Witamy w Szkola Reklamy, WSR
  » Strona główna / » KONTAKT / » REKRUTACJA / » Forum / » Artykuły / » Kursy Foto / » Szkoła Wizażu
 Nawigacja
Strona główna
Kontakt
 » O SZKOLE
Program
Ludzie
Struktura
Wyposażenie
Partnerzy i Patroni
Więcej o szkole
 » PRACE SŁUCHACZY
Galeria WSR
Strony słuchaczy
Fotolab
Galeria Witraże
Dorobek
 » RÓŻNOŚCI
Encyklopedie
Linki
 » SPOŁECZNOŚĆ
Twoje konto
Wyślij newsa
Uwagi/Sugestie
Poleć nas
 Szukaj


 Logowanie
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.

Stuhr - amator profesjonalista

(2292 słów w tym tekście)
(1450 )   Strona gotowa do druku



KINO, Maj 2004 (5/444)
autor: Grażyna Stachówna

Skrócona wersja tekstu, który ukaże się w tomie "Autorzy polskiego kina", red. Grażyna Stachówna i Joanna Wojnicka, nakładem krakowskiego wydawnictwa Rabid.

Jako aktor jest uznanym mistrzem, zaś jako reżyser filmowy nie jest łączony z żadną formacją pokoleniową, nie przynależy do odpowiedniej szkoły, nie podąża za aktualnymi trendami, nie ulega modom.

Na świecie nie dziwi zbytnio, gdy znany aktor postanawia nagle zostać reżyserem filmowym; w Polsce zdarza się to niezmiernie rzadko i traktowane jest jak coś niezwykłego. W powojennej historii polskiego kina wynalazłam tylko sześcioro aktorów-reżyserów: Jan Koecher "Kariera" (1955), Gustaw Holoubek "Mazepa" (1976), Bogusław Linda "Koniec" (1988), "Seszele" (1990) i "Sezon na leszcza" (2000), Krystyna Janda "Pestka" (1995), Marek Kondrat "Prawo ojca" (1999), Marek Bukowski "blok.pl" (2001) i "Sukces" (2003). Kilka było powodów tak niewielkiej liczby "aktorskich" filmów: obowiązująca w PRL wąska specjalizacja - filmy mogli kręcić tylko zawodowcy z odpowiednim wykształceniem, niechęć dyplomowanych reżyserów do konkurentów spoza własnego grona i utrwalone przeświadczenie, że komediant ma robić miny, a nie przewodzić ekipie na planie. W każdym z wymienionych przypadków sława aktora-reżysera wspierała jednak produkcję filmową, nasilała zainteresowanie dziełem. Należy też dodać, że żaden z wymienionych "aktorskich" filmów nie okazał się wybitny czy jakoś specjalnie ważny dla polskiego kina.

Jerzy Stuhr (ur. 1947) "jeden z najbardziej wszechstronnych aktorów polskiego filmu i teatru", zrealizował dotąd pięć filmów. Jako aktor jest uznanym mistrzem, zaś jako reżyser filmowy nie jest łączony z żadną formacją pokoleniową, nie przynależy do odpowiedniej szkoły, nie podąża za aktualnymi trendami, nie ulega modom. Odnoszę wrażenie, że Stuhr robi filmy z głębokiej wewnętrznej potrzeby i w wyraźnie określonym celu: próbuje objaśnić swym widzom świat, w jakim żyją, podsuwa zwierciadło, by mogli zobaczyć w nim własny obraz, nieco może zdeformowany, ale wyrazisty, trochę przy tym poucza, wzrusza i śmieszy. Jego filmowe przekazy pełne są zatroskania, ale także zrozumienia i współczucia. Manifestuje się w nich znajomość świata i ludzi, bogaty zasób życiowych doświadczeń, niepokój o ład społeczny i moralny, szacunek dla widzów, dla ich inteligencji i wrażliwości.

W Stuhrze-reżyserze jest coś z idealisty wypełniającego misję i ufającego w sprawczą moc dobrego przykładu, wreszcie coś z Don Kichota przemierzającego Polskę na wielbłądzie i atakującego wrogów włócznią ironii i satyry. Trudno go za to nie cenić i nie lubić.

W filmach Jerzego Stuhra obecne jest pięć podstawowych tematów - kondycja inteligenta, potrzeba miłości, bycie porządnym człowiekiem, trudne kontakty z innymi ludźmi, troska o młodych - które współtworzą wszystkie konstrukcje fabularne i organizują finałowe przesłania. W poszczególnych dziełach jeden z nich wysuwa się zwykle na czoło, podejmując funkcję przewodnią.

"Mało kogo obchodzi, co dzieje się z pięćdziesięciolatkiem" - powiedział Stuhr w 1995 roku, gdy realizował swój pierwszy film "Spis cudzołożnic". Zapewne to prawda, ale tylko w przypadku filmów przeznaczonych dla małolatów, dominują w nich bowiem bohaterowie młodzi, urodziwi i sprawni fizycznie. W kinie autorskim bohaterami często bywają ludzie dojrzali, obdarzeni fragmentami biografii ich twórców, trudami doświadczeń życiowych, piętnem urazów i tęsknot.

Bohaterami filmów Jerzego Stuhra - granymi zawsze przez niego samego - są inteligenci w średnim wieku. Gustaw ze "Spisu cudzołożnic" jest doktorem polonistyki pracującym na Uniwersytecie Jagiellońskim, Adam Borowski z "Tygodnia z życia mężczyzny" prokuratorem, Zygmunt Sawicki z "Dużego zwierzęcia" urzędnikiem bankowym, Józef Kozioł z "Pogody na jutro" (2003) byłym nauczycielem i działaczem "Solidarności", czterej bohaterowie "Historii miłosnych" to adiunkt uniwersytecki, ksiądz, oficer i więzień. Postać więźnia została pomyślana jako przeciwwaga dla pozostałej trójki - należy do lumpen-proletariatu.

Gustaw ze "Spisu cudzołożnic" oprowadza po Krakowie szwedzkiego humanistę, prof. Björna. "Dwu protestantów w sercu katolickiej Polski" wędruje po mieście, ogląda zabytki, popija alkohol w różnych knajpach i szuka kobiety, z którą mogliby spędzić wieczór. Otacza ich mnóstwo pięknych i chętnych dziewczyn, ale Gustaw uparcie telefonuje - korzystając ze starego notesu - do kobiet, z którymi związany był w przeszłości. Starzenie się kobiet wyznacza bezpowrotne mijanie jego własnej młodości, a martyrologiczne pamiątki po Peerelu przypominają o latach zmarnowanych z powodu politycznych ograniczeń i kompleksów. "Przemijanie mnie trapi "- mówi Gustaw do prof. Björna, który rozumie go doskonale, bo sam nękany jest podobnymi problemami.

Finałowe, imaginacyjne spotkanie Gustawa z kobietami jego życia na zamglonych Plantach przypomina misterium Dziadów, a lot na lotni z kopca Kościuszki ponad Krakowem sugeruje uwolnienie się od lęku przed przemijaniem, ucieczkę w marzenia.

Pozostali bohaterowie filmów Stuhra są nieco starsi od Gustawa. Akceptują już swój wiek, ale nękani są innymi problemami, właściwymi może nie tylko inteligentom, ale przez nich odczuwanymi szczególnie mocno. Sprawą nader ważną staje się potrzeba miłości - uznawana powszechnie za wstydliwą, sentymentalną i niemęską, jednak, jak się okazuje, nadającą życiu podstawowy sens.

"Historie miłosne" zostały w całości poświęcone uczuciom, a właściwie różnym sposobom przeżywania miłości reprezentowanym przez czterech bohaterów, którzy zdają egzamin z siły swych namiętności i odwagi w ich manifestowaniu. Zdają go nie tylko przed sobą i swymi partnerkami, ale także przed Wielkim Ankieterem - upostaciowaniem św. Piotra lub Przeznaczenia - który rozlicza bohaterów z życia i decyduje o ich dalszych losach. Ci, którzy kochają naprawdę, wygrywają nową szansę, dosłownie - na dalsze życie i symbolicznie - na dalszą miłość. Ci, którzy może i kochają, ale poświęcają uczucie dla doraźnych korzyści, nie walczą o swoją miłość, skazani zostają na śmierć, jakby niegodni już byli dalszego życia.

Rozliczenie dokonane przez Wielkiego Ankietera w "Historiach miłosnych" nie wypada tak źle: pół na pół - dwóch bohaterów zasłużyło na nową szansę, dwóch skazanych zostało na odejście w niebyt. Ksiądz rezygnuje z kapłaństwa, by zająć się swoją córką osieroconą przez matkę, złaknioną miłości i opieki. "Wybieram to, co jest bardziej bezbronne" - mówi, dokonując niełatwego wyboru. Przez swą decyzję ksiądz, co paradoksalne, wydaje się godniej świadczyć o swoim kapłańskim powołaniu. Więzień Zdzisiek Filip (bohater "Amatora" Kieślowskiego nazywał się Filip Mosz), wielokrotnie zdradzany przez żonę będzie z ufnością czekał na koniec kary, ciągle wierząc w stałość łączących ich uczuć. Adiunkt nie decyduje się na związek ze studentką z lęku przed utratą spokoju, pułkownik Matacki (czyżby znowu nazwisko znaczące?) wypiera się miłości do Rosjanki, przedkładając nad uczucie karierę wojskową w strukturach NATO.

Bardziej niż w reguły melodramatu "Historie miłosne" wpisują się w kanon moralitetu: nagroda lub kara, pouczenie: "cuda są zazwyczaj dla tych, co kochają/ Pan Bóg dobry, dobry dla tych, którzy wierzą w cud" (z finałowej piosenki Adama Nowaka).

Adam Borowski, bohater "Tygodnia z życia mężczyzny", jest człowiekiem pryncypialnym. Jako prokurator oskarża i piętnuje winnych w sali sądowej, posługując się kodeksem karnym oraz zwykłym moralnym rozeznaniem w tym, co dobre i co złe. Nic jednak nie jest proste, a ludzie nie są doskonali. Prokurator Borowski, nie będąc przecież człowiekiem złym, popełnia wiele czynów nagannych lub co najmniej wątpliwych moralnie. W ocenie jego postępowania łatwo jest popaść w faryzejskie oburzenie - oto cynik, który głosi jedno, a czyni drugie.

Lecz prokurator ma przy tym świadomość popełnianego zła, większość swoich czynów chciałby potem odwołać lub przekreślić, jednak to mu się już nigdy nie udaje: decyzja została podjęta, czyn dokonany, skutki wywołane, sumienie obciążone.

To dziwne, ale oglądając "Tydzień z życia mężczyzny", zaczyna się lubić prokuratora Borowskiego. Nie dlatego, że mu się pobłaża lub usprawiedliwia jego czyny, ale że się go zwyczajnie rozumie. Borowski staje się lustrem, w którym wszyscy widzowie mogą się przejrzeć: podlegają bowiem podobnym pokusom, skazani są na ciągłą tęsknotę za dobrem, wystawiani na wieczne pokusy zła. W finale filmu Adam (znowu imię znaczące) Borowski - jak Jedermann (każdy), bohater średniowiecznego moralitetu - znika w tłumie innych, podobnych mu ludzi, ani trochę lepszych, ani trochę gorszych. Jest jednym z wielu i to wrażenie staje się zwycięstwem Jerzego Stuhra - scenarzysty, reżysera i aktora.

Zygmunt Sawicki z "Dużego zwierzęcia" mieszka wraz z żoną Marią w małym podgórskim miasteczku, pracuje jako urzędnik bankowy, wieczorami grywa na klarnecie w amatorskiej orkiestrze, sąsiedzi lubią go i szanują. Wydaje się, że nic nie brakuje mu do szczęścia. Nagle pewnego wieczora w jego ogrodzie pojawia się wielbłąd; Sawicki postanawia go przygarnąć. Najpierw staje się w miasteczku obiektem żartów, a potem narastających szykan, rozumie jednak i nawet akceptuje zagrażającą alienację, broniąc swojego prawa do posiadania zwierzęcia, które jest - zdaniem otaczających go ludzi -" społecznie nieużyteczne i jako takie niepotrzebne".

I znowu, podobnie jak w poprzednich filmach, Stuhr zaczyna w "Dużym zwierzęciu" od anegdoty zapowiadającej kino obyczajowe, by potem - ciągle precyzyjnie rejestrując społeczne funkcjonowanie swych bohaterów - stopniowo odchodzić ku uogólniającej metaforze. Oto zacny pan Sawicki staje się reprezentantem wszystkich, którzy czują się udręczeni codziennością, rutyną i podporządkowaniem; wielbłąd przestaje być egzotycznym zwierzęciem z dwoma garbami, a zamienia się w ucieleśnione marzenie o wolności; sąsiedzi to już nie skądinąd poczciwi ludzie o ograniczonych horyzontach, ale reprezentanci sprawnego systemu zniewolenia, braku tolerancji i wrogości wobec indywidualizmu.

Dopiero z wielbłądem Sawicki czuje się naprawdę szczęśliwy. Spaceruje z nim po miasteczku, wyprowadza na łąkę. Zwierzę swoim zwyczajem stąpa wolniutko i z godnością, a mężczyzna idzie u jego boku i peroruje: "Bo ty wolny, bracie, jesteś. No, na lineczce, bo by cię tu potraktowali, bo by cię tu psami, bracie, pogonili, gdyby nie linka (...). Nic nam zrobić nie mogą, bo razem jesteśmy. (...) Bo ty już nasz, bracie, jesteś. Nigdy nie wiadomo, na kogo ci przyjdzie". Sawickiemu "przyszło" na wielbłąda i chce go mieć - "Kto mi zabroni?" Niby oficjalnie nikt nie może mu zabronić, ale duże, egzotyczne zwierzę niepokoi, zagraża i gorszy. Dlatego sąsiedzi przyjmują z ulgą nagłe zniknięcie zwierzęcia z jego ogródka. Znowu wszyscy stają się dla Sawickiego mili, przyjacielscy i życzliwi.

Sawicki godzi się ze społecznością, w której żyje, ale pozostaje w nim tęsknota za wielbłądem, dzielona z wtajemniczonymi, np. z małym chłopcem czule przechowującym w kieszonce figurkę dwugarbnego zwierzęcia. Poza kontrolą większości obaj będą dalej hołubić sympatię dla wielbłąda, skryci za maską hodowców "swojskich zwierzątek".

"Duże zwierzę" zostało zrealizowane w konwencji baśniowej przypowieści, na taśmie czarno-białej. W tej filmowej poetyce zawiera się też szary prowincjonalizm, małomiasteczkowa nuda i aura czegoś manifestacyjnie niemodnego, ale również łagodność i tajemnica. Konwencje baśniowe uniwersalizują opowieść o zacnym panu Sawickim i jego wielbłądzie, pozwalają mieszać marzenie z realnością, naiwność z poezją, powagę z humorem, ucząc wierności dla własnych przekonań i sympatii.

Oglądając filmy Jerzego Stuhra odnosi się wrażenie, że dotyczą one - jak niewiele innych polskich filmów z ostatnich lat - spraw ważnych, aktualnych i uniwersalnych, że opowiada je człowiek, którego coś dręczy i chce się tym podzielić z odbiorcami w nadziei na wspólną refleksję. Nagrody uzyskiwane na festiwalach krajowych i zagranicznych potwierdzają ich artystyczną klasę. Niełatwo jednak "mieć wielbłąda". Dwa lata Stuhr szukał producenta, aby nakręcić swój kolejny film "Pogoda na jutro".

Józef Kozioł, który był nauczycielem, członkiem KOR i działaczem "Solidarności", zmuszony jest opuścić klasztorny azyl, gdzie schronił się przed dwudziestu laty. W nowej rzeczywistości, której nie zna i nie rozumie, wszystko dziwi go i zaskakuje: układy społeczne, zachowania ludzi, wykształcone obyczaje, programy telewizyjne, używany język oraz własna, porzucona kiedyś, rodzina - żona i troje dzieci. Teraz musi zmierzyć się z nową dla niego rzeczywistością początku XXI wieku, jak baśniowy Rip van Winkle, który obudził się po ćwierć wieku i nie mógł rozpoznać otaczającego go świata.

Do przedstawienia polskich realiów AD 2003 oraz losów bohatera Stuhr wykorzystał konwencje komediowe. Rzeczywistość, odbita w krzywym zwierciadle satyry, zaprezentowana została na ekranie kinowym jako bardzo śmieszna, ale zarazem dziwaczna, smutna i groźna. Świat przedstawiony "Pogody na jutro" wydaje się prawdziwy, dobrze znany z autopsji, jego komiczne zarysowanie bawi, ale rychło zaczyna także przerażać, gdy ujawnia swą ekspansywną głupotę, arogancję i zło.

Szczególny niepokój Józefa budzi trójka dorosłych już dzieci. Porzucił je, gdy były jeszcze małe, nie uczył, nie osłaniał, zostawił w świecie bałaganu politycznego, rozpadu tradycyjnego systemu wartości. Teraz ze zdumieniem i zgrozą obserwuje syna zaangażowanego w kłamliwą kampanię wyborczą prymitywnego i skorumpowanego polityka, jedną córkę uczestniczącą w telewizyjnym programie, gdzie nagość i publiczny seks stanowią podstawową atrakcję, drugą uzależnioną od komputera, narkotyków i wpływu wykorzystującego ją chłopaka.

Józef ma poczucie winy, próbuje zrozumieć postępowanie swoich dzieci, pragnie włączyć się w ich życie i jakoś im pomóc. Jednak różnica pokoleń wydaje się większa niż bywała dotąd. Ojciec i dzieci przynależą nie tylko do różnych formacji wiekowych, ale także cywilizacyjnych. To zjawisko społeczne, coraz bardziej powszechne i wyraźniej dostrzegalne, przestało być zabawne. Józef, przerażony cynizmem syna, z jakim planuje życiową karierę, pyta go z trwogą o moralne zasady postępowania. Marcin wybucha gniewem: "Jakie zasady? Co ty pierdzielisz? To trzeba nas było wychowywać, a nie o ojczyznę walczyć i tylko modlić się za nas". Dzieci obarczają więc pokolenie ojców odpowiedzialnością za stan świadomości swojej generacji.

Poczucie winy gnębi nie tylko Józefa, ale także narratora "Pogody na jutro", w którym rozpoznaje się tę samą osobowość, jaka prezentowała wszystkie poprzednie filmy Stuhra: inteligenta przerażonego zmianami zachodzącymi w polskim społeczeństwie.

W swoich filmach Jerzy Stuhr nie potępia i nie piętnuje, raczej manifestuje troskę i niepokój, wskazuje zagrożenia, broni wspólnego dobra wyrosłego z tradycji i wiary w wyższe wartości. Potrafi przeciwstawić się potocznemu myśleniu większości, broniąc niemodnych już pryncypiów i postaw uważanych za przegrane, nie potrafi jednak odmówić sobie - wzorem pozytywistycznych reformatorów - prawa do nieco naiwnego moralizatorstwa.

Stuhr poczuciem humoru chroni swoje filmy przed zbytnim dydaktyzmem, pozwala mu ono zachować właściwy dystans do przedstawianych bohaterów i ich spraw, a równocześnie wyraża wiarę w inteligencję widzów potrafiących samodzielnie wyciągać odpowiednie wnioski z prezentowanych opowieści. Dlatego "Pogoda na jutro" (tytuł znaczący), film śmieszny i gorzki jednocześnie, kończy się, jak na komedię przystało, happy endem - losy wszystkich bohaterów układają się szczęśliwie lub po myśli widza, ale również, jak w dramacie groteskowym, nie kończą się wcale, gdyż jego strukturą narracyjną jest pierścień łączący początek z zakończeniem - Józef znowu porzuca rodzinę, tym razem dla wschodniej sekty religijnej, kolejny raz ucieka od trudnej rzeczywistości i uwalnia się od ciążącej na nim odpowiedzialności. Ciekawe, jakie zmiany zastanie w kraju i w rodzinie, gdy za kolejne dwadzieścia lat zostanie zmuszony do opuszczenia nowego azylu?

Przywykło się sądzić, że większość widzów woli fajerwerkowe kino popularne i nie dostrzega urody dzieł, które mają wzruszać, bawić, ostrzegać i skłaniać do refleksji. Sądzę jednak, że widzowie wtajemniczeni - a nie jest ich mało - dostrzegają mistrzostwo filmowej formy, rozumieją przesłanie i - piastując w kieszeniach malutkie figurki wielbłąda - czekają na dalsze dzieła Jerzego Stuhra.
  

[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ]
© 2000.06.12-2008 Legion | powered by PHP Nuke
Przyjaciele: • Strony internetowe, druk, dtp • Szachy, Magazyn Szachista • PZSZach, Szachy