| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Po pół wieku - dokument(2209 słów w tym tekście) (1494 ) 
KINO, Lipiec - Sierpień 2004 (7-8/446/7)
autor: Jerzy Płażewski
57. festiwal w Cannes przejdzie do historii przede wszystkim jako triumf
kina dokumentalnego.
Zwycięstwo "Fahrenheita 9/11" Michaela Moore'a jest drugą w historii Złotą
Palmą dla dokumentu. Od pierwszej, dla "Świata milczenia" Cousteau i
Malle'a, dzieli nas już 48 lat. Ale tamta Palma nagradzała delikatny poemat
barw, pieśń gorącego morza, gdy ta trafia w samo sedno światowej dyskusji
politycznej.
"Fahrenheit 9/11" spełnia warunki filmu artystycznego. I to prawie
niezależnie od przekonań politycznych autora. Paradoks? Sądzi się
powszechnie, że sukces artystyczny można osiągnąć łatwiej w fabule niż w
dokumencie, bo fabuła używa środków subtelniejszych i bardziej precyzyjnych
w zgłębianiu istoty rzeczy. Tak rzeczywiście bywa. Ale jeśli zdarzy się
inaczej, to sukces dokumentalisty jest relatywnie większy.
Krytykując sugestywnie i z inteligentnym sarkazmem politykę iracką George W.
Busha, reżyser mierzy temperaturę nastrojów społeczeństwa amerykańskiego po
11 września 2001. Jeśli tak znaczny odsetek Amerykanów - twierdzi Moore -
poparł poczynania Busha, "miernego przedstawiciela teksańskiego przemysłu
naftowego", to dlatego, że jest oswojony z ideą załatwiania wszystkiego
przez sięganie po rewolwer, co Moore pokazał w "Zabawach z bronią".
Wygodniej też twierdzić, że marines lecą na Bliski Wschód, by udaremnić
atomowy atak Saddama Husajna na Nowy Jork, nie zaś by bronić interesów
ponadnarodowych koncernów naftowych. Tymczasem Husajn nigdy atakiem nie
groził, podczas gdy Osama Bin Laden taki atak wykonał. Moore prezentuje
szokujące zdjęcie Busha ściskającego dłoń rodzonego brata Osamy,
współwłaściciela - obok prezydenta USA - wielkiego konsorcjum przemysłowego.
Ujawnia też mało znany fakt, że nazajutrz po zamachu 11 września rząd
wypuścił z USA 24 członków rodziny Bin Ladenów bez przesłuchań przez FBI,
choć ponowny atak Al Kaidy na Amerykę jest wciąż prawdopodobny...
Odcięty język old boya
Sprawa "Fahrenheita 9/11" i Palmy zdominowała prasowe relacje z festiwalu,
odsuwając w cień novum tegorocznego Cannes: konferencję prasową jury po
ogłoszeniu werdyktu (dotąd konferencje takie odbywały się przed
przystąpieniem jury do pracy). To wtedy jeden z członków jury pracującego
pod kierunkiem Quentina Tarantino wyznał: "Gdy po przyjeździe dowiedzieliśmy
się, że będziemy post factum postawieni przed państwem - postanowiliśmy nie
robić głupstw".
Głupstw jednak zrobiło jury niemało, ulegając gustowi impulsywnego i
władczego Tarantino (którego jedynym, jak słychać, oponentem była
filigranowa Tilda Swinton). Trudno wybaczyć nagrodzenie (prawda, że nagrodą
ostatnią, ale jednak) "Choroby tropikalnej" (Sud pralad) Tajlandczyka
Apichatponga Weerasethakula, najbardziej grafomańskiego i niezdarnego filmu
festiwalu. Ale groziło coś dużo gorszego. Jak na wspomnianej konferencji dał
do zrozumienia szef jury, gdyby nie "Fahrenheit 9/11", najwyższa nagroda
przypadłaby Koreańczykowi Park Chan-wookowi za "Old Boya". Film dostał i tak
nagrodę drugą, Grand Prix.
"Old Boy" jest krwawym kryminałem w stylu "Pulp Fiction", tylko z większą
dozą nieprawdopodobieństw. W kilkanaście lat po ukończeniu liceum bohater
zostaje porwany przez nieznanych osobników i uwięziony tylko dlatego, że w
szkole był świadkiem aktu kazirodczej miłości kolegi. Czyżby to mogło być
powodem uwięzienia świadka i zamordowania jego żony? Amatorzy krwi i
przemocy zostają fachowo obsłużeni, ale nawet oni ze zdumieniem przyjmą
konkluzję: bohater pokornie uznaje swą "winę", woła błagalnie do oprawcy
"Mogę być twoim psem!" i zaraz potem sam obcina sobie język. Dramat zemsty
przekształca się w dramat pokuty, ale dlaczego?
Salon odrzuconych
Jury Quentina Tarantino przyjęło najwidoczniej zasadę, by zaskoczyć
werdyktem. Ważną nagrodę za reżyserię przyznało francuskim "Wygnańcom"
(Exils) Tony Gatlifa (kino francuskie zostało bajecznie uhonorowane, bo
dostało 3 z 8 nagród, to znaczy, że każdy z filmów francuskich nagrodzono!).
"Wygnańcy" są typowym filmem drogi: o Arabce i Francuzie, którzy z czystej
ciekawości, bez grosza przy duszy, wędrują do Algierii, skąd się wywodzą.
Film pozbawiony rytmu, o niestarannie narysowanych charakterach, z partiami
trawelogu niezręcznie montowanymi z perypetiami podróżujących - był
najsłabszym z francuskiej trójki. Czy istotnie nie było bardziej wyrazistych
osiągnięć reżyserskich?
Ależ były! Jury w ogóle nie dostrzegło najlepszego filmu festiwalu, za jaki
uważam "Życie to cud" Kusturicy, ani zaskakującego "2046" Wong Kar-waia, ani
prowokującej "Naszej muzyki" Godarda, ani pełnego ironicznej werwy
"Ladykillers" braci Coen. Najwidoczniej postanowiono wykluczyć wszystkie
głośne nazwiska. Ponieważ ja takich postanowień nie podejmowałem, a na tym
udanym festiwalu naliczyłem aż 12 filmów wybitnych lub bardzo dobrych,
pozwolę sobie w dalszym ciągu iść tropem mego własnego osądu.
Jednym z wyeliminowanych był Walter Salles, Brazylijczyk, twórca pamiętnego
"Dworca nadziei". Jeśli za reżyserię istotnie warto było nagrodzić "film
drogi", to okazja sama się narzucała w postaci jego "Dzienników
motocyklowych" (Diarios de motocicleta). Tematem Sallesa jest podróż przez
Południową Amerykę, którą zdezelowanym motocyklem podjęli w 1952 dwaj młodzi
Argentyńczycy, biochemik i student medycyny. Ten ostatni nazywał się Ernesto
Guevara. Obaj wędrowcy, synowie dobrych rodzin (ten drugi, Alberto Granado,
żyje do dziś i przyjechał do Cannes na premierę), tak zaplanowali trasę, by
dokładniej poznać kontynent, niesłusznie ich zdaniem podzielony. Obawy, że
Salles zrobi propagandowy panegiryk, okazały się płonne. Niemal wszystko, na
co bez tendencyjnych uproszczeń kieruje kamerę reżyser, istnieje do dziś w
Ameryce Łacińskiej i skłania do myśli o konieczności przemian.
Namiętnym peanem przeciw wojnie jest "Nasza muzyka" (Notre musique) Jean-Luc
Godarda, podzielona na trzy części: piekło, czyściec i raj. Jak zwykle pełno
tu cytatów, aforyzmów, paradoksów i symboli. "Piekło" jest ogłuszającym
montażem ułożonych chronologicznie scen wojennego okrucieństwa, wyjętych
raczej z filmów fabularnych niż z kronik, grozą sięgających granic
abstrakcji. "Czyściec", zasadnicza część filmu, umieszczony został w
męczeńskim Sarajewie, gdzie w sekwencjach pozbawionych akcji zawarte są
odniesienia do konfliktów w Izraelu i Iraku oraz rozważania na temat poezji
zwycięstwa i poezji klęski. Nie brak też namysłu nad wychodzeniem z epoki
ideologii ("Komunizm istniał dwa razy po 45 minut na stadionie Wembley, gdy
piłkarze Węgier wygrali 6:3 z Anglią"). Szkoda, że "Raj", ironicznie
przedstawiający zieloniutki eden, strzeżony przez marines USA, nie dorównuje
reszcie.
Idzie nowe
Wbrew pozorom, filmy odsyłające do polityki wcale w Cannes nie przeważały.
Najważniejsze pozycje sezonu stanowią dla mnie materiał dla dokonania
rozgraniczenia: które z nowych pomysłów odnawiają i wzbogacają język
filmowy, a które manierycznie wydziwiają: "zrobię tak, bo nikt tak jeszcze
nie robił".
Otóż jako nowatorskie określiłbym trzy filmy. Festiwal otwarto
pozakonkursowym "Złym wychowaniem" (Mala educación) Pedra Almodovara,
skomplikowanym i barwnym widowiskiem, pełnym - jak zwykle u tego autora -
transwestytów, narkomanów, gejów, a także księży dryblujących w sutannach na
meczu piłkarskim, wreszcie manekinów w muzeum figur... papierowych. Hiszpan
troszczy się o zadry pozostawione w umyśle dojrzewających seksualnie
chłopców z jezuickiego liceum. Ale chodzi mu nie o prostą krytykę księżej
dyscypliny, tylko o bardzo rozległe i pośrednie jej konsekwencje. Dlatego
nie ogranicza się do rozłożenia akcji na trzy krzyżujące się warstwy
czasowe, kiedy obok prawdziwej wersji zdarzeń podaje nam wersję zdeformowaną
na użytek pisanego przez bohatera scenariusza, a do tego jeszcze wersję
świadomie skłamaną przez innego bohatera. Jakby tego było mało - wprowadza
przebieranki, podszywanie się pod cudzą tożsamość, zmianę płci czy wreszcie
obsadza w roli tego samego protagonisty dwóch, mało do siebie podobnych
aktorów. Naturalnie łatwo się w tym zgubić. Dlatego opłaca się obejrzeć "Złe
wychowanie" po raz drugi, by w pełni delektować się wirtuozerią mistrza,
szczelnym domykaniem się wszelkich zatrzasków tego filmu. W ten sposób udało
się osiągnąć wrażenie, że nawet prosta historia może mieć drugie i trzecie
dno.
Podobnie reaguję na "2046", bardzo oczekiwany film Wong Kar-waia. Fabularnie
jest to w pewnym sensie dalszy ciąg znakomitych "Spragnionych miłości".
Platoniczny kochanek (ten sam Tony Leung) pojawia się jako wytrawny
podrywacz, działający między Singapurem a Hongkongiem. O topografii
informują zresztą tylko napisy, gdyż od "Męczeństwa Joanny d'Arc" Dreyera
nie pamiętam drugiego filmu, który w tak ogromnej części składałby się ze
zbliżeń twarzy, szczególnie dwóch twarzy w jednym kadrze. Kiedy bohaterowie
idą ulicą, nie tylko nie rozpoznajemy miasta, ale nawet tego, że aktorzy są
na ulicy. Miłosne perypetie pisarza, który boi się trwałego związku z
kobietą, są furtką do refleksji nad stosunkiem przyszłości do przeszłości.
2046 to numer pokoju hotelowego, w którym pisarz był szczęśliwy, ale to
równocześnie rodzaj daty; co jakiś czas oglądamy odjeżdżający wirtualny
pociąg z ludźmi spragnionymi odzyskania zagubionych wspomnień. Rysunkowa
wizja pędzącego pociągu zabarwia akcję filmu poezją. Podobnie jak defilada
niebywale pięknych Chinek. Maggie Cheung pojawia się na krótko, ale w tym
korowodzie nie brak równie znanej Gong Li, pojawiła się też jedna z
najpiękniejszych dziewcząt ekranu, młodziutka Zhang Ziyi. Tarantino ujawnił,
że była drugą kandydatką jury do nagrody aktorskiej. A na festiwalu można ją
było obejrzeć w filmie innego wielkiego Chińczyka, Zhanga Yimou, "Bractwo
latających sztyletów" (House of Flying Daggers), podobnym do "Hero" lub
"Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka", brawurowym, malarskim spektaklu,
opartym na unicestwianiu siły przyciągania.
Do nowatorskich sukcesów Almodovara i Wonga dopisać trzeba radosną
kwintesencję bałkańskości, "Życie to cud" (Zivot je čudo) Emira Kusturicy.
Ten twórca ma swój własny styl rozpoznawalny po dwóch minutach projekcji. W
zwariowanym świecie stworzonym kamerą Kusturicy nie retuszuje się
okrucieństw wojny domowej, ale obok tego idzie się z orkiestrą dętą na
polowanie, śpiewa się arie operowe na meczu piłkarskim, rozstrzeliwuje się
telewizor przynoszący złe wieści, koń wkracza do sypialni, by popatrzeć na
grę w szachy, a ojciec wziętego do niewoli serbskiego żołnierza kocha się z
urodziwą muzułmanką, zakładniczką, która ma być na jego syna wymieniona. Ba,
lewituje wraz z nią na małżeńskim łożu nad okolicą do wtóru rwącej serce
muzyki. W finale uparty osioł udaremnia samobójczy skok inżyniera Luki pod
pociąg, co pozwala mieć nadzieję, że Luka ukończy jednak odcinek linii
kolejowej, który w przyszłości połączy Serbię z Bośnią. Istne skrzyżowanie
Szekspira z braćmi Marx! Wykluczenie Kusturicy z listy nagrodzonych,
usprawiedliwiane faktem, że dwie Złote Palmy już dostał, oznacza klęskę
zasady, że jury nagradzać powinno filmy najlepsze.
Pan zrozumiał?
Ale obok tego nowatorstwa owocnego, do nowych prądów chcą się przypisać
szalbierze. Mottem dla nich mógłby być cytat z Godardowskiej "Naszej
muzyki": "Pan zrozumiał, co powiedziałem? Widać wyraziłem się niewłaściwie!"
O jednym z tych szalbierzy, Tajlandczyku Weerasethakulu, już wspomniałem.
Innego przykładu dostarcza szeroko reklamowany "Hotel" Austriaczki Jessiki
Hausner. Nowa recepcjonistka górskiego hotelu orientuje się, że jej
poprzedniczka tajemniczo znikła, a jej grozi to samo. Reżyserka stara się
podniecić nasze niepokoje, zbudować nastrój grozy. W finale widzimy inną
dziewczynę, angażowaną na miejsce recepcjonistki. Autorka bardzo by chciała,
byśmy sobie sami tę historię jakoś zrekonstruowali, bo ona nie chce. Tylko
że odmawia nam najważniejszych fragmentów puzzla. Mamy je sami dorysować?
Ale czy warto?
W podobnej konwencji utrzymana jest "Noc czarna" (Noite escura)
Portugalczyka Joao Canijo. Zbankrutowany właściciel nocnego klubu, potężnie
zadłużony u jakichś ponurych Rosjan, sprzedaje im swoją młodszą córkę.
Sądzimy, że nowi "właściciele" postawią ją pod latarnią. Nie, Conijo,
pompując nastrój, każe nam wierzyć, że Ruscy dziewczynę zamordują. Czemu? W
czyim interesie?
Chcę być dobrze zrozumiany: bardzo lubię filmy, które wciągają do współpracy
widza, zwiększając dopływ adrenaliny i pobudzając szare komórki. Ale proszę
o dostarczenie mi do takiej interakcji (modne słowo) minimalnych bodźców.
Frustracje nasze powszednie
Swój bezsporny sukces kino francuskie zawdzięcza nie tyle "Wygnańcom", co
dwóm doskonałym filmom w konwencji raczej tradycyjnej. Przede wszystkim
chodzi o subtelny portret współczesnej inteligencji francuskiej "Jak obraz"
(Comme une image) Agnes Jaoui, która jest również współautorką scenariusza
napisanego wraz Jean-Pierre Bacri, gra także jedną z głównych ról. Zaczyna
się od zbyt pulchnej i nieładnej córki wziętego pisarza niezadowolonej, że
nie przypomina dziewczyn z okładek. Dziewczyna wierzy w pomoc nauczycielki
śpiewu. Nauczycielka nie dostrzega jej uzdolnień, niezadowolona z kolei z
rangi pisarskiej swego męża. Ten niezadowolony jest ze swego talentu,
zazdroszcząc pozycji literackiej ojcu tłustej śpiewaczki. Ojciec z kolei
jest niezadowolony z siebie, bo stracił twórczą wenę i nie radzi sobie z
piękną młodziutką nową żoną. Jedni stresują drugich, popadając w kompleksy,
a reżyserka woła do nich: "Uwierzcie w siebie, do licha!". Nagroda za
scenariusz dla filmu Jaoui została przyjęta burzliwymi oklaskami.
Olivier Assayas już w "Irmie Vep" sprowadził do Europy największą gwiazdę
kina azjatyckiego, Maggie Cheung. Także w "Clean" zawdzięcza jej znaczną
część sukcesu. Bo od interpretacji głównej postaci zawisło tu wszystko.
Melodramat o narkomance, która pragnie odzyskać synka wychowywanego przez
dziadków, pachniał na milę rozczulającym szantażem. Dwujęzyczna rola Cheung,
postaci rozpiętej między Ameryką a Paryżem, odznacza się imponującym brakiem
czułostkowości. Zasłużona nagroda aktorska.
Nagrodę za rolę męską niespodziewanie przyznano 14-letniemu chłopcu, Yagirze
Yuuya z japońskiego "Nikt nie wie" (Daremo shiranai) Kore-Edy Hirokazu. Oto
matka czworga nieślubnych dzieci (każde z innym mężczyzną) porzuca je w
wynajętym pokoju, bo związała się z nowym kochankiem. Początkowo przesyła im
jakieś pieniądze, potem zostawia własnemu losowi. Trudne bytowanie
rodzeństwa to jeden - niezwykły - temat filmu. Drugi, zawarty w tytule, to
pytanie, czemu nikt sytuacji nie dostrzegł i nie zareagował, aż do
tragicznej śmierci najmłodszej dziewczynki. Film jest pełen ciepła, choć pod
koniec nieco się powtarza. Jury słusznie go nagrodziło, ale widać brakło mu
w tym celu innej nagrody i wyszedł paradoks: nagroda dla najmłodszego
aktora.
By zakończyć jeszcze jednym sukcesem kina klasycznego, odwołam się do
udziału włoskiego w postaci "Konsekwencji miłości" (Conseguenze dell'amore)
prawie debiutanta Paola Sorrentino. Logicznym zwieńczeniem tego filmu jest
przerażająca scena utopienia człowieka w płynnym betonie. Ale cały film jest
kameralną, psychologicznie wyrafinowaną opowieścią o dziwnym osobniku, który
posiada jakiś sekret. Od lat mieszka w eleganckim hotelu, regularnie płaci
za pokój i... nic nie robi. Rozgląda się, ciekawie rozmawia, grzecznie
uśmiecha się do otoczenia i co jakiś czas jeździ z walizeczką do pobliskiego
banku. To dość nudne życie opisano w sposób pasjonujący. Scena z betonem
jest zaskakującą pointą.
Ale ja mam jeszcze drugą pointę. Gdy na konferencji prasowej pewien włoski
krytyk zapytał Sorrentina czy jego idolem nie był przypadkiem Marco Ferreri,
reżyser odpowiedział: -" Nie, w żadnym wypadku. Jeśli już miałbym wymienić
swego idola, to był nim Krzysztof Kieślowski".
Cytuję tę wypowiedź nie z lokalnego patriotyzmu, tylko by uprzytomnić, że
jeśli Kieślowski był nowatorem, to nie formalnej ekspresji, tylko wnikliwej
analizy tożsamości swoich współczesnych. Skoro zapatrują się na niego
debiutanci, których potem zaprasza się do konkursu w Cannes, to oznacza, że
rozwój sztuki filmowej przebiega we właściwym kierunku: ku coraz pełniejszym
analizom duszy człowieka.
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|