Witamy w Szkola Reklamy, WSR
  » Strona główna / » KONTAKT / » REKRUTACJA / » Forum / » Artykuły / » Kursy Foto / » Szkoła Wizażu
 Nawigacja
Strona główna
Kontakt
 » O SZKOLE
Program
Ludzie
Struktura
Wyposażenie
Partnerzy i Patroni
Więcej o szkole
 » PRACE SŁUCHACZY
Galeria WSR
Strony słuchaczy
Fotolab
Galeria Witraże
Dorobek
 » RÓŻNOŚCI
Encyklopedie
Linki
 » SPOŁECZNOŚĆ
Twoje konto
Wyślij newsa
Uwagi/Sugestie
Poleć nas
 Szukaj


 Logowanie
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.

Zamknięty w dzienniku

(942 słów w tym tekście)
(1634 )   Strona gotowa do druku



KINO, Lipiec - Sierpień 2004 (7-8/446/7)
autor: Jadwiga Głowa

Już po raz piąty otworzy w sierpniu podwoje Letnia Akademia Filmowa w Zwierzyńcu. Bohaterem jednego z prezentowanych tam przeglądów reżyserskich będzie Pavel Juráček - czołowa postać czeskiej nowej fali.

"Już całe lata łżę. To nie dziennik a sposób ucieczki. To po pierwsze. A po drugie, od czasu do czasu mam infantylną potrzebę przyjrzeć się swemu pomnikowi i znowu go o coś powiększyć. To nie jest mój dziennik, ale mój pomnik: skarbonka; do niej zbieram, aby zapomnieć o swej śmiertelności. W rzeczywistości zasługiwałbym za każdą stronę po gębie."

Oto fragment wyjęty z dzienników Pavla Juráčka, reżysera i scenarzysty, jednego z reprezentantów czeskiej nowej fali końca lat 60. Jego dorobek jest może mniej głośny niż dzieła Formana, Menzla czy Chytilovej, ale to właśnie o Juráčku dziś mówi się najgłośniej. Po pierwsze dlatego, że wydano jego dzienniki z lat 1959-1974, po drugie zaś z powodu filmu Martina Šulika, zrealizowanego dla Czeskiej Telewizji. "Klucz do oznaczania karłów albo ostatnia podróż Lemuela Guliwera" to godzinny film fabularny, stylizowany na dokument zmontowany z amatorskich filmików (Pavla Juráčka gra jego syn Marek) i komentowany wyjątkami z dzienników. Mistyfikacja jest zupełna - do tego stopnia, że czescy krytycy przyznali temu godzinnemu filmowi swego Kristiana za najlepszy dokument 2003 roku. "Klucz do oznaczania karłów" znalazł się również na tzw. Złotej Liście Dokumentów Grupy Wyszehradzkiej.

Pavel Juráček (rocznik 1935) studiował na FAMU z Jiřim Menzlem, Evaldem Schormem i Věrą Chytilovą. Dziś pozostaje w ich cieniu, ale to on uznawany był za najwybitniejszego spośród nich, talent wręcz olśniewający, czego dowiódł pisząc scenariusze dla Zdenka Sirovego, Jana Schmidta czy Chytilovej i innych absolwentów FAMU, której sam formalnie nie ukończył. Jego debiutem reżyserskim był zrealizowany wspólnie ze Schmidtem film średniometrażowy, znany w Polsce pod tytułem "Kilian zawsze wraca", nagrodzony w Oberhausen i Mannheim. W "Dzienniku" zwierza się, że podróżując z filmem po Europie musiał ciągle odpowiadać na trzy py-tania: czy w Czechosłowacji są wypożyczalnie kotów, kim jest Józef Kilian i jaki wpływ wywarł na autora Franz Kafka. Juráček był również współscenarzystą "Nikt nie będzie się śmiał" Hynka Bočana (według Milana Kundery), współautorem pomysłu "Stokrotek" Chytilovej, ale za dzieło swego życia uznawał "Připad pro začinajiciho kata" (Sprawę dla początkującego kata), na motywach III części "Podróży Guliwera" Jonathana Swifta. Realizacja filmu przypadła na najbardziej dramatyczny okres powojennej historii Czechosłowacji, okres tłumienia Praskiej Wiosny. Premiera wprawdzie się odbyła (w lipcu 1970 roku), ale film praktycznie nie zaistniał w świadomości szerszego kręgu odbiorców, szybko zdjęty z ekranów. W ramach husakowskiej "normalizacji", w czerwcu 1971 roku Juráček jako jedyny reżyser został wyrzucony ze studia na Barrandowie za "naruszenie swą działalnością ustroju socjalistycznego" (podpisał manifest "2000 słów", był zaangażowany w działalność FITES-u). Podpisaniem Karty 77 ściągnął na siebie prześladowania ze strony bezpieki. Należał do kręgu ludzi - obok Pavla Landovskiego, Marty Kubišovej, Pavla Kohouta - spotykających się w domu Vaclava Havla (który zresztą wystąpił w jego filmie "Każdy młody mężczyzna"). W Czechosłowacji nie poradził sobie z cenzurą, w RFN, dokąd zmuszony był wyjechać - z prawami filmowej komercji: "Akademia odkrywców Swifta w porównaniu z biurami, w których Niemcy podtrzymują wagę sztuki filmowej, wydaje się piłkarską drużyną ligowych profesjonalistów", pisał z ironią. Zrujnowany fizycznie i psychicznie zmarł 20 maja 1989 roku.

W "Dzienniku" z początku lat 60., a także w filmie Šulika, Pavel Juráček jawi się jako młody, pełny kompleksów człowiek z prowincji, który nie radzi sobie z sukcesem, także finansowym. Jego prawdziwą ambicją i niezrealizowanym marzeniem było pisanie powieści. Reżyserię uważał za rodzaj hochsztaplerstwa, prawdziwą sztuką był dla niego film animowany. W "Dziennikach" daje wyraz wściekłości i rozpaczy, często pod adresem znanych dziś, oficjalnych osobistości. Wydawca nawet wahał się, czy je drukować, ale bohaterowie opisywanych zdarzeń opowiedzieli się przeciwko takiej cenzurze.

W 1961 roku Pavel Juráček przyjechał do Polski, by spotkać się ze Stanisławem Lemem: obraz naszego kraju i "słynnych polskich chuliganów" jest bardziej beznadziejny niż w czarnych filmach czarnej serii. Nie oszczędzał też Czechów, najbardziej dosadnymi epitetami obrzucając tych, którzy w obliczu największych zagrożeń ("Hitler czy wojna atomowa" - pisał w 1962 roku) myślą jedynie o zapasach konserw, octu i soli, zgodnie z zasadą "przeżyje tyko ten, kto umie o siebie zadbać". Przychodzi jednak rok 1968 i Czechosłowacja staje się centrum intelektualnego świata, systematycznie, od wewnątrz, likwiduje totalitaryzm - ludzie wydobyli z siebie najlepsze cechy. "Codziennie muszę się upewniać, że to nie jest sen" - pisze 1 maja Juráček. Od autora "Dziennika" należałoby oczekiwać komentarza po stłumieniu Praskiej Wiosny. Tymczasem po 22 sierpnia, kiedy doszło do inwazji wojsk Układu Warszawskiego, kolejny zapis nosi datę 3 listopada i brzmi: "Wszystko jest w gazetach, na zdjęciach i w książkach. Nie mam niczego, co mógłbym dodać".

Pavel Juráček nie uważał się za kronikarza swoich czasów, tym bardziej wiarygodne są jego zwierzenia. Kiedy historia stała się karykaturą historii (jak pisał w 1969 roku), kiedy nie wolno mu było robić filmów, pisał swój "Dziennik". Była to jednak ślepa uliczka. Zamiast skupić się nad scenariuszem, który mógłby opublikować pod cudzym nazwiskiem (a nie miał już środków do życia) - zapełniał kolejne zeszyty, po dwie albo i trzy doby bez przerwy. "Jestem syntetycznym scenarzystą" - syntetycznym, bo zależnym od fenmetrazinu, środka pobudzającego, z którego nie umiał korzystać metodycznie, jak inny znajomy pisarz. Daje wyraz swoim obawom, że cała generacja filmowców zostanie zapomniana, ponieważ w czasach "normalizacji" ujawniło się zbyt wielu tchórzy, a władzę w wytwórni przejęli partyjni politrucy. Zarzucono kontakty ze znaczącymi festiwalami filmowymi, a urzędnicy nie zdają sobie sprawy jak trudno będzie tam znowu zaistnieć małej kinematografii. Pisząc w czasach, w których nakręcone już filmy częściej trafiały do dziejów kina niż do kin, Juráček trafnie wyrokował, że lata 60. "są i długo pozostaną najobszerniejszym i najbardziej godnym uwagi rozdziałem historii czeskiego filmu". "Kilian" i legendarny "Guliwer" również mają tam swoje miejsce.
  

[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ]
© 2000.06.12-2008 Legion | powered by PHP Nuke
Przyjaciele: • Szachy, Magazyn Szachista • Strony internetowe, druk, dtp • PZSZach, Szachy