| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Dotcomy i tulipany(673 słów w tym tekście) (1491 ) 
BUSINESSMAN MAGAZINE 2001-11-22
autor: Richard Hill
Autor jest brytyjskim pisarzem, konsultantem i wykładowcą, autorem takich
bestsellerów, jak "We Europeans" czy "Euromanagers & martians".
Krótko przed tragicznymi wydarzeniami z 11 września rozmawiałem z
przyjaciółmi o roli USA w światowej polityce i gospodarce. Oczywiście, nikt
z nas nie przeczuwał, co się wkrótce wydarzy
Jeżeli w najbliższej przyszłości Stany Zjednoczone pozostaną dominującym
mocarstwem gospodarczym, to jego pozycja będzie coraz bardziej zależeć od
wyników innych części świata. W tej kwestii jako Europejczyk uważam, że
szala zaczyna się przechylać na naszą korzyść.
Jednym z moich rozmówców był Amerykanin, od wielu lat mieszkający w Europie,
drugim - Holender, szef europejskiego oddziału średniej amerykańskiej firmy.
Moim zdaniem, Ameryka zaczyna tracić swój dotychczasowy impet. Za symptom
tego podałem przykład upadku dotcomów. W historii takie upadki miały wpływ
na przebieg światowych wydarzeń. Holender snuł analogie z krachem na rynku
cebulek tulipanowych (!) w 1630 r. Anglicy mieli swoją "bańkę mydlaną" w
postaci założonej w 1711 r. South Sea Company, której możliwości zostały
zbyt mocno przeszacowane. Historia lubi się powtarzać, chociaż sprawa
dotcomów jest inna. To nie była tylko sprawa chciwych inwestorów, którzy się
przeliczyli, lecz był to cios dla marzeń i ambicji całej generacji młodych
amerykańskich pionierów nowej gospodarki.
Zatrzymałem moją argumentację, żeby zaobserwować reakcję kolegów. Mój
amerykański przyjaciel, który zawsze wykazywał zdrowy sceptycyzm w stosunku
do ambicji "generacji dotcomów", zgodził się ze mną. Holender także przyznał
mi rację, ale poszedł w swoich rozważaniach jeszcze dalej. "Myślę, że
wkrótce ujrzymy koniec amerykańskiego imperium" - powiedział. Jako
Brytyjczyk wiedziałem, o czym mówił: kolejny okres globalnej dominacji
ekonomicznej i politycznej wywieranej przez jedno państwo ma się ku końcowi.
Musiałem się chwilę zastanowić, zanim powiedziałem, co naprawdę chciałem
przekazać. Chodziło mi o to, że nawet jeżeli w najbliższej przyszłości Stany
Zjednoczone pozostaną dominującym mocarstwem gospodarczym, to jego pozycja
będzie coraz bardziej zależeć od wyników innych części świata. W tej kwestii
jako Europejczyk uważam, że szala zaczyna się przechylać na naszą korzyść.
Myślę na przykład o naszych osiągnięciach w zastosowaniu nowoczesnych
technologii. Dobrym punktem wyjścia jest telefonia komórkowa. Europa
wdrożyła na całym kontynencie wspólny system, podczas gdy Amerykanie jeszcze
tego nie dokonali (gdy byłem w okolicach Moskwy, udało mi się parę razy
dodzwonić do Brukseli, natomiast telefon znajomego Amerykanina okazał się
bezużyteczny).
Można by wymieniać inne przykłady dominacji europejskiej myśli technicznej.
Jednym z nich jest przemysł lotniczy, a w nim wyzwanie rzucone Boeingowi
przez Airbusa. Obydwie firmy mocno ucierpiały z powodu ataku
terrorystycznego, ale zanim do niego doszło, Airbus w nieprawdopodobnym
tempie doganiał amerykańskiego giganta. Teraz jego lista zamówień jest nawet
dłuższa niż Boeinga. To wszystko udało się mimo decentralizacji produkcji
pomiędzy poszczególnych kooperantów w różnych krajach. Paradoksalnie, sukces
został osiągnięty dzięki przestrzeganiu dokładnych procedur wymyślonych
przez Japończyków i doskonałym systemom komputerowym pracujących na
amerykańskim oprogramowaniu.
Należy wymienić jeszcze jedną strategiczną gałąź gospodarki prawie
całkowicie zdominowaną przez Europejczyków - szybką kolej TGV. Tutaj należy
chylić czoło przede wszystkim przed Francuzami. Dzięki ich wizji, popartej
przez centralistyczny i kierowany przez państwo sposób działania, udało im
się wdrożyć pomysł, który przewyższył anglosaskie idee w tej dziedzinie. Moi
rodacy są ciągle na etapie udoskonalania szybkiej kolei w tunelu pod kanałem
La Manche - 10 lat po tym, gdy pierwsze takie pociągi ruszyły we Francji.
Europa pokazała, że mocno walczy o swój udział w rynku produkcji dóbr
konsumpcyjnych. Wystarczy spojrzeć na opakowania i reklamy telewizyjne, by
się przekonać, że np. Nestlé czy L'Oréal dotrzymują kroku takim gigantom,
jak Kellogg's czy Estée Lauder.
Niestety, Europa ma swoją piętę Achillesa: zbyt małe inwestycje w badania i
rozwój. Jest to szczególnie ważne w tak przyszłościowych gałęziach, jak IT i
biotechnologia. W rezultacie wielu utalentowanych Europejczyków wyjeżdża do
pracy w USA. Tym bardziej jest to dziwne, że amerykańska mentalność w
porównaniu do europejskich lokomotyw, takich jak Niemcy i Francja, jest
nastawiona na krótkoterminowy cel. Amerykańską piętą Achillesa jest zaś
śrubowanie do bólu wyników finansowych firm, aby zadowolić Wall Street.
Mój holenderski przyjaciel podsumował, że nadchodzi zmierzch imperium
Ameryki. Ze swej strony nie mogę się teraz oprzeć refleksji, że w obliczu
tragedii Amerykanie działają ze zdwojoną determinacją, realizując na każdym
kroku hasło: "my potrafimy". Dzięki niemu Ameryka stała się potęgą.
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|