| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Ich troje i moja społeczna teoria obciachu(2975 słów w tym tekście) (2750 ) 
Kultura Popularna, nr 3/2003
autor: Mateusz Halawa
Autor jest studentem III roku Kolegium Międzywydziałowych Indywidualnych
Studiów Humanistycznych UW. Obciach bada od roku, eksperymentując na sobie i
otoczeniu.
Michał Wiśniewski, przy wszystkich swoich innych zaletach, ma to do
siebie, że jest dla współczesnej humanistyki wyzwaniem niepodjętym jeszcze,
lub podjętym w stopniu niewystarczającym. Korzystając z zauważonej przeze
mnie luki w wiedzy o współczesnej kulturze polskiej, wobec rosnącej
konkurencji na rynku speców od kultury, postanowiłem sformułować kilka
krótkich tez, by potem - w sukces Ich-Troje-znawstwa nie wątpię - móc być
uznanym za "kładącego podwaliny" i "przecierającego szlaki". Mój szkic,
przełomowy w swoim założeniu, tym różni się od innych prac naukowych, że
swojej postulowanej przełomowości nie ukrywa, wręcz przeciwnie - obnosi się
z nią i chce z niej uczynić swój atut.
STO: Tezy i Ojciec Założyciel
Teza 1. Obciach (żenada, wiocha) jest społecznie skonstruowanym terminem
używanym przez jedne grupy w celu napiętnowania drugich. Wytwarza się w ten
sposób hierarchia: osoba A mówiąc, że B lub związana z nim osoba B to
obciach, piętnuje ją i sytuuje niżej w hierarchii. Może istnieć obciach
wzajemny: osoba B jest obciachowa dla A, A zaś - dla B. Obciachowość jest
stanem subiektywnym. Kryterium tworzenia hierarchii jest szeroko pojęte pole
smaku/gustu estetycznego. Problem estetyki i estetyzacji, jak poucza nas
Mike Featherstone, jest jednym z kluczowych dla postmodernizmu problemów, co
nie znaczy, że obciach nie istniał wcześniej - po prostu ponowoczesność
czyni zeń kwestię szczególnie ważną.
Teza 2. W tak zdefiniowanym polu możemy, odwołując się to idiomu brytyjskich
kulturoznawców, mówić o funkcjonowaniu polityki żenady. Istnieją systemy
eksperckie reglamentujące obciach (żenadę, wiochę) i uważające się za
szczególnie predestynowane do stwierdzania, co obciachem jest, a co nie.
Systemy eksperckie konkurują ze sobą o tę władzę etykietowania, zaś
przeważająca część społeczeństwa, funkcjonująca poza obrębem systemów
eksperckich, przyjmuje te etykiety jak swoje. Jest to polityka żenady w
skali makro.
Teza 3. Może jednak istnieć ruch oddolnego oporu przeciwko polityce żenady w
skali makro. Odwołując się w tym miejscu do teorii Michela de Certeau i
Johna Fiske'a, STO zakłada tak istnienie polityki żenady w skali mikro, a
więc regulowanej słabiej lub w ogóle nieregulowanej przez systemy
eksperckie, jak i możliwość oporu przeciw temu, co systemy eksperckie chcą
zdefiniować jako żenadę, wiochę lub obciach. Teoria odwołuje się tu do
koncepcji partyzantki semiologicznej Umberto Eco.
Teza 4. Szczególnie znaczące dla teorii są właśnie momenty przełamania
hegemonii systemu eksperckiego (mówiąc o hegemonii, STO odnosi się do
dorobku British cultural studies, których przedstawiciele twórczo rozwinęli
koncepcję Gramsciego i pozwolili aplikować ją w ponowoczesnym,
zmediatyzowanym świecie wielu instytucjonalnych systemów eksperckich).
Teza 5. STO, być może zbyt śmiało czerpiąc inspirację z teorii
językoznawczych, stanowi, że obciach, przez analogię do znaku językowego,
jest arbitralny i jedyne, co wiąże go z rzeczywistością, to umowa społeczna.
Naturalną konsekwencją tej tezy będzie stwierdzenie, że w innych,
hipotetycznych warunkach, to co jest obciachem dziś mogłoby się stać jego
odwrotnością, dla którego to pojęcia wciąż szukamy nazwy, która byłaby
odpowiednio trendy. Odrzucenie tezy piątej nie musi pociągać za sobą
odrzucenia całej teorii - może powstać odłam naukowców badających, czy w
samym przedmiocie jest coś, co predestynuje go do bycia obciachowym, i czy
może istnieć przedmiot, który nigdy nie będzie obciachem. Badacze pracujący
w ramach takiego podejścia, które nazwiemy roboczo antropologią wiochy, będą
często historykami sztuki, podczas gdy badacze akceptujący tezę o
arbitralności, będą częściej wywodzić się z pola nauk społecznych.
Ojcem Założycielem i patronem skromnej i na razie jednoosobowej Katedry
Badań nad Obciachem, która z czasem stanie się Instytutem, by niewiele
później całkiem zasłużenie przekształcić się w Wydział, mianujemy
nieżyjącego już Pierre'a Bourdieu, bowiem bardzo bliska nam i w pewnym
sensie dająca nam punkt wyjścia do badań jest jego teza, że Kant nie miał
racji definiując sąd estetyczny jako bezinteresowny, bo w istocie jest
dokładnie przeciwnie - służy on dystynkcji, odróżnieniu się od-, i jest
społecznie bardzo istotny. Akt klasyfikacji na podstawie kryterium smaku,
przekonywał Bourdieu, mówi nam wiele tak o klasyfikującym, jak i o
klasyfikowanym, a - co istotniejsze - również o świecie społecznym, w którym
klasyfikacja taka odgrywa dużą rolę.
Ich Troje, obciach i pornografia: nic nie rozumiem, bo mi zakazali słuchać
Oczywiście nie słucham Ich Troje. Tym, co mnie w niniejszym szkicu zajmie,
to - wprowadzona przez słówko "oczywiście" - pozorna naturalność takiego
wyboru estetycznego i jego, w moim położeniu, nieuchronność. W istocie,
nawet gdybym chciał, nie mógłbym w sposób uprawniony i jawny słuchać Ich
Troje, nie narażając się na kpiny. Studiując tam, gdzie studiuję, mieszkając
tam, gdzie mieszkam, i będąc pod wpływem takich a nie innych systemów
eksperckich instytucjonalnych jak uniwersytet czy większość dzienników,
nieinstytucjonalnych jak moja przyjaciółka, która twierdzi, że zna się na
muzyce, żeby posłuchać Ich Troje mogę w przybliżeniu zastosować cztery
taktyki:
- przybrać ironiczny wyraz twarzy, tak, żeby wszyscy widzieli, i wzdychać o
tempora! o mores! (łacina niekonieczna, ale, wciąż jeszcze, pożądana),
- przebrać się za kogoś innego (wąsy!) albo wyjechać do miasta, gdzie nikt
mnie nie zna, pójść na koncert niczym do peep show lub innego zakazanego
miejsca,
- obwieścić wszem i wobec, że "muszę", bo piszę artykuł do "Kultury
Popularnej" i chcę "zrozumieć społeczeństwo",
- słuchać sam i cicho, żeby nikt nie usłyszał, że słucham.
Narzucające się podobieństwo do taktyk korzystania z pornografii, z której
przecież "nikt nie korzysta", w tym samym sensie, w jakim "nikt nie słucha
Ich Troje", pozwala nam dostrzec ważny efekt działania społecznie
wytworzonego obciachu: jest nim poczucie winy i swoista schizofrenia na
linii prywatne-publiczne, czy może oficjalne-nieoficjalne. Jeżeli systemy
eksperckie, które mówią: nie słuchaj Ich Troje, nie oglądaj reality show, są
dla nas ważne, a mimo to oglądamy, cień schizofrenii i poczucia winy musi
się na nas położyć. "Europejczyk używa kina, ale się go wstydzi", miał
powiedzieć Irzykowski.
Problem w tym, że dawne systemy eksperckie (a jest takim systemem na
przykład grupa uniwersyteckich intelektualistów), tracą obecnie swoje
znaczenie. Społeczeństwo obywa się bez nich lub wytwarza własne. Dawni
eksperci, jak zobaczymy w zakończeniu, muszą, proszę wybaczyć darwinizm,
dostosować się, albo zginąć (z uniwersum dyskursu medialnego, rzecz jasna).
Żyjemy w "epoce normalsów", diagnozował Wiesław Godzic. To najważniejsza
chyba lekcja z Big Brothera - co innego wiedzieć, że przeciętny Polak czyta
pół książki rocznie, co innego zobaczyć w porze największej oglądalności, że
z jedną książką można przeżyć trzy miesiące w naszpikowanym kamerami i
mikrofonami kontenerze pod Sękocinem i jest fajnie. Nie ma słowa "fajnie" w
języku polskim, przekonywano mnie w liceum. Nie ma?
Chodzi o to, że kiedyś "masy" mogły mówić tylko w symbolicznym obrębie tego,
co proponowały im elity kulturalne, ostatnio zaś to elity kulturalne, żeby
być usłyszane, musiały udać się do "masowego" programu. Chcę ustalić,
dlaczego miejsce do siedzenia wskazał im właśnie Michał Wiśniewski.
(Pre)historia Ich Troje jako teoria spisku: dlaczego nie zachwyca, skoro
zachwyca
Według mnie było tak. Oficjalnie Ich Trojga nie było. Zinstytucjonalizowane
systemy eksperckie w postaci połączonych sił telewizji publicznej z Niną
Terentiew, TVN, Polsatu, Roberta Leszczyńskiego (jeszcze w "Gazecie
Wyborczej") i innych gazet nie widziały lub nie chciały widzieć;
kulturoznawcy i socjologowie, gremium przyznające Fryderyki, stacje radiowe
też nie. Ja też nie wiedziałem o Ich Troje - bo i skąd. Psychologia
społeczna opisuje rzecz doskonale - otaczamy się ludźmi podobnymi do siebie,
a potem przeceniamy powszechność własnych postaw i sądów. "To niemożliwe, że
Tymiński wejdzie do drugiej tury," orzekliśmy zgodnie w rodzinie przed
pierwszymi wolnymi wyborami prezydenckimi. Nikt nie znał nikogo, kto chciał
na niego głosować. Tak samo "nikt" nie słyszał o Ich Troje.
Intelektualiści, jeżeli mieliby dowiedzieć się o Ich Troje, dowiedzieliby
się z mediów. Przyjrzyjmy się więc mediom. Moja, być może szalona, teoria
zakłada, że zarządzający mediami (systemami eksperckimi) wiedzieli o
fenomenie Ich Troje, ale (przez jakiś czas) nie pozwalali mu zaistnieć
symbolicznie. To teoria spisku, podobna do tej, że rząd amerykański już
dawno przechwycił w Roswell latające talerze, ale wciąż to ukrywa, tyle że
bardziej prawdopodobna. Medialny system ekspercki, jakkolwiek zadufany w
sobie by był, nie może nie zauważyć istnienia zespołu, który sprzedaje setki
tysięcy nagrań i gromadzi dziesiątki tysięcy słuchaczy na koncertach -
wszystko to zaś bez wsparcia jakiegokolwiek innego systemu eksperckiego. Gdy
Ich Troje sprzedawało kolejną setkę tysięcy albumów, powtórzmy, bez reklamy
czy jakiejkolwiek promocji w mediach, działało nie dość, że poza medialnym
uniwersum symbolicznym, to jeszcze niejako poza rynkiem - płyty były tanie,
dumpingowo wobec wyśrubowanych cen płyt z największych wytwórni, zmagających
się (dlaczego?) z powszechną praktyką piractwa. Zespół dawał wielkie,
perfekcyjnie przygotowane koncerty. (Od estetyki, rozumianej tu jako system
arbitralnych wyborów społecznych, chcę abstrahować). Mój telewizor na ten
temat milczał.
Nie ma w Polsce lepszego przykładu niż fenomen Ich Troje, by zobrazować,
dlaczego i jak bardzo mylą się teoretycy kultury masowej, którzy chcieliby
widzieć społeczeństwo jako bezwolną masę zatomizowanych jednostek sterowaną
przez wszechpotężne media. To wizja częsta wśród intelektualistów,
pozwalająca im trwać w przekonaniu, że wystarczy znaleźć dostęp do
Woronicza, by uzyskać wpływ na ludzi. A tu trzeba partyzantki, komentował
Umberto Eco, trzeba zająć pierwsze krzesło przed każdym telewizorem, walczyć
o znaczenia i nigdy nie spocząć na laurach.
Teoria masowa nie działa. Powiedziano w telewizji, żeby nie głosować na
Tymińskiego, bo bije żonę? Powiedziano. Przeszedł do drugiej tury. Było coś
w telewizji o Ich Troje? Nie było. Szał tłumów na koncertach.
Nie być w telewizji - żenada
(Pre)historia Ich Troje pokazuje nam więc sytuację, w której media wiedzą,
ale nie powiedzą. Są figurą systemu paternalistycznego, systemu, który "wie
lepiej". W tym sensie telewizja w Polsce jest (na tym etapie jeszcze)
paleotelewizją, czyli telewizją, która wytwarza relację nadawca-odbiorca na
podobieństwo relacji mistrz-uczeń.
Moją STO chciałbym wykorzystać po to, by zobrazować arbitralność wyboru, co
pokazywać (skoncentruję się na telewizji), a co nie. Zwracam jednak uwagę,
że o ile obciach, jak go nazywam, społecznie wytworzony, jest koniecznością
- system oparty na sądach estetycznych musi być stabilny i fakt, że są i
rzeczy obciachowe, i nieobciachowe, właśnie tę stabilizację mu zapewnia - o
tyle w tym przypadku mamy do czynienia z obciachem wytworzonym przez elity
władzy (bo jest w istocie władzą decydowanie, co puścić, a czego nie) i na
dodatek obciachem nieprzedstawionym. Zespół miał być obciachowy, bo
niepokazany w telewizji.
Trudno będzie mnie przekonać, że uprawnione, bo emitowane, strofy "zabrałaś
mi lato/nie dałaś nic za to" czy "lato/lato wszędzie/zwariowało,
oszalało/moje serce", a nawet "dziewczyny lubią brąz/co czule pieści je", są
istotnie i jakościowo różne od przemilczanych "zawsze z tobą chciałbym
być/przez całe lato/[É]/kochaj mnie za to" czy "żadnych granic/żadnych
państw". W modelowej sytuacji STO wszystkie te poetyckie propozycje byłyby
jednakowo dostępne dla publiczności, która "wyprodukowałaby" niektóre z nich
jako obciachowe, a niektóre zaakceptowała. W omawianym przypadku jednak w
sprawę wmieszała się paleotelewizja, usiłując zawęzić wybór (Jeszcze raz
pytam: dlaczego Formacja Nieżywych Schabuff - tak, a Ich Troje - nie?). Nie
przeczuwała, że będzie to jedno z ostatnich jej posunięć przed śmiercią.
Mówiąc krótko - paleotelewizja, wraz z innymi mediami, rozumując zgodnie z
założeniami teoretyków masowości, założyła, że jeśli czegoś (wybranego
arbitralnie) nie pokaże, to tego nie będzie: jak zasłonię oczy, zrobi się
ciemno i nikt mnie nie znajdzie. Jak domyśla się każdy, kto grał w
dzieciństwie w chowanego, założenie to okazało się być błędne.
Dalszy rozwój wydarzeń, Nina Terentiew i cień Frankensteina
Zatrzymaliśmy się w punkcie, w którym telewizja i inne media wiedzą o Ich
Troje, ale nic nie robią. Czekają, aż zignorowany zespół sam zrobi się
obciachowy dzięki ich polityce żenady. Tymczasem Ich Troje rosną w siłę,
między innymi dzięki temu, że nie ma ich w telewizji! Działa tu opisywana
przez Fiske'a i de Certeau przyjemność słabego (pozbawionego władzy systemów
medialnych) ze sprzeciwienia się silnemu (sprawującym rządy nad znaczeniami
systemom). Gdy to, co ważne dla kilku milionów ludzi, nie ma swojej
reprezentacji w mediach, ludzie zaczynają tworzyć swoje przyjemności w
opozycji do mediów. To niebezpieczne dla paleotelewizji - Ich Troje urosło
już w siłę na tyle, że to zespół ma władzę określenia jej jako obciachu.
Prowadzona przez media polityka żenady obraca się przeciw nim - zamiast w
porę zasymilować Ich Troje, odrzucili zespół, który, według logiki
paleotelewizji, nie powinien był tego przetrwać. Tymczasem zepchnięcie na
margines wzmocniło go i teraz w glorii powraca po przynależne mu honory wraz
z wypierającą stary, paleotelewizyjny porządek, neotelewizją.
Wprowadzenia na salony dokona, co zaskakujące, program drugi TVP z Niną
Terentiew na czele. Dlatego felietonista Res Publiki Nowej nazwie ją później
Doktorem Frankensteinem, który wyhodował monstrum. To ocena niesprawiedliwa,
bo jeżeli ktokolwiek wyhodował Wiśniewskiego to jego publiczność w Polsce,
bez najmniejszej pomocy Terentiew, choć można powiedzieć, że przy jej
milczącej zgodzie. Nie należy więc w tym przypadku narzekać, że program
telewizyjny ma zły wpływ na widownię, tylko za Eco zapytać, czy widownia
może mieć zły wpływ na program telewizyjny. Z pewnością dopiero dzięki
zapraszającemu gestowi Terentiew widownia taki wpływ uzyskała. (Na boku
pozostawmy kwestię tego, jak wygląda, a jak powinna wyglądać polska
telewizja publiczna).
Dopiero, gdy popularny w społeczeństwie zespół zaczyna być reprezentowany w
telewizji, moja STO może zacząć działać w naturalnych dla siebie warunkach.
Dowiaduję się o istnieniu Ich Troje, a z innych źródeł wiem, że to obciach,
żenada i wiocha, nie dotykać. Zapytajmy jeszcze, skąd wziął się gest
Terentiew? Otóż: albo uległa ona reklamodawcom, albo przyjęła piątą tezę STO
(o arbitralności) i zapytała samą siebie, dlaczego pikniki z Agatą Młynarską
- tak, a koncerty Ich Troje - nie. I wyszło, że tak naprawdę nie ma różnicy.
Powinno się zakazać, ale nie ma nikogo, kto mógłby
Symboliczne uznanie istnienia Ich Troje przez telewizję rozsierdza
przedstawicieli innych systemów medialnych - TVP zabrała im potencjalnych
odbiorców reklam (dotąd niereprezentowani słuchacze Ich Troje), a medium, w
którym nie ma Ich Troje, wobec złamania niepisanego sojuszu przez Terentiew,
jest przez fanów uznawane za jeszcze bardziej obciachowe. Polityka żenady
doprowadza niektóre systemy do ustępstw (Michał Wiśniewski stopniowo
przenika do gazet i stacji radiowych), niektóre zaś - do gwałtownych reakcji
negatywnych. Zwróćmy uwagę - wcześniej nie było czego krytykować, bo wszyscy
udawali, że sprawy nie ma. Teraz, skoro Wiśniewski jest w telewizji, Robert
Leszczyński, wówczas wpływowy krytyk "Gazety Wyborczej", może wraz z innymi
rozpocząć wytwarzanie wizerunku zespołu i jego słuchaczy jako obciachowych.
W pewnym momencie ogłasza, że zespołowi powinno się zabronić występować.
Zwraca uwagę fakt, że figura krytyka muzycznego, eksperta szczególnie
ważnego w przypadku stosowania STO na polu muzyki, już wcześniej wzbudzała w
środowisku artystycznym coś w rodzaju kulturowej paniki: część artystów
atakowała Leszczyńskiego w swoich tekstach, łamiąc niepisaną zasadę
nieodnoszenia się do krytyki. Jest w tych gestach świadomość gigantycznej
roli systemów eksperckich, które mają władzę zrobienia obciachu ze
wszystkiego. STO nie zakłada, że jakakolwiek sztuka "broni się sama".
Szybko Ich Troje stają się publicystyczną łatką oznaczającą "upadek
kultury", "chłam w telewizji", oraz, nie zapominajmy, obciach, wiochę i
żenadę. W "społeczeństwie normalsów" mało kto jednak czytuje publicystów, co
niektórzy z nich odkryją w zakończeniu tej opowieści. Wiśniewski jest
sprawnym PR-owcem albo takich wynajmuje. Mimo to, aby dalej się rozwijać
musiał stać się częścią systemu, w opozycji do którego tak skutecznie
działał przez tyle lat; dalej podkreśla swoją odrębność i konflikt z
otoczeniem. Daje zrobić o sobie dokument, w którym rozprawia się z
krytykami, którzy "chcą go zniszczyć", potem atakuje twórcę tego dokumentu i
demoluje studio w jednej z telewizji. Wie, że część swojego sukcesu
zawdzięcza temu, że eksperci go nie chcieli i wbrew jego fanom orzekli, że
Ich Troje to obciach. Teraz nie może pozwolić sobie na to, by jego fani
uznali, że "się sprzedał".
Finał: Mazowiecki z wizytą w neotelewizji i co z tego wynika
Sprawę Ich Troje proponuję rozważać na równi ze sprawą Big Brothera, jako
jeszcze jeden z dowodów spóźnionej rewolucji - oto w Polsce paleotelewizja
zmienia się w neotelewizję. Paternalistyczna instytucja, która chce
wychowywać swoich widzów i chronić ich przed żenującymi, obciachowymi i pod
każdym względem "nieodpowiednimi" treściami, ustępuje miejsca medium, które
uprzywilejowuje kontakt z widzem i rezygnuje z wychowywania: daje wybór lub
jego pozór. W poszukiwaniu bardziej neotelewizyjnego środowiska Wiśniewski
przeniósł się do TVN, ale i TVP dryfuje w podobną stronę (vide: coraz
intensywniejsze debaty o ratowaniu misji). Zacząłem od stwierdzenia, że
"masy" mogły kiedyś mówić tylko w symbolicznym obrębie tego, co proponowały
im elity kulturalne, ostatnio zaś to elity kulturalne, żeby być usłyszane,
musiały udać się do "masowego" programu. To symboliczne przejście od
paleotelewizji do neotelewizji chciałbym pokazać, odmalowując następujący
"żywy obraz".
Jestem, jaki jestem - show dokumentujące dzień po dniu życie Michała
Wiśniewskiego. TVN, rok 2003. Jeżeli Ich Troje jest obciachem, to w
rozmowach prywatnych, tam, gdzie najlepiej działa STO. Jeżeli chodzi o
media, to Wiśniewski wystąpił już w większości, jego obecność jest
uprawniona, ale on wciąż gra na konfrontację, jak w przypadku awantury,
która wybuchnie trochę później. Na razie uśmiechy, ale i wyzwiska, bo ktoś
zamieścił w internecie samodzielnie wykonany teledysk do Keine Grenzen. Dość
nieprzyjemny (obciachowy?) i głupi montaż kronik filmowych przedstawiających
nazistów wdzierających się do Polski w 1939 roku.
Wkrótce w studiu zasiądzie Adam Krzemiński, specjalista w problematyce
polsko-niemieckiej, publicysta "Polityki". Rozmowa konsekwentnie, acz nie
nachalnie, zacznie krążyć wokół korzyści z przystąpienia do Unii i
niezrozumienia głęboko współgrającego z ideą projektu europejskiego tekstu
piosenki przez autora internetowego żartu. Widzowie zobaczą też dość długą
wypowiedź Daniela Olbrychskiego, a później, i tu następuje kulminacja mojej
opowieści, pojawi się Tadeusz Mazowiecki. Były premier w duchu
demokratycznym i prounijnym poprze ideę Wiśniewskiego - właśnie o przyjaźń i
współpracę ponad granicami chodzi. Keine Grenzen. W rogu ekranu wciąż będzie
widać twarz idola, który albo z aprobatą pokiwa głową, albo z dezaprobatą
nią pokręci. Potem będzie przerwa na reklamę szamponu, a widzowie wypowiedzą
się, wysyłając SMS-y (geniusz neotelewizji polega na tym, że nie musimy się
zgadzać. Nie cierpimy Wiśniewskiego, ale siedzimy przed ekranem i cierpliwie
powiadamiamy go o tym wysokopłatnymi SMS-ami).
Morał?
Nie jest tak, że z reality show z Michałem Wiśniewskim nie dowiedzieliśmy
się niczego nowego. Przede mną odkrył coś Mazowiecki: publiczność po drugiej
stronie ekranu nie jest szarą ogłupioną przez telewizję masą, która ogląda
program, a my nie możemy i nie chcemy tego zrozumieć (jak nie mogła i nie
chciała Joanna Bartmańska). Jakkolwiek pociągająco wyglądałyby w druku takie
wizje, przed telewizorami nie odbywa się ani kult idola, jak chciałaby
Magdalena Tutka, ani czarna msza, jak chciałby Rafał Kotas. Tam siedzą
ludzie i słuchają, co się do nich mówi, a potem albo się zgadzają, albo nie.
Albo coś nie jest, albo jest obciachem. Obciachowy wydawać by się mogło gest
Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera, który dał
się wtłoczyć w różowe, 60-sekundowe okienko w niekończącym się strumieniu
neotelewizji, bo uznał, że jednak warto, pokazuje, że całą sprawę trzeba
przemyśleć od początku.
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|