycznych (co zwykło być pewnym standardem), ale spróbować dotrzeć do opracowań francuskich, niemieckich, rosyjskich, czeskich i innych. Zanim zaczną Państwo lekturę jeszcze dwie uwagi: proszę wziąć tytuł w miarę serio. To istotnie rodzaj "brudnopisu", niniejsze notatki, pomysły, spostrzeżenia etc. są ciągle niewielką częścią materiału planowanego.Po drugie zaś byłbym wdzięczny za ewentualnie podsyłanie materiałów, które Państwa zdaniem w bibliografii i /lub w "Bardzo krótkim wstępie do Internetologii" powinny się znaleźć.
Współczesny konsument używa telewizora, walkmana, komputera, samochodu, aparatu fotograficznego. Pije piwo, wodę mineralna, coca-colę. Ale prawdopodobnie bardzo niewielu zastanawia się, nie mówiąc o sprawdzeniu, z czego to wszystko składa się, jak się to produkuje itd. Podobnie jest z Internetem. Miliony internatów na całym świecie używają go, ale odsetek tych, którzy decydują się na poważniejsze lektury o Globalnej Pajęczynie jest, jak można domniemywać, niewielki. Zwłaszcza jeśli mówimy o teorii Internetu, czy innych niż techniczny (informatyczny) punkt widzenia.
Tymczasem Internet składa się, czy może składają się nań, dziesiątki mniej lub bardziej istotnych aspektów. Jednym z najciekawszych dowodów na to jest praca Patricii Wallace "Psychologia Internetu". We wprowadzeniu możemy od razu przeczytać, że "Internet, uważany do niedawna za coś tajemniczego, niepostrzeżenie wkroczył do naszego życia. Niegdyś środek komunikacji dla wtajemniczonych, z którego korzystali tylko naukowcy, dziś jest obecny w niemal wszystkich dziedzinach ludzkiej aktywności: od robienia zakupów po seks i od gromadzenia informacji po spiskowanie. Wykorzystujemy go - kontynuuje Wallace - do kontaktowania się z przyjaciółmi i współpracownikami, wyszukiwania najkorzystniejszych ofert kupna lub sprzedaży, zbierania i wymieniania się informacjami, nawiązywania nowych znajomości, spiskowania [autorka chyba powtarza się: po raz drugi mówi o spiskowaniu - przypis od A.M.], a nawet - o czym miałam niedawno okazję się przekonać - do rozmawiania ze zwierzętami". Nieco dalej przeczytać możemy, iż "Internetowa eksplozja była tak nagła, że nie zdążyliśmy się przyjrzeć nowemu środkowi komunikacji dokładnie i z dystansu (...)".
Istotnie: bodaj najczęściej w tekstach różnych i wypowiedziach spotykamy się z opiniami, komentarzami, które albo zanadto Internet fetyszyzują, tj. zbyt entuzjastycznie i nieco na wyrost jego znaczenie dla współczesnej cywilizacji prezentują, bądź też "odsadzają go od czci i wiary", widzą w nim wyłącznie siedlisko pornografii, a nawet postrzegają go jako czarci wynalazek. Tych, którzy myśleli, ciągle myślą o Internecie w jakiś niedorzeczny i niezrozumiały niemal sposób na razie zostawimy "w spokoju". Skomentujmy agresywne często wypowiedzi o "złym Internecie" znów powołując się na Wallace. "Ten, kto nigdy nie wędrował po sieci i całą swoją wiedzę o niej czerpie z gazet - zauważa amerykańska badaczka - może pomyśleć, że w Internecie roi się od ludzi z zaburzeniami psychicznymi, wyznającymi osobliwe poglądy i kierujących się podejrzanymi pobudkami, toteż normalny człowiek powinien się poruszać w nim bardzo ostrożnie". Owszem, tak, i to nawet często, w Internecie bywa, ale Wallace nie tylko nie przeczy temu, ale różne formy małych, czy większych patologii w Internecie obszernie omawia.
"Psychologia Internetu" jest tytułem odrobinę mylącym. Chodzi mianowicie o to, że licząca ponad 300 stron publikacja jest po prostu znakomitą lekturą dla każdego, kto chce wiedzieć nie tylko jaki model karty sieciowej jest najlepszy lub jakie są parametry takich czy innych części komputera (naturalnie podłączonego do sieci) lub co nowego oferuje jakaś strona z darmowym oprogramowaniem do ściągnięcia. Takiej lektury, oferującej nam wiedzę techniczną, informatyczną mamy doprawdy pod dostatkiem.
Tymczasem szeroko rozumiane spojrzenie humanistyczne na Internet jest jakby zepchnięte na margines. Czy to dlatego, że tylko informatycy znają się na Internecie? Rzecz jasna zależy, co mamy na myśli mówiąc "znać się na Internecie". Można budować znakomite strony WWW lub być znanym providerem internetowym, i nie mieć czasu, ochoty na refleksję nad tym, jak np. korzystanie z sieci zmienia stosunki społeczne czy wpływa na oblicze współczesnej kultury. Ale nic w tym złego. Internet to taka, powiedzmy, rzecz, na której "wszyscy", każdy na swój sposób zna się.
Mówi o tym właśnie Wallace, bynajmniej nie próbując ani przez chwilę udawać, że o Internecie wie wszystko. To m. in. jedna z większych zalet "Psychologii Internetu"."Sieć jest tak ogromna i rozrasta się w takim tempie - pisze autorka - że jednostkowe doświadczenie wynikające z kontaktu z nią stanowi zaledwie ułamek doświadczenia zbiorowości. To jeden z powodów, dla których Internet jest tak pociągający: nigdy nie wiadomo, na co natrafimy, gdy klikniemy myszą i zaczniemy penetrować nowe miejsce. Ta wycinkowość doświadczeń może także wpływać na różnorodność opinii na temat wagi sieci w naszym życiu i ogólnie w życiu społeczeństwa. Każdy z nas bywa w innych internetowych niszach, dlatego nasze doświadczenia mogą być przyczyną wyraźnych różnic w poglądach na tę kwestię."
(No właśnie, bez wątpienia różnimy się w poglądach na temat Internetu, czasami nawet diametralnie. Ot, chociażby dlatego, że autorka jest Amerykanką, pisze zatem o Internecie "made in USA").
Entuzjaści mówią o Internecie w taki np. sposób:
"Jutro już nic nie będzie takie jak wczoraj i przegra, kto szybko nie pojmie, do czego może służyć Internet" (Businessman Magazine, 06/2000).
Bardzo możliwe, ale okazuje się, że na to "jutro" ciągle jednak jeszcze czekamy.
"Na założenie stacji telewizyjnej o globalnym zasięgu będzie mógł pozwolić sobie każdy. Aby nadawać dowolny obraz on-line, dostępny w czasie rzeczywistym na całej kuli ziemskiej, wystarczy średniej klasy PC i kamera cyfrowa za 300 zł. + stałe łącza z Internetem" (Impact, 10/2000).
To prawda, ale jak na razie nie widać eksplozji takich "stacji telewizyjnych". I nie można wykluczyć, że nigdy ona nie nastąpi. Już teraz prawie każdy portal na świecie umożliwia bardzo proste zbudowanie (z gotowych szablonów) prywatnej strony WWW. Za darmo. Mimo niezwykłej prostoty, porównywalnej z zakładaniem darmowych elektronicznych kont pocztowych, chociaż na żadne badania powołać się chyba nie można, odsetek tych, którzy korzystają z Internetu i mają prywatną WWW jest raczej niewielki. Oczywiście nie sposób nie zauważyć, że autor cytatu napisał, że każdy będzie mógł sobie pozwolić, a nie że każdy, czy też większość internetową prywatną TV założy.
"W Polsce w I połowie 2000 portale wydały na reklamę w TV ok. 9 mln. zł." (Polityka).
To względnie spora suma. Ale coraz mniej tych portali, bowiem już kilka lat temu analitycy rynku mediów przepowiadali, że w 40 milionowej Polsce będzie miejsce na 2-3 duże portale. Reszta "pójdzie z torbami", albo zostanie wchłonięta przez silniejszych rywali. Szkoda, że mieli rację.
"Internet zmienia sposób, w jaki pracujemy, zarabiamy i wydajemy pieniądze. Dzięki Internetowi w 2010 r. 52% pracującej populacji spędzi część tygodnia pracując w domu" (wg Henley Centre, informacja z jednego z serwisów internetowych).
I znów mamy mały problem. Być może pokolenie, które (dosłownie) dopiero umie mówić tylko dwa słowa: "mama" i "tata" będzie psychicznie do pracy w odosobnieniu przygotowane. Ci, co teraz są menedżerami źle znoszą na dłuższą metę takie metody pracy. Przywykli do pracy tradycyjnej, w której spotykają się z partnerami "face2face". To właśnie w USA nie powiódł się rodzaj eksperymentu, polegający z grubsza na tym, że wiele firm doszło do wniosku, że już czas na nową formułę pracy. Oto pochopnie zdecydowali, że zamiast do niedawna firmy "realnej" czas na firmę "wirtualną", tj. taką, w której większość spędza czas w domu, pracując przez komputery podłączone do sieci. Firmy, które niedawno to uczyniły bardzo szybko "zabrały" z powrotem swoich pracowników z ich prywatnych domów, gdzie wykonywali swoje obowiązki za pomocą komputera (podłączonego do sieci). Zabrali, bowiem większość z nich po kilku miesiącach zaczęła odczuwać apatię, popadać w depresje itp. Jak będzie w 2010 roku? Wygląda na to, że trzeba będzie po prostu owego roku doczekać, aby zobaczyć jak się sprawy będą miały.
W 2002 roku wiemy m. in., że z powodu nadmiernego entuzjazmu, przeszacowania tempa rozwoju, wiele amerykańskich spółek z branży "High Tech", notowanych na giełdzie, zbankrutowało.
Te i podobne katastrofy albo pomyłki wzięły się ze sposobu myślenia o sieci. Jej znaczenie będzie może większe niż możemy sobie wyobrazić. Ale dzisiaj, tj. w połowie 2002 roku być może, choć takie porównania nie muszą być trafne, statystycznie ważniejszą "rzeczą" dla tzw. świata cywilizowanego są dobre autostrady (nie infostrady) i szybkie bezpieczne samochody (nie zaś bezpieczeństwo komunikacji w sieci - wirusy, hackerzy itp.). Umiejętność efektywnego komunikowania się w świecie realnym, a nie wirtualnym.
Zanim ponownie przyjrzymy się pracy Wallace, owemu importowi zza oceanu przetłumaczonemu na język Kowalskiego spróbujmy wyobrazić sobie co ten Kowalski wie o Internecie.
Internet w Polsce jest ciągle przywilejem (względnie) nielicznych. Wedle rozmaitych szacunków może być tych uprzywilejowanych od 3 do 4 milionów na początku 2002 roku. Na końcu roku bieżącego będzie ich więcej, niektórzy wieszczą, że za kilka lat dostęp do Internetu może mieć nawet ponad połowa populacji w kraju.
Zatem jeszcze raz: spróbujmy wyobrazić sobie, co Uprzywilejowany Kowalski wie o Internecie.
Z pewnością umie założyć sobie darmowe konto pocztowe na którymś z portali, posługiwać się nim jako narzędziem komunikacji, rozmawia od czasu do czasu przez sieć z wirtualnymi znajomymi ukrywając się pod sieciowym pseudonimem. Umie posługiwać się wyszukiwarką, znajdując niekiedy coś pożytecznego dla siebie. Raz na jakiś czas zagra w jakąś grę z nieznajomymi w sieci, np. w statki w Wirtualnej Polsce, ściągnie jakiś program, łypnie ślepiem na witrynę pornograficzną. I raczej nie wie, jak nieuchronnie / prawdopodobnie zmienia się po prostu jego osobowość, styl życia, mentalność, sposób widzenia świata. Mówią o tym np. badania przeprowadzone przez Akademię Ekonomiczną w Krakowie. Oto ponad połowa internautów twierdzi, że "Internet pozwala mi utrzymywać częstsze kontakty ze znajomymi, przyjaciółmi", jedna czwarta jest całkowicie pewna, że od czasu korzystania z Internetu mniej czasu poświęca na oglądanie telewizji, ale prawie połowa bynajmniej nie zrezygnowała, mimo częstego korzystania z sieci, ze słuchania radia - to zresztą swego rodzaju paradoks, że Internauci surfując w sieci bardzo często słuchają w tym samym czasie radia. No i, jak wiadomo, w Internecie można znaleźć setki, jeśli nie tysiące stacji radiowych, od BBC do tylko takich, które istnieją ...tylko w świecie wirtualnym. Internet trochę też odbiera prasie czytelników, chociaż tu mniej więcej taki sam odsetek respondentów twierdzi, że czyta mniej gazet od czasu korzystania z Internetu, co przed przyłączeniem się do wirtualnej, globalnej wspólnoty.
Swego rodzaju ciekawym wątkiem / pretekstem do rozważań o Internecie w Polsce są dostępne - także w Internecie - badania "Startrack". Dowiadujemy się z nich m in. o tym, co porabia w ciągu dnia statystyczny Polak w wieku 13-60 lat mieszkający w miastach? Według badań Startrack opublikowanych w grudniu 2001 przez polską filię jednego z najlepszych domów mediowych na świecie, zaś przeprowadzonych w pierwszej połowie czerwca 2001 wygląda na to, że chyba nie jest z nim najlepiej. Budzi się zazwyczaj przed 7:30 rano, średnio sypia niecałe siedem godzin, na prace lub naukę poświęca zaledwie 3 godziny (statystyki zaniża, tak należy chyba te dane interpretować, ogromne bezrobocie) ale na oglądanie telewizja już więcej: 3 godziny 20 minut. Sen, praca & nauka i oglądanie telewizji zaliczone zostały do kategorii najważniejszych aktywności w ciągu dnia. W kategorii "mniejszych ciekawych aktywności" znajdujemy m in. takie oto informacje: higiena osobista zajmuje Polakowi trzy kwadranse, spotkanie z przyjaciółmi niecałe 20 minut, wizyta w teatrze lub na wystawie (uwaga!) 10 sekund, zaś kontemplowanie muzyki poważnej 4,5 sekundy. Ciekawe bardzo jest to, iż obywatel Rzeczpospolitej ponad 20 minut nie robi nic, po prostu nic, co nazwano tzw. "biernym wypoczynkiem". Sporo, bardzo wiele jeszcze dowiedzieć się możemy z znakomitych i perfekcyjnie zrealizowanych i zaprezentowanych badań Startrack. Na próżno jednak szukać jakichkolwiek wieści o Internecie.
Internecie, który prawdopodobnie w sposób, o czym już napomknęliśmy, niezauważalnie dość gruntownie przeorał życie, czy świadomość wielu z nas. A przecież to początek dopiero, bowiem kilka lat zaledwie minęło od czasu tzw. boomu internetowego w (cywilizowanym) świecie, który na szczęście i nas - mimo nienajlepszych statystyk - nie ominął. (Tę internetową eksplozję świetnie zwerbalizował były prezydent USA, Bill Clinton, który w przedrukowanym w "Gazecie" przemówieniu zauważył, że kiedy zaczynał swoją pierwszą kadencję, na poczatku lat 90. na świecie było 50 stron WWW, kiedy kończył drugą, w 2001 roku, witryn internetowych istniało już ponad 50 - ale milionów.)
Czy w świetle tych, naturalnie wybiórczo, choć bynajmniej nie tendencyjnie, przytoczonych informacji o krajowych internautach książka Patricii Wallace, zapytajmy tak trochę "brutalnie", ma rację bytu w Polsce? Zdecydowanie tak. Z kilku powodów. Bynajmniej jest nie tylko dla psychologów, jest właściwie napisana z myślą o szerokim kręgu odbiorców na całym świecie. Poza tym kreśli bardzo obszerną mapę, żeby nie rzec "wielki atlas" problemów związanych z Internetem. Jedną z najbardziej ważkich uwag, które kilka razy pojawiają się w pracy Wallace jest to, że to my, każdy z nas kształtuje Internet, decyduje o tym jaki jest. W większości innych tekstów raczej wyczytamy głównie o tym, jak Internet wpływa na nas, nasz świat, osobowość, styl życia.
Jest wreszcie ciekawa z powodu tego, czego w niej... nie ma. Nie ma raczej próby, a warto chyba przyjąć na moment i taki punkt widzenia, analizy komunikacji przez Internet w... bardzo szkolny sposób. Pewnie większość, co nauki pobierała w polskich szkołach podstawowych pamięta, jak to nam Pani od polskiego mówiła o zaletach czytania. Czytanie - mogliśmy setki razy usłyszeć - rozwija wyobraźnię. Czy tak samo nie dzieje się, kiedy gawędzimy z kimś przez Internet?
Przywołany już Rheingold mawia, że jesteśmy "tylko" Słowami Na Ekranie (komputera). Ale to ogromna wszak zaleta: zamiast obrazków, rozmów także za pośrednictwem kamery, co można w wielu pokojach w Yahoo! wypróbować wyrażamy siebie, kształtujemy swój wizerunek itp. właśnie słowami. Obserwacje (intensywne) i doświadczenia (bogate) z czatów różnych nie potwierdzają tego za bardzo, ale oto znów do łask wraca sztuka słowa. Z reguły jest to raczej jakiś chaotyczny natłok słów, jakiś szum informacyjny, skróty typu "cze" zamiast cześć itd. Taki jakby "wizualny hałas" drażniący oczy wpatrzone w monitor. Ale zupełnie inaczej jest, kiedy rozmawia się używając prywatnego okienka. Wtedy bardzo często takie prywatne pogawędki ocierają się o coś w rodzaju sztuki słowa.
Nie wspomina też Wallace, ale dlatego, że pewnie Amerykanie umiejętność tę nabywają od pierwszych kontaktów z komputerem, jak istotne jest pisanie bezwzrokowe, maksymalnie szybkie. Nad tym, jak bardzo jest to istotne podczas internetowych pogawędek czy dyskusji rozwodzić się chyba nie ma potrzeby. Wreszcie, w jakich ciekawych lub nieciekawych okolicznościach możemy znaleźć się, kiedy w nasze "Słowa Na Ekranie" wkradnie się prosta literówka. Kiedyś z powodu wpisania w pokoju "UK Global Chat" haven zamiast heaven (w pewnym dość istotnym kontekście) przez dobre pół godziny trwała "burza mózgów" polegająca na wypisywaniu komunikatów, w których goście pokoju świadomie (i bardzo zabawnie na ogół) "mylili się" w poprawnym brzmieniu, tj. wyglądzie słów pojedynczych, czy całych tzw. związków frazeologicznych.
Nie ma także w "Psychologii Internetu" mowy o kawiarenkach internetowych. A temat wydaje się na tyle istotny, że można byłoby o tym śmiało opublikować pokaźnych rozmiarów rozprawkę.
Kawiarenki internetowe to nowa Biblia dla ubogich - pisze w swoim eseju "Cybercafe" John Smith. Powstały one na fali zainteresowania Internetem, jego boomu w połowie lat 90. Mimo rozwoju technologii sprawiających, że przeciętny Brytyjczyk ma taki sam dostęp do Internetu w domu, jak do ciepłej wody - pisze Smith, profesor Cambridge - kawiarenki internetowe stały się istotnym elementem spędzania wolnego czasu. Nie wiemy, czy można zgodzić się z brytyjskim historykiem idei, bowiem statystyki, chociaż imponujące, nie potwierdzają danych, chyba, że aż 20% obywateli UK nie ma ciepłej wody. Tyle bowiem według najnowszych danych ma dostęp do Internetu w domu mieszkańców UK.
Smith uważa, że wędrowanie po cyberprzestrzeni w miejscu publicznym jest po prostu zaprzeczeniem jej istoty. Po co bowiem wchodzić do sieci w miejscu, które zazwyczaj przypomina pub lub po prostu jest nim, tyle, że oprócz piwa można także posurfować w Internecie. Zastrzega jednak, że z kawiarenek internetowych korzystają "określone grupy internautów". Chodzi mu o ludzi, którzy przy piwie zamieniają parę słów ze znajomymi, bynajmniej nie wirtualnymi, którzy są w jakiejś innej części Londynu, w pracy lub w domu, z nudów, to już druga grupa, oglądają witryny pornograficzne albo po kilku głębszych podszywają się pod "kogoś innego" i robią z siebie i innych czatujących idiotów.
Te ostre słowa brytyjskiego profesora wprawiły w zdumienie francuską badaczkę Internetu, Jaqueline LaVue. W pracy doktorskiej, napisanej w College de France na Wydziale Filozofii, zatytułowanej "Filozofia Internetu" LaVue bardzo krytycznie ocenia opinie Smitha. Otóż zdaniem uczonej francuskiej kawiarenki internetowe (używa tu bardzo wdzięcznej nazwy - tak nazywa się najpopularniejsza kawiarenka internetowa w paryskiej Dzielnicy łacińskiej - "Cyberbissous", co mnie więcej oznacza "wirtualny całusek"), to idealny przykład tego, jak wygląda świat Zachodu przełomu tysiącleci. W studenckiej dzielnicy francuska młodzież zabawia się głównie za pomocą witryn lub programów umożliwiających czatowanie obok wiekowych budynków, znamienitych paryskich, dość tradycyjnych uczelni, popijając zamiast piwa francuską kawę Sati (prawie tak smakowita, jak muzyka Erica Satie, francuskiego kompozytora z początków XX wieku), płacąc za korzystanie z Internetu Euro miedzy zajęciami z filozofii a marketingu. Wirtualny pocałunek jest symbolem zauroczenia Internetem, pewną metaforą niekoniecznie mówiącą li tylko o cyber-romansach, ale po prostu wskazującą na coś, co inaczej nazwalibyśmy słynnym przyjaznym interfejsem. Kawiarenka internetowa jako nowa filozofia? LaVue w obszernym rozdziale poświeconym cybercafe ma na myśli raczej nową filozofię życia (sugeruje wręcz, że wśród wielu grup to rodzaj snobizmu). Francuzi, jako jedna z niewielu nacji na świecie uwielbiają spędzać wolny czas poza domem. Dlatego kawiarenki internetowe np. w Paryżu, dość drogie zresztą, walczą o pieniądze Francuzów oferując im wyjątkowe wirtualne przygody.
Irańska studentka w liście w jednej z grup dyskusyjnych w Yahoo! pisze, że z uwagi na kiepską infrastrukturę w jej kraju najlepiej korzystać z Internetu w e-c@fe . Na uczelniach, pisze prawie inżynier budownictwa o nicku "Negin", Internet jest bardzo cenzurowany. W kawiarenkach panuje totalna swoboda. Pewien Niemiec podpisujący się jako "Westberlin" pyta czy "przypadkiem w irańskich kawiarenkach internauci nie są pod >opiekuńczym< spojrzeniem Wielkiego Brata?"
Grecki socjolog, Kozmas Premasis, z Uniwersytetu w Atenach, porównuje Internet do labiryntu. "O ile w domu pozostawieni sam na sam, mimo wirtualnych przyjaciół, z niezliczonymi komnatami, ścieżkami, autostradami, wielopiętrowymi budowlami i prawdziwymi świątyniami, ciemnymi borami, bezkresnym morzem i niebezpiecznymi bagnami pozostajemy trochę bezradni o tyle w kawiarenkach zawsze znajdzie się ktoś, kto przyjdzie nam z REALNĄ pomocą. Tu głównie upatruje Premasis zaletę kawiarenki internetowej; w połączeniu społeczności wirtualnych z realnymi.
To zespolenie tych, często pozornie, zupełnie innych światów jest zdaniem Premasisa główna cechą początków XXI stulecia.
Czy Smith, LaVue, Premasis i inni, których wypowiedzi i koncepty przytoczyliśmy są prawdziwi, czy wymyśleni (czytaj: wirtualni)? Wirtualni, wymyśleni. Autora, z braku poważniejszych opracowań, poniosła pewnego dnia w kawiarence internetowej wyobraźnia.
Ale czy trudno sobie wyobrazić, że istnieją naprawdę i takie opinie wygłaszają. Prawdopodobnie bez większych problemów. Znając HTML można takie fikcyjne "stronice" WWW zbudować w niecałą godzinę, zapłacić w NASK od 50 do 200 złotych za domenę (im mniej członów tym droższa), znaleźć serwer, na którym strona fizycznie będzie istniała i - to wszystko. Kiedy w wyszukiwarce w Yahoo! Wpisze się (koniec kwietnia 2002) hasło "Theory of Internet" wyświetla mi się 160 znalezionych stron. (Tak nawiasem mówiąc, w Onet.pl po wpisaniu hasła "Teoria Internetu" znajdujemy informację o tym, że niczego nie znaleźliśmy). Drugą w kolejności była:
Internet Theory
Hans Dieter Huber Internet Theory (1995) I State of the Art.
In order to understand the organisation...
More Results From: http://www.hgb-leipzig.de/
Wystarczy tam wejść i przekonać się, jak łatwo przychodzi umieszczanie informacji w Internecie. Ta z pewnością jest autentyczna, autor pewnie prawdziwy. Ale równie dobrze można w krótkim czasie stworzyć witryny Smitha, LeVue, Premasisa itd. To banalne, to oczywistości same, ale Internet może być tak samo niezastąpionym źródłem bezcennych informacji jak i niebezpiecznym obszarem manipulacji hochsztaplerów wszelakiej maści, którzy bez żadnych problemów mogą jakieś fikcje produkować, podszywać się pod kogoś itp.
"Internet C@fe" to takie miejsce zawieszone gdzieś między prawdziwym życiem a wirtualnymi labiryntami, między snem a jawą, gdzie zmyślenie, własne zabawy z tożsamością w czatach internautów mieszają się i nakładają na rzeczywistość, nazwijmy to, istniejącą serio, namacalną. Takie zawieszeni między takim stanem może zostać zakłócone najczęściej przez tak drastyczne okoliczności, jak np. awaria łączy, wieszający się tzw. system operacyjny Windows itp.
podstawie stale realizowanych statystyk w kawiarence, informacji o kawiarenkach w innych miastach i w ogóle w Polsce można zaryzykować na pozór trochę niewiarygodną tezę, że w kraju roczna frekwencja w kawiarenkach ogółem może wynosić nawet od 5 do nawet 15 milionów. Pomiędzy 5 a 15 jest aż 10 milionów, więc nie brzmi to zbyt poważnie. Rzecz w tym, że nikt takich szacunków w Polsce nie robi. Można więc spróbować wziąć statystyki z miesiąca wizyt w jednej kawiarence (a takie co miesiąc w tzw. spreadshicie, czyli arkuszu kalkulacyjnym warto robić, bowiem rzecz to z wielu, bardzo wielu powodów bezcenna). Potem wyciągnąć średnią w (ok. 55 wizyt dziennie), następnie pomnożyć tę sumę przez 365 dni oraz domniemaną liczbę "Internet C@fe" w Polsce. Jeśli przyjmiemy, że jest ich w Polsce ok. 300 otrzymujemy roczną frekwencję: 6 022 500. To tylko obarczone bardzo dużym współczynnikiem błędu estymacje. Ale niech "e-kawiarenkowiczów" byłoby tylko np. 700 000 to i tak mamy do czynienia z dość istotnym zjawiskiem kulturowym, nad którym warto pochylić się, któremu należy poświęcić nieco uwagi.
CDN.
Andrzej Mańka, e-mail: manka@op.pl
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|