| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Niespokojne sny(1872 słów w tym tekście) (1267 ) 
KINO, Maj 2004 (5/444)
Amerykański krytyk Roger Ebert napisał o ostatnich filmach Van Santa, że
są projektami z kina przyszłości przenoszonymi w przeszłość. Jakby dorosły
chciał usunąć niebezpieczne zabawki z zasięgu ręki nieodpowiedzialnych
dzieci.
Gus Van Sant wciąż należy do niewielkiej grupy artystów poszukujących. I
przerzuca się swobodnie od kina niezależnego do mainstreamu, głównego nurtu
komercyjnego. Ma 52 lata, zrobił kilka ważnych filmów, działa także twórczo
w innych dziedzinach. Wprawdzie głosy o jego pierwszej powieści "Pink",
opublikowanej w 1997 roku, bynajmniej nie są tylko chórem pochwał, ale
trudno odmówić jej tonu przejmującej szczerości: to epitafium na śmierć
aktora, a wiadomo, że tym aktorem był River Phoenix, jego bliski przyjaciel.
Sukcesem okazał się album fotograficzny zatytułowany "108 portretów", który
po 6 latach od wydania cieszy się opinią kolekcjonerskiej rzadkości i osiąga
spore ceny na giełdach.
Van Sant aktywny jest też w branży muzycznej. Poza tym, że gra w zespole
efektownie nazwanym "Kill All Blondes" (Zabić wszystkie blondynki) lubi
muzykę grunge, wydał dwa lub trzy bardziej tradycyjne albumy. Ciekawy jest
zwłaszcza "The Elvis of Letters" z własną muzyką, ale z tekstem i
melodeklamacją do spółki z Williamem S. Burroughsem. A ekspresyjnie
chrypiący Burroughs to legenda pokolenia beatników, czasu eksperymentów z
narkotykami i seksem, wyznawca buddyzmu i autor "Nagiego lunchu". Taki
wspólny występ to manifest. Zresztą nie pierwszy, bo w latach 80. Van Sant
sfilmował jego opowiadanie "The Discipline of DG".
Swego czasu krążyła po Polsce kaseta "Mala Noche" (Zła noc, 1985). To
pierwszy uznany film Van Santa. Utrzymany w stylu bliskim dokumentowi,
kręcony z ręki na czarno-białej taśmie 16 mm, jest zapisem obsesji z noweli
"ulicznego poety" Walta Curtisa opisującej jego fascynację meksykańskim
chłopcem. "L'amour fou" - miłość szalona i pozbawiona nadziei. Nie znający
języka nielegalny emigrant lekceważy i wykorzystuje swego adoratora. Dla
niego nocny świat barów w Portland jest miejscem łowów. Inaczej widzi ten
świat Walt (w filmie występuje pod własnym imieniem), który świadomie wybrał
życie na społecznym marginesie i sprzedaje teraz alkohol w sklepie dla
gejów. Przybysze zza meksykańskiej granicy ulegają mirażowi ziemi obiecanej,
choć świadomi są, że szybko przemienia się w więzienie. Film stara się oddać
ich zauroczenie w pospiesznym rytmie nerwowych kadrów. Jest poetycki i tak
nasycony intymnością, że wydaje się przekraczać wstydliwe granice
prywatności. Ale Van Sant nie jest ekshibicjonistą, sprawdza tylko
możliwości medium. W tym sensie "Mala Noche" słusznie uznana została za film
eksperymentalny.
To nie był debiut. Syn komiwojażera nieustannie zmieniającego miejsca
pobytu, wcześnie dostał do ręki kamerę Super-8 mm. Filmował i rysował, co
zaprowadziło go do sławnej szkoły artystycznej Rhode Island School of
Design. Tam zetknął się z awangardą. Mógł oglądać to, co robili Stan
Brakhage, Jonas Mekas czy Andy Warhol i wybrał dla siebie film. Odbył
jeszcze podróż do Europy, aby w 1976 roku osiąść w Los Angeles. Kilka lat
niepowodzeń i frustracji podsumował w filmie "Alicja w Hollywood" (1981),
nigdy nie rozpowszechnianym. Potem realizował reklamówki w Nowym Jorku i za
zarobione pieniądze nakręcił "Mala Noche". Udział w festiwalu filmów
niezależnych uczynił go sławnym. Na krótko stał się szeroko reklamowaną
"nadzieją" wytwórni Universal. Jednak żaden z jego projektów nie zyskał
uznania szefów. Gejowskie tematy w anarchicznym, europejskim stylu Godarda?
Wydawało się, że to nie pasuje do "mainstreamu". Ale pasowało, tylko żeby to
udowodnić, Van Sant musiał jeszcze raz rzucić Hollywood. Przeniósł się do
Portland w stanie Oregon. Odtąd funkcjonuje na osi Portland - Nowy Jork.
Podróżuje, był gościem łódzkiego Camerimage.
W Portland zrealizował w ramach niezależnej produkcji film "Drugstore
Cowboy", który zapewnił mu pozycję i przyniósł wiele nagród. Kręci także
muzyczne teledyski, uprawia fotografię. Ale pisze najchętniej w Nowym Jorku.
Postmodernistyczny plaster
Nie, nie wszystkie pomysły Van Santa zdają egzamin. Uważa się go za twórcę
postmodernistycznego, bo demonstracyjnie lekceważy rygory gatunkowe i bawi
się formą. Złośliwi nazywają niektóre jego filmy ćwiczeniami w absurdzie.
Jak inaczej określić próbę remake'u "Psychozy" Hitchcocka (na naszych
ekranach wdzięcznie zatytułowanej "Psychol")? Zapytany dlaczego, na miłość
boską, zdecydował się zrobić kolorową "Psychozę", odpowiedział: "Żeby już
nikt inny nie musiał."
Można i tak, ale nie jest to wystarczające tłumaczenie. Arcydzieło mistrza
"suspensu" powtórzone zostało dosłownie, ujęcie po ujęciu, chociaż z
intencją raczej perfidną. Jeśli w oryginale w słynnej scenie morderstwa pod
prysznicem Janet Leigh ukazana została nago w taki sposób, że nie widać
żadnych "niecenzuralnych" szczegółów anatomicznych, Van Sant demonstracyjnie
okleja sutki Anne Heche plastrem. Czy chodzi o zdemaskowanie naiwnego
mechanizmu "deerotyzacji"? Nie wiadomo, bo z kolei w scenie podpatrywania
Marion Norman grany przez Vince Vaughana zaczyna się jawnie onanizować.
Hitchcockowi wystarczyła erotyczna sugestia tkwiąca w samym akcie
"voyeryzmu", natomiast Van Sant znowu posłużył się wulgarną demonstracją. To
prawda, że Normana nikt już nie zagra tak, jak Anthony Perkins, w każdym
razie nie wybrany przez Van Santa osiłek, drewniany (choć przystojny). Może
więc dlatego trzeba było zrezygnować z niedopowiedzeń. "Psychol" w całej
jaskrawości wykazuje, że geniusz reżysera tkwi nie w kadrach, lecz ukryty
jest gdzieś między nimi, że objawia się w tajemniczym procesie filmowej
chemii, którego nie da się powtórzyć. Arcydzieło zastąpione zostało płaskim
odbiciem. Postmodernistyczna dekonstrukcja? Trudno dociec sensu
eksperymentu. Ale Van Sant zapowiada jeszcze jedną próbę z "Psychozą". Uparł
się.
Programowy postmodernizm najwyraźniej mu nie wychodzi, czyni w tym kierunku
za dużo starań. Jego ekranizacja powieści Toma Robbinsa "I kowbojki mogą
marzyć" (1993) jest po prostu nie do oglądania. Doprawdy nie wiadomo też, co
począć z filmem "Szukając siebie" (2000). Na pierwszy rzut oka jest grzeczną
opowiastką o utalentowanym, wręcz genialnym czarnoskórym dziecku ulicy i
drugim geniuszu, starszym, zakompleksionym i ukrywającym się przed światem
białym. W wyniku spotkania dzieciak odnajduje duchowego tatę, a samotnik
wychodzi z ukrycia. To aż lepki od słodyczy hollywoodzki "mainstream".
Jednak w stylu narracji Van Santa ujawnia się zawsze coś jakby nie na
miejscu, przewrotny sygnał ukrytych, destrukcyjnych intencji. Coś nie
poddającego się opisowi, ledwo wyczuwanego w atmosferze. I właśnie to "coś"
sprawia, że każdy jego film wywołuje niepokój.
Jak ćmy w ogniu
Indywidualny styl Van Santa w pełni objawia się w muzycznych wideoklipach,
które radośnie budują surrealistyczny przekaz z niespójnych elementów.
Niespójnych w sensie materiału, za to połączonych ironią. Van Sant jest
poetą w taki właśnie sposób reagującym na dziwność świata. Wychodzi mu to
świetnie, kiedy może posłużyć się dziwną jak maska twarzą Davida Bowie.
Zrobił dla tego piosenkarza dwa cykle, ale pokazał też zespół Red Hot Chili
Peppers w widowiskowym klipie "Pod mostem", a "Weird" (z popularnym
piosenkarzem Hansonem) był przebojem MTV. Ponieważ zna "wszystkich
właściwych ludzi w branży", nawet w nieudanym "Psycholu" obsadził w roli
punk rockera męża Exene Cervenki - dobrze dziś nam znanego dzięki "Władcy
Pierścieni" Viggo Mortensena. Czego jak czego, ale nazwisk u niego nie
brakuje.
Jednak swoje miejsce w kinie zawdzięcza dylogii spełniającej w jakimś sensie
zapowiedzi z "Mala Noche". Są to filmy rozgrywające się w Portland, na
marginesie wielkiego miasta, zaludnionym przez outsiderów, narkomanów i
przestępców. Ale wśród nich pojawiają się także piękni romantycy,
niespokojne i zbuntowane duchy, niczym ćmy spalające się w ogniu marzeń nie
do spełnienia. Bob (Matt Dillon) z "Drugstore Cowboy" (1989) jest głową
"rodziny" narkomanów wędrującej z miejsca na miejsce. Opracowali sposób
zdobywania leków na receptę. Spędzają czas w motelowych pokojach, ćpają,
rozmawiają, oglądają telewizję. I wiecznie na coś czekają. Podobnie
wyczekują nie wiadomo na co, zabijając czas w zadymionych barach i sypiając
z przypadkowymi klientami, dwaj przyjaciele z "Mojego własnego Idaho"
(1991). Ale Mike (River Phoenix) cierpi na rzadką przypadłość: jest
narkoleptykiem - zapada nieoczekiwanie w sen przypominający zgon. Dlatego
traktuje rzeczywistość jako rodzaj halucynacji i niczego nie oczekuje. Poza
miłością - ale to tylko nieokreślone marzenie. Ostrzej patrzy Scott (Keanu
Reeves), zbuntowany uciekinier z bogatego domu. Ostrzej, co nie znaczy, że
potrafi dostrzec cel swojej wędrówki. A jednak w obu tych rozwichrzonych i
smutnych, pozbawionych konkluzji filmach Van Sant stwarza jakąś nadzieję.
Jest bolesna - dla Scotta powrót do normalności oznacza porzucenie
przyjaciela. Jest także wątpliwa - deklaracja "kowboja" Boba o zerwaniu z
lekomanią wywołuje z ust dziewczyny, którą kocha, okrzyk: "Chyba
zwariowałeś!" Ale Scott i Bob nie chcą ginąć jak ćmy. Van Sant każe im
poruszać się na niepewnym gruncie między nadzieją a rozpaczą.
"Buntownik z wyboru", film powstały kilka lat później (1997), uznać można za
swego rodzaju finał świadczący o wyborze innej postawy przez reżysera.
Dojrzalszej? Ze społecznego punktu widzenia - niewątpliwie tak. Zmianę
zapowiadało już studium amerykańskiej obsesji kariery, obsesji dobrze
wyrażonej polskim tytułem "Za wszelką cenę" (1995). Wbrew tezie o typowości
tej postawy, Will z nowego filmu kariery nie zamierza robić. Jest chłopakiem
ze społecznych dołów (tym razem Bostonu), pracuje fizycznie i wydaje się
najzupełniej zadowolony z życia. Ale jest także geniuszem matematycznym.
Treścią filmu jest próba przekonania go, że powinien swój geniusz
wykorzystać, bo "siedzi na losie wygranym na loterii". Tak to ujmuje jego
kumpel od piwa. Jeśli dotychczasowi bohaterowie filmów Van Santa biernie
poddawali się biegowi rzeczy, Will (Matt Damon) chce sam kształtować swój
los. I uważa, że perspektywa kariery została mu narzucona. Taka postawa
zaprzecza powszechnie przyjętemu modelowi cywilizacyjnemu, co zapowiada się
interesująco. Jednak niespodzianek nie będzie, "buntownik z wyboru"
przestanie się w końcu buntować. Film powraca do hollywoodzkiego stereotypu,
choć zachowuje ton osobisty dzięki scenariuszowi, jaki napisali aktorzy -
Damon i Ben Affleck (rola proletariackiego kolegi). Jest to niewątpliwie ton
autobiograficzny, bo obaj sami wydobyli się właśnie z bostońskiego getta. W
innym wymiarze historia filmu jest rzeczywiscie historią sukcesu - i na
planie zawodowym (Oscar dla obu scenarzystów i dla Robina Williamsa,
grającego mentora bohatera, kilka nominacji - w tym dla Van Santa) i na
planie prywatnym (Damon zakochał się z wzajemnością w partnerce, Minnie
Driver). Chyba więc nie ma sensu zastanawiać się, czy możliwy byłby inny
kierunek wydarzeń.
Niebezpieczne zabawki
Nazwisko Van Santa stało się synonimem sukcesu, a jednak wciąż jest artystą
poszukującym. Niebezpieczny status dla hollywoodzkiego reżysera, ale Van
Sant nie opuścił przecież Portland. Nie zrezygnował z muzyki. Nadal uprawia,
choć bardzo prywatnie, fotografię. I niepokoi czymś tak niezwykłym, jak
fascynacja węgierskim awangardzistą Belą Tarrem, samotnikiem we współczesnym
kinie, który udowadnia możliwość innego stosunku do filmowego medium. Bela
Tarr pokazuje, że można odrzucić nowoczesny, oparty na skrócie język Kina
Przemysłowego. Powrócić do szlachetnej rejestracji, która pozwala
kontemplować czas i przestrzeń w rzeczywistym przebiegu. Ale to Van Sant,
nie Tarr, formułuje ten program w słowach: odsyłam do wypowiedzi dla "Kina"
(nr 4, str. 19). Co ciekawe, dla Van Santa nie jest to wcale program na
wyrost. W ten właśnie sposób zrealizował już film "Gerry" (2002),
minimalistyczny w stylu i niebywale intensywny jako rejestracja fizycznego
przeżycia opis wędrówki przez pustynię dwóch zagubionych chłopaków.
Wprawdzie scenariusz znowu napisali wykonawcy (Matt Damon i Casey Affleck,
brat Bena), ale film zawiera przede wszystkim opis sytuacji, nie fabułę,
choć ma początek i koniec. Imię Gerry jest młodzieżowym określeniem czegoś -
nie tylko osoby, również akcji - co się nie udaje, tytuł streszcza więc ideę
filmu. Reszta jest wędrówką. Pokonywaniem przestrzeni krok za krokiem. Coraz
bardziej mozolnym.
Chyba można dopatrzeć się w tym zapowiedzi następnego filmu, złożonego z
długich panoram po szkolnym kampusie, pozbawionych akcji, choć zakończonych
strzelaniną i masakrą. To "Słoń", opisany w recenzji obok. Nie historia w
sensie fabularnym, nie rekonstrukcja autentycznych zdarzeń lecz znowu opis.
Czy beznamiętny, to już kwestia indywidualnej interpretacji odbiorcy.
Zresztą nie tylko o taką interpretację chodzi. Amerykański krytyk Roger
Ebert napisał o ostatnich filmach Van Santa, że są projektami z kina
przyszłości przenoszonymi w przeszłość. Jakby dorosły chciał usunąć
niebezpieczne zabawki z zasięgu ręki nieodpowiedzialnych dzieci. Trochę
skomplikowana metafora, ale zasługuje na zastanowienie.
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|