| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Kłopoty z Allenem(1825 słów w tym tekście) (1518 ) 
KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
autor: Konrad J. Zarębski
Co będzie, jeśli Woody Allena, psychoanalityka milionów, zabraknie?
Lepiej nie myśleć.
Zbesztany przez recenzentów za powierzenie sobie w "Klątwie skorpiona" roli
amanckiej, wyszydzony za "Koniec z Hollywood" Woody Allen wziął te uwagi
serio. Nikt wprawdzie jeszcze nie kładzie go do grobu, a on sam czuje się
młodym ojcem (choć jak przyznaje w wywiadach, adoptowanym córkom pieluszek
nie zmieniał), lecz złośliwości krytyków zapewne dały mu do myślenia.
Odpowiedział na nie w sobie właściwy sposób - kolejnym filmem.
Sięganie po klucz biograficzny, by interpretować twórczość reżysera, wydaje
się anachroniczne i nieeleganckie. Szkoła, która nie tylko wywodzi film z
literatury, ale wręcz każe w nim widzieć jej współczesny odpowiednik, jest
ciągle żywa, więc przejęcie warsztatu interpretacyjnego właściwego badaniu
literatury jest uprawomocnione. Chciałoby się jednak wierzyć, że film jako
dzieło zbiorowe potrafi obronić się przed biografizmem. I rzeczywiście, jest
to możliwe - z paroma wyjątkami. Woody Allen należy do tych wyjątków - obok
Bergmana, Felliniego, Morettiego: reżyserów traktujących swoje filmy jako
rodzaj intymnego dziennika, gdzie odnotowując doświadczenia własne, wskazuje
się jednocześnie możliwość rozwiązania problemu właściwego pewnej grupie,
środowisku, generacji - i to w wymiarze uniwersalnym.
Nowojorskie lustro
Przeglądając jeden za drugim filmy Woody Allena, można dojść do wniosku, że
jego problem ma kilka imion: specyfika Nowego Jorku, która wprawdzie wiele
dopuszcza, ale niesie też pewne istotne ograniczenia; żydowskie pochodzenie
i określona tym wrażliwość na ewoluujące przejawy antysemityzmu przy
jednoczesnej świadomości wartości swojej nacji (od poczucia humoru
począwszy); nadwrażliwość emocjonalna, która sprawia, że angażuje się w
toksyczne związki z kobietami z tendencją do dominacji, wreszcie - swoisty
ekshibicjonizm. O tym wszystkim opowiada przecież na ekranie w
przeświadczeniu - skądinąd słusznym! - że jego problemy są problemami
uniwersalnymi. W końcu miliony ludzi mieszkających w wielkich miastach mają
kłopoty z zaadaptowaniem się do wielkomiejskiego tempa i stylu życia, co
skutkuje dziesiątkami coraz bardziej powszechnych schorzeń nerwicowych i
psychicznych, a w konsekwencji nieustającą modą na wszelkiego rodzaje
terapie. Jednym z ostatnich wielkich - a może tylko szeroko upowszechnionych
- odkryć psychoanalizy jest toksyczność związków międzyludzkich, rozumiana
jako różne przejawy głębokiego uzależnienia jednej jednostki od innej,
prowadzące nie tylko do patologii wzajemnych relacji, ale i przenoszenia
tego braku równowagi na kolejne związki. Z kolei nawet uznanie tragedii
Holocaustu za najbardziej okrutne dziedzictwo XX wieku nie położyło kresu
antysemityzmowi, a przeciwnie - nadal pozostają aktywne środowiska, dla
których to uznanie jest elementem niezasłużonego wywyższania się "narodu
niesłusznie wybranego".
Wszystkie te elementy pojawiły się w filmach Woody Allena dość wcześnie,
jeszcze w latach 70., kiedy porzucił popularną w kinie amerykańskim formułę
anarchicznej, "zwariowanej" komedii wspartej gagiem wysnutym z doświadczeń
telewizyjnych, na rzecz komedii serio. Allen wyszedł od pastiszu gatunków
telewizyjnych i filmowych, by skupić się na opisie swego środowiska a w
rzeczywistości - siebie samego. Z czasem stał się lustrem, w którym mógł
przejrzeć się jego widz - dokładnie ten sam, z którym wystaje w kolejkach do
kas biletowych kin studyjnych w swoich filmach.
Pytanie, w jakim stopniu Woody Allen ze swoich ówczesnych filmów był sobą, a
w jakim postacią autonomiczną, wymyśloną od początku do końca,
prawdopodobnie na zawsze zostanie bez odpowiedzi. Dopóki reżyser penetrował
określone środowisko, szukając prawd uniwersalnych i analizując ludzkie
zachowania na tle mniej lub bardziej przemijających trendów, nie było to
specjalnie ważne. Ważniejsze, że Allen potrafił patrzeć nie tylko na swoich
bliźnich, ale także ich oczami. Rozpoznawalne w jego filmach z lat 70. próby
w stylu Bergmana czy Felliniego można interpretować jako szukanie pewnego
wspólnego punktu widzenia na sztukę - tak jak pozostałe jego filmy były
szukaniem wspólnych rozwiązań w sprawach obyczajowych czy partnerskich.
Partner w życiu i na planie
Właśnie - partnerskich, bowiem w życiu Allena partnerstwo zawsze odgrywało
rolę szczególną. Z trzech żon tylko jedna nie była aktorką. Louise Lasser, z
którą rozstał się w 1969 roku, zagrała w jego trzech pierwszych filmach. Dwa
kolejne związki - przypadające na najbardziej owocny okres jego twórczości -
oparte były na partnerstwie. Pierwszy, z Diane Keaton, zaczął się w 1970, od
broadwayowskiej premiery sztuki "Zagraj to jeszcze raz" i przetrwał kilka
lat, aż do czasu "Annie Hall", która obydwojgu przyniosła najbardziej
prestiżowy sukces w karierze: Oscary i Złote Globy dla filmu roku, za rolę
Keaton oraz reżyserię i scenariusz Allena. W momencie wręczania Oscarów
uważana przez niemal dekadę za wzorzec dla show-biznesu para nie była już ze
sobą, jakkolwiek ciągle pozostają w przyjaźni. Keaton nadal grała w filmach
Allena, w tym w "Manhattanie" - równie ważnym co "Annie Hall". Po latach zaś
pospieszyła mu z pomocą przy realizacji "Tajemnicy morderstwa na
Manhattanie" - filmie realizowanym w chwili rozstania z Mią Farrow.
Mia Farrow pojawiła się w życiu Allena na początku lat 80., przy okazji
"Seksu nocy letniej" i została na około dziesięć lat. W jej karierze był to
okres szczególny: gwiazda "Dziecka Rosemary", znana bardziej ze skandali
wieńczonych załamaniami nerwowymi niż zapadających w pamięć ról, u boku
Allena rozkwitła, odsuwając w niepamięć zarówno poprzednie nieudane związki
jak i niepowodzenia artystyczne. Tyle że w tym opartym na partnerstwie
związku partnerstwa było coraz mniej. W miarę jak rozbłyskiwała gwiazda Mii,
Allen gasł i... smutniał. Jego komedie stawały się coraz poważniejsze, coraz
mniej w nich było żywiołowego Allena z poprzedniej dekady, coraz częściej
dochodzili do głosu Bergman i śmiertelnie poważny Czechow. Co więcej,
stroniący od rozgłosu i świata celebrities reżyser musiał weń wkroczyć,
towarzysząc swej partnerce w licznych akcjach charytatywnych, w które się
angażowała. No i ten jej dzieciniec - kilkanaścioro adoptowanych chłopców i
dziewczynek różnych ras i wyznań. Styl bycia Farrow, która w środowisku
aktorskim ma opinię partnerki trudnej, egocentrycznej i kłótliwej, odciskał
na Allenie coraz wyraźniejsze piętno. Wreszcie przejął obowiązujący w tych
kręgach sposób mówienia nie wprost: prawdę o związku zmierzającym donikąd i
ratowaniu się poprzez romans ze znacznie młodszą kobietą wyznał w filmie.
Gdy Mia zrozumiała przesłanie "Mężów i żon", wybuchła burza, wobec której
oskarżenie o zdradę było błahostką.
Symbol zinstytucjonalizowany
Po deszczu zawsze przychodzi słońce. U boku trzeciej żony, młodszej o 35 lat
niedawnej pasierbicy Farrow, Soon-Yi Previn, Woody Allen najpierw odzyskał
zdolność śmiechu a następnie - twórczą równowagę. Powstające z regularnością
jednego tytułu rocznie filmy zaczęły wymagać określonego tła. Tak jak w
latach 70. opowiadane w nich historie nie mogłyby rozgrywać się gdzie
indziej niż w Nowym Jorku. Więcej, ułożone w jeden ciąg wykazują pewną
prawidłowość: specyfika Nowego Jorku jest taka sama niezależnie od okresu
historycznego. I niezależnie od wybranego gatunku filmowego a raczej jego
pastiszu - klasycznego kryminału, musicalu czy melodramatu. To umiłowanie
miasta zostało docenione w sposób szczególny: na ceremonii rozdania Oscarów
w roku 2002, po tragedii 11 września, właśnie Woody Allen zaprezentował
montaż filmów nowojorskich. W odczuciu miłośników kina wybór był
nieprzypadkowy, choć sam reżyser kokieteryjnie twierdził, że zrobił to,
ponieważ inni nowojorscy filmowcy byli zajęci. Nie mniej istotne było też
to, że dotąd Allen starannie unikał oscarowych uroczystości, twierdząc, że
ma inne zobowiązania. Te inne zobowiązania sprowadzały się zazwyczaj do
grania na klarnecie w klubie jazzowym: hobby, z którego potrafił uczynić
sztukę a nawet - rodzaj religii. Nie chodzi tylko o to, że przysposabianym
przez niego i Soon-Yi dzieciom nadaje się imiona na cześć muzyków jazzowych.
Jazz jest takim samym elementem jego kina jak Nowy Jork, przewijająca się
przez ekran postać pisarza czy charakterystyczny, ten sam od dziesięcioleci
krój czcionki napisów czołowych.
Bo kino Woody Allena to rodzaj instytucji: każdy film na pierwszy rzut oka
wygląda na kolejny rozdział tej samej książki. Bardziej wnikliwe spojrzenie
ujawni jednak, że - w przeciwieństwie choćby do Bergmana i Antonioniego,
należących do tego samego grona twórców kręcących przez całe życie jeden
film - od pewnego czasu kino Allena układa się w cykle. Jest w nim miejsce
na eksperyment formalny (wycieczki właśnie w świat Bergmana czy Felliniego),
przede wszystkim jednak liczy się Nowy Jork w różnych okresach historycznych
(od lat 20. i 30. po najbardziej aktualną współczesność). Ale także -
wnikliwa obserwacja środowiskowa (neurotyczny bohater z ambicjami
artystycznymi), wreszcie w pełni świadome sięganie do amerykańskiej tradycji
filmowej. Efektem są próby ze sprawdzonymi gatunkami (od burleski i musicalu
po komedię romantyczną) we własnej formule filmowego spektaklu. Spektaklu,
którego twórca pozostaje niemal zawsze na scenie, bynajmniej nie tylko
obnażając charaktery i zachowania postaci w momentach, które sam uzna za
właściwe. Przy założeniu, że punkt wyjścia jest zawsze taki sam, to od niego
zależeć będzie, w którą stronę skieruje uwagę widza.
Drżyj, Kalifornio!
Jest to pozycja tyleż wygodna, co piekielnie niebezpieczna, choć trudno
uwierzyć w demiurgiczną moc cherlawego neurotyka w okularach. Ale Allen
potrafi być nieprzyjemny - jak wówczas, gdy rozprawiał się ze światem Mii
Farrow, opisując go w "Celebrity", i obecnie, kiedy w filmie "Koniec z
Hollywood" zaatakował branżę jako skrajnie niekompetentną na każdym
poziomie: od produkcji i realizacji po krytykę. Atak na dwa filary
show-biznesu - instytucję gwiazd i kreujący ją aparat - dla wielu mógłby się
skończyć fatalnie. Ale nie dla Woody Allena, zachowującego w kinie
amerykańskim pozycję twórcy niszowego i - co tu mówić - nieszkodliwego
wariata, którego wprawdzie warto wspierać (co ostatnio czynią Steven
Spielberg i Jeffrey Katzenberg, od czasu "Drobnych cwaniaczków"
dystrybuując, a od "Klątwy skorpiona" uczestnicząc w produkcji jego filmów),
ale nie trzeba się nim specjalnie przejmować.
Swój status dochodzący siedemdziesiątki Allen wykorzystuje zresztą z całą
bezczelnością, na jaką stać komika, znającego amerykańskie gusty i rynek.
"Życie i całą resztę" można odczytać jako katalog wszelkich wątków i tematów
Allenowskich - z Nowym Jorkiem, zwyczajami panującymi w branży rozrywkowej i
toksycznością związków bohatera, gdzie w zasadzie zmienia się tylko jedno:
sam reżyser pojawia się w roli drugoplanowej. Na pierwszy plan wysuwa parę
młodych, Jasona Biggsa - aktora związanego przede wszystkim z komediami w
rodzaju "American Pie" - i Christinę Ricci, gwiazdę mimo młodego wieku
niezwykle doświadczoną (40 ról!).
"Życie i cała reszta" to przede wszystkim stwierdzenie faktu: Allen zawsze
obracał się wokół tych samych zjawisk i kompleksów. Odmłodzenie bohaterów
nie jest przypadkowe - to jednoznaczna sugestia, że w jego filmach poruszane
są sprawy nieprzemijające, by nie powiedzieć - wieczne. To prawda, że
młodszy o ponad 40 lat od reżysera Biggs niemal upodabnia się (także
fizycznie, naśladując gesty i ruchy) do postaci zarezerwowanej dotąd dla
Allena - pisarza-neurastenika, próbującego przebić się do sławy, a do tego
uwikłanego w związek z niewłaściwą kobietą. Czyżby więc nic się nie
zmieniło? Przeciwnie, na ekranie zmieniło się prawie wszystko. Dotychczas
Allenowski bohater szukał wyjścia z pułapki, w jakiej się znalazł, a
rozwiązaniem problemu było uświadomienie go sobie - tak jak na kozetce u
psychoanalityka. Tym razem Woody Allen posuwa się dalej. Zachowując dla
siebie pozycję mentora, hoduje sobie następcę: nie tylko przeprowadza Biggsa
przez nowojorsko-branżowy gąszcz, zdradzając mu (własne?) metody
rozwiązywania problemów, ale jeszcze każe mu wszystko zaczynać od nowa w
innym miejscu. W miejscu, którym sam dotąd pogardzał - w Hollywood. Drżyj,
Kalifornio!
Nie wolno bezkarnie szydzić z Allena, szczególnie jeśli samemu nie jest się
bez winy. Świat rzeczywisty nie zmienia się tak szybko, jak byśmy tego
chcieli. Problemy pozostają, dotykają wszystkich bez względu na wiek, a
następcy nie widać. Co będzie, jeśli Woody Allena, psychoanalityka milionów,
zabraknie? Lepiej nie myśleć. |
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|