| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Kian(913 słów w tym tekście) (1389 ) 
KINO, Lipiec - Sierpień 2004 (7-8/446/7)
autor: Tadeusz Sobolewski
W ten sposób Francuzi wymawiają nazwę Cannes, miękko, słodko - Kian.
W galowy wieczór 22 maja, pod burzowymi chmurami goście festiwalowi wspinają
się po czerwonych schodach na ceremonię Palm. Charlize Theron - w filmie
"Monster" tak fascynująco pobrzydzona - wróciła do roli modelki. W różowej,
udrapowanej tunice, z przemyślnie opadającym ramiączkiem, z oczami jak
gwiazdki, z nieruchomą jak na stopklatce mimiką, w różowych długich
rękawiczkach staje, przegina się w pozie Wenus z Milo. Tak piękna, że wydaje
się, iż nie ma rąk. Wykonuje swój spektakl przed kamerami i wspina się dalej
po czerwonych schodach.
Oglądam tę paradę najpierw z lekką odrazą, potem z rozczuleniem. Widzę ich
jak gości imieninowych z dzieciństwa, których witało się w przedpokoju na
Lesznie. Idą ciotki z Targowej w kwiecistych sukienkach, idzie pani Stenia z
biura, idą państwo Łałowscy. Same gwiazdy. A my z siostrą, stremowani,
biegamy do drzwi po każdym dzwonku, odbieramy prezenty - czekoladę "22
Lipca" - niegodni tych świetnych postaci, które raczyły do nas przyjść.
Prowincjonalne Cannes też kryguje się przed gośćmi, wybiega im naprzeciw,
tłoczy się przy barierkach, a potem się złości. Czytam w "Nice Matin"
skargi, że dla miejscowych nigdy nie starcza biletów, że Faye Dunaway była
nieuprzejma, miała zachcianki.
- "Nie chcę jej tu więcej widzieć" - mówi właścicielka willi, którą wynajęła
Amerykance.
Na skwerku pod platanami mężczyźni grają w bule. Kręci się kolorowa
karuzela, jak dziecięcy teatrzyk. Cannes poza festiwalem jest oazą
mieszczaństwa, staroświeckości. Zanurzam się tu w czasie przeszłym - czasie
aparatów radiowych z zielonym okiem, nad którymi się nachylaliśmy, żeby
słuchać słuchowisk, Podwieczorku przy mikrofonie, teatrzyku Eterek, Przy
sobocie po robocie. Wracają czasy wspólnie oglądanej telewizji lat
sześćdziesiątych - widzę nerwową sylwetkę ojca w fotelu, babcię we
włóczkowej narzutce na ramionach. Oglądamy Kabaret Starszych Panów, "Widmo"
Clouzota z Simone Signoret albo film de Siki, teatr z Hanuszkiewiczem,
Kalinę Jędrusik z czarnym krzyżykiem między piersiami.
Nieproszone wspomnienia wracają w Cannes, jak odbite fale radiowe. Dlaczego
właśnie tu przypominam sobie to wspólne nachylenie się do głośnika, wspólne
szykowanie się na przeżycie? W Cannes silniej niż na innych festiwalach
odczuwa się wspólnotę odbioru. Ten moment przed seansem, kiedy ciepły damski
głos zapowiada:" veuillez gagner vos places..." Nerwowe kasłania. Nagle ktoś
woła na całą salę: Raoul! Skąd ten rytuał, od jakiego Raoula (może Coutarda,
operatora "Do utraty tchu")? Bez Raoula nie ma Cannes.
W tłumie przy wyjściu - Płażewski. Kolekcjoner filmów i znaczków pocztowych.
Obserwuję go przez dłuższą chwilę, nie jak realnego człowieka, ale jako
postać ekranową, pana Hulot. Niesie teczuszkę z napisem "Cannes 2001".
Podobał mu się "2046" - erotyczny halucynogen Wong Kar-waia. "Rzadko zdarza
się film z taką ilością zbliżeń" - mówi po seansie.
Festiwal zaczyna się dla mnie od wizyty u madame Blondin. Trudno do niej
trafić. Tłumaczą: w pałacu, na prawo od głównego wejścia, za czerwonym
dywanem, na piętrze. Idę, naciskam klamkę, zamknięte. Po chwili ktoś
otwiera, z miną nie biurową, jakby zapraszał do dobrze bawiącego się
towarzystwa. Siedzi ich tam pięcioro. Wśród nich krąży starsza dama, ciotka
Blondin, szefowa zaopatrzenia. "Jestem akredytowany na festiwalu. Przyznano
mi bloczki na posiłki..." - zaczynam od progu, nieuleczalnie, od czasu
Peerelu przygotowany na to, że nic mi się nie należy, że tak naprawdę jestem
intruzem. Jednak to zadawnione poczucie, że jestem nieproszony i nigdzie nie
należę, wcale nie musi być złe. Może być także źródłem wolności.
Młoda dziewczyna szuka mnie na liście. Pani Blondin wyciąga pudełko
czekoladek, częstuje. "Był pan już na Almodovarze?" - pyta uprzejmie. Nie,
zobaczę dopiero o czwartej, na pokazie prasowym... Patrzę za okno. Nic
ciekawego, na bulwarze deszcz, pracuje koparka. Festiwal dopiero przed nami.
A ja w biurze pani Blondin przeżywam chwilę szczęścia, że w ogóle tu jestem.
Monsieur Płażewski przyjechał? - pytam. Nie, nie widzieli go jeszcze.
Opowiadam o Cannes od strony mało ważnej, sentymentalnej, żeby zrównoważyć
polityczny zgiełk, jaki zapanował po nagrodzie dla filmu Michaela Moore'a,
dokumentalnej filipiki przeciw Bushowi i wojnie w Iraku. Krytyka hołubiła
Moore'a w Cannes. Znajoma francuska komunistka po nagrodzie potakiwała: to
akt obywatelskiej odwagi! To samo powtarzała Włoszka. Ale mówiły to jakby z
ideowego obowiązku. Tymczasem fenomen Moore'a jest dwuznaczny i trochę
podejrzany. Z jednej strony rzeczywiście imponuje jego obywatelska brawura,
temperament politycznego paszkwilanta. Grubas w baseballowym kaszkiecie gra
prostego Amerykanina z Michigan. Uzbrojony w kamerę, idzie zrobić porządek
na szczytach władzy. Woła, jak w przedwojennym pacyfistycznym wierszu
Tuwima: "rżnij karabinem w bruk ulicy, twoja jest krew, a ich jest nafta!"
Pokój czy wojna? Trudno sobie wyobrazić, aby po seansie "Fahrenheita 9/11"
ktoś mógł jeszcze głosować na Busha. Tylko czy nie stajemy się więźniami
własnego entuzjazmu? Demagogia Moore'a jest uwodzicielska, ale nie znosi
komplikacji. I choć autor generalnie ma rację - któż nie chce pokoju? - nie
jesteśmy pewni, czy po drodze nas nie naciąga, nie oszukuje dla dobra
sprawy? Tegoroczny festiwal pokazał, jak wielkie jest poczucie
nieprzejrzystości świata, jak nikłe zaufanie do mediów. Na tym poczuciu
opiera się sukces Moore'a.
Znamy to rosnące poczucie wyobcowania z własnego podwórka. Tylko czy nie
prowadzi ono do poparcia dla Leppera w skali globalnej? Ze stanu
rozczarowania są dwa wyjścia: jedno - w stronę zrozumienia skomplikowania
sytuacji, jej tragizmu. Drugie - w stronę uproszczenia. Patrzyłem na
Tarantino podczas ceremonii Palm. Zachowywał się jak dwunastolatek, któremu
dano władzę. Chłopak z wypożyczalni kaset, dla którego liczą się tylko
najprostsze prawdy. Pełno takich dwunastolatków w mediach. Oni zaczynają
rządzić, tak widzą też swojego odbiorcę. Czuję, jak w ciągu ostatniego roku
zmniejszył się zakres prawdy, którą może przełknąć gazeta, telewizja. Już to
kiedyś przerabialiśmy, w Peerelu. A teraz wydaje mi się, że świat staje się
Peerelem.
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|