| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Dokąd idziemy(971 słów w tym tekście) (1394 ) 
KINO, Maj 2004 (5/444)
autor: Krzysztof Zanussi
Europa nam nie pomoże w uzyskaniu własnej wizji świata, którą wyrazimy w
swoich filmach.
Kiedy ktoś stawia pytania o polskie kino po wejściu do Unii, przychodzi mi
na myśl szereg anegdot, których konstrukcja zasadza się na pytaniu
sformułowanym w ten sposób: Mam dla państwa dwie wiadomości. Jedną dobrą a
jedną złą. Od której zacząć? Od dobrej? Proszę bardzo. Unia chroni swoje
kino. Szerzej: chroni swoją rozmaitość kulturalną, którą traktuje jako
swoisty skarb, trochę podobnie jak genetycy, którzy mówią o różnorodności
genów jako wartości, sprzyjającej utrzymaniu gatunku. Homo sapiens w wersji
europejskiej chce zachować różnorodność swoich gustów i programowo opiera
się wszelkiej uniformizacji, która wydaje się znakiem czasu.
Opór Europejczyków ma swoje formy prawne. Najsłynniejsza z nich to sławny
wyjątek kulturalny, czyli postawa polityczna, która każe wyłączyć dobra
kultury, w tym produkcję audiowizualną, z wolnego obiegu towarów, jaki
postuluje Światowa Organizacja Handlu. Jeśli produkt audiowizualny nie jest
towarem takim jak samochód czy mięso z kurczaka, to dopuszczalna jest pomoc
podatnika przy jego powstawaniu. Oznacza to, że każdy kraj ma prawo wspierać
twórczość powstałą w jego języku, opartą o jego kulturę i tradycję, nie może
natomiast wspierać w taki sposób rodzimego przemysłu motoryzacyjnego, bo na
tym polu ma obowiązywać wolny handel i wolna konkurencja.
Skoro w dziedzinie kultury Europa musi bronić się przed konkurencją, to
znaczy, że przegrywa. To jest właśnie ta zła wiadomość. Ludzie mego
pokolenia pamiętają, że jeszcze w latach 70. film amerykański cieszył się
często popularnością i uznaniem, ale hegemonia Hollywoodu nie była faktem
tak jednoznacznym jak dzisiaj. Film europejski bronił się nie tylko na
własnym terenie. Podbijał świat, zachwycając widzów na dalekich
kontynentach. Był produktem delikatesowym, w czymś podobnym do francuskiej
kuchni zestawionej z ofertą McDonald'sa. Masy kupowały hamburgery, ale
prawdziwe marzenia budził "côte d'agneau".
Kiedy rozważa się przegraną Europy w czasach, kiedy przeminęła Nowa Fala i
znikła twórczość geniuszy, takich jak Fellini, Bergman czy Tarkowski lub
Visconti (który skutecznie podbijał Amerykę kręcąc europejskie filmy po
angielsku) widać, że nie wystarcza refleksja nad ekonomią, dominacją
Hollywoodu w dystrybucji i rozproszeniem europejskich kapitałów. To wszystko
są ważne czynniki, ale ten najważniejszy jest poza sferą pieniądza. Film
europejski w ostatnich dwudziestu latach utracił swój uniwersalny charakter.
Nie odwołuje się do marzeń, które mogłaby podzielać cała ludzkość, stał się
lokalny, etniczny, mówi o życiu szczególnym, które w niewielkim stopniu może
pociągać postronnych.
Nie winię za to filmowców, którzy są częścią społeczeństw odpowiedzialnych
za utratę wiary we własny sposób życia. Cokolwiek powiemy na temat
amerykańskiego mitu i "american way of life", są to zjawiska, które
funkcjonują w świadomości całego świata. Marzenie o Europie jest
nieporównanie wątlejsze. Sami Europejczycy zdają się nie wierzyć w swoją
przyszłość i przewagę swego stylu życia. A dwadzieścia lat temu ta wiara,
choćby niczym nie uzasadniona, była jeszcze w Europie powszechna. Zachodnie
społeczeństwa wierzyły, że osiągają więcej wolności niż Amerykanie, że są
bardziej społeczne i bardziej nowoczesne w łamaniu barier i przesądów, w
otwartości na innych i zdolności do pokojowego dialogu. Ślad tego pozostał w
filmach, które powstawały w owym czasie i można go odnaleźć nawet dzisiaj,
kiedy Europa chełpi się nagradzaną "Intymnością" czy "Pianistką", które są
wyrazem rozpaczy, przychodzącej wtedy, kiedy nie pozostało już do obalenia
żadne tabu.
Czuję się częścią polskiego i europejskiego kina, więc jestem także
współwinny tego procesu utraty wiary w przyszłość i własną rację. Nie mam
tytułu, żeby sądzić innych, mogę jednak stawiać pewne hipotezy co do losów
naszej kinematografii w zjednoczonej, zachodniej Europie. Przez ostatnie
dziesięć lat odnosiliśmy lokalne sukcesy na własnym rynku, odpowiadając na
pytania: skąd przyszliśmy i jacy jesteśmy. Pytanie: dokąd idziemy? pozostało
bez odpowiedzi i nie przypuszczam, byśmy samodzielnie umieli powiedzieć coś
więcej niż jeszcze bardziej od nas sfrustrowani koledzy z bogatszej Europy.
Z drugiej strony w wolnej konkurencji kultur i sposobów życia zwycięża ten,
który wierzy w siebie i nie traci nadziei. Czy nasza biedniejsza część
Europy jest w stanie wnieść mocniejsze poczucie człowieczeństwa w skostniałą
bogatą Europę? Czy potrafi ją natchnąć entuzjazmem do jakiegoś projektu
przyszłości, który nie będzie kalką projektów zza Oceanu? Czy potrafi
zobaczyć człowieka bardziej prawdziwie i potraktować go cieplej albo czy
potrafi wznieść mocny głos sprzeciwu wobec zła, które spostrzegamy w sobie?
Na wszystko odpowiedzą filmy, o ile, rzecz jasna, powstaną. O ile prawodawcy
zapewnią nam to minimum, przy którym narodowa kinematografia wytrzyma
konkurencję z produktem, który ma większe pole amortyzacji choćby ze względu
na przewagę rozpowszechnionego języka.
Wchodzimy do Unii z nieładem w eterze i bez nowego prawa filmowego.
Istniejące projekty tego prawa nie wydają mi się kompleksowe, nie stwarzają
żadnych poważnych nowych źródeł finansowania, tak jak ma to miejsce w wielu
krajach zachodniej Europy czy chociażby ostatnio na Węgrzech, gdzie
uruchomiono ulgi podatkowe wspierające produkcję rodzimą. Wydaje się, że
obecna klasa polityczna nie ma wizji kultury narodowej w warunkach
globalizacji. Wizji takiej nie mają chyba też sami twórcy i, co gorsza, nie
widzę debaty na ten temat, nie widzę krytyki, która by umiała podnieść
problem w ten sposób, by stał się przedmiotem debaty narodowej. Wejście w
struktury zachodniej Europy paradoksalnie może pomóc nam w obronie przed
zagrożeniem ze strony nas samych, ponieważ w Unii wyższa jest świadomość
problemów związanych z ochroną produkcji europejskiej przed amerykańskim
monopolem produkcji i dystrybucji w całej sferze audiowizualnej. Nasi
liberalni neofici z większości partii politycznych wierzą naiwnie, że rynek
swoją sprawiedliwą ręką odsieje ziarno od plewy i pozwoli zwyciężyć
najlepszym. Wiara ta jest dziecinna i Europa może nam tu pomóc w
spostrzeżeniu, że gra wolnorynkowa nie jest w kulturze gwarancją
autentycznego rozwoju. Ale Europa nam nie pomoże w uzyskaniu własnej wizji
świata, którą wyrazimy w naszych filmach. Wizji, która może być krytyczna,
ale musi się mocno opierać na głęboko przeżywanych ideałach. A jakie są
ideały, w które wierzymy, wchodząc do grona krajów wyżej od nas rozwiniętych
i bogatszych, ale często zagubionych w momencie, kiedy Europa straciła swoją
wiodącą rolę wobec całego globu? Stawiam przy tym pytaniu wyraźny znak
zapytania i prawdziwie nie wiem, jaka jest odpowiedź. |
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|