| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Pora na nowych mistrzów(1083 słów w tym tekście) (1567 ) 
KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
autor: Adam Horoszczak
"Przyjemnie jest głosić dobrą nowinę..." - mówił dr István Hiller,
Minister Dziedzictwa Narodowego, prezentując uczestnikom 35. Węgierskiego
Przeglądu Filmowego zasady nowej Ustawy o Kinematografii wdrażanej od 22
grudnia ub.r. Na straży korzystnie zmodernizowanych zasad produkcji,
koprodukcji i rozpowszechniania stoją nowo powołane instytucje: Narodowe
Biuro Filmowe i Publiczna Fundacja Sztuki Filmowej Węgier. Minister
potwierdził zobowiązanie rządu do podwojenia nakładów na kinematografię do
roku 2006.
Także inauguracja Przeglądu miała znaczący przebieg. Zamiast "filmu
otwarcia" była ceremonia nadania dziesięciu weteranom ekranu (operatorom i
reżyserom, m.in. Jancsó, Kovács, Gáal, Bacsó...) tytułu Mistrza Sztuki
Filmowej z pokaźną dożywotnią rentą 2 tys. euro. Przypieczętowało to
dokonującą się w ostatnich latach pokoleniową zmianę warty.
Lustracja mitów
"Zakochałem się w ludowej Biblii szukając latami klucza do jej
wizualizacji..." - mówił András Jeles, autor kultowych obrazów "Zwiastowanie
anielskie" i "Brygada snów" (1983). Nowy film "Józef i jego bracia - sceny z
ludowej Biblii" (Jósef és testverci - Jelentek egy parasztbibliából)
niewiele ma wspólnego z dziełem Tomasza Manna. Za to bardzo dużo z wzorowaną
na teatrze cieni, oryginalną plastycznie wizją Genezis, inkrustowaną
migawkami z ubiegłowiecznych kronik. Jury doceniło trzyletni trud artysty
przyznając mu nagrodę "za wizualną ekspresję filmu".
Jak nosić z wdziękiem "garb Historii" odrzuciwszy anachroniczną estetykę
kina lektur szkolnych, uczą trzy "historyczne filmy drogi". Pierwszy z nich,
"Klęska pod Mohaczem" (Mohácsi Vész) Miklósa Jancsó, wzięty jest w nawias
sekwencji z czardaszem tańczonym na tarasie zamku w Budzie. Trefnisie Kapa i
Pepe (aktorski tandem Mucsi-Scherer) z pomocą "machiny czasu" przenoszą się
w XVI wiek, usiłując zmienić niekorzystny dla Węgrów wynik bitwy z Turkami
(1526). Jancsó kpi z wszelkich tabu, żartuje, iż nie tylko sułtan Sulejman
II mówił po węgiersku, ale cały świat. Od Europy po Czarną Afrykę.
A skoro o geopolityce mowa... Oto siedmiu plemiennych wodzów madziarskich,
uśpionych kumysem w noc pożegnania z Azją, goni przez 10 wieków i kawał
Euro-Azji swój wędrujący lud. Zmierzając ku nowej ojczyźnie, w łuku Karpat
spotykają Wikingów, Tatarów, Wołoszan i Słowian; znajdują i wyrzucają
niezdatne nikomu zapałki czy kostki Rubika. Dla autora "Węgierskiego
wędrowca" (Magyar Vándor) źródłem humoru jest kunsztowna siatka odniesień
kulturowo-językowych. Wódz Almos mówi starowęgierszczyzną Anonimusa,
węgierskiego Kadłubka. Wódz Ond - wersami poetów Renesansu. Jeszcze inny
przywołuje słowa słynnej "Pieśni narodowej" Petöfiego. Na koniec wodzowie
odnajdują swój lud, na Moście Łańcuchowym u stóp zamku w Budzie, podczas
rocznicowego festynu Tysiąclecia.
Historyczny film drogi skusił też debiutanta Balázsa Lótha. Po węgiersku
"Nincs mese" (Nie ma bajki) znaczy tyle, co nasze "to nie zabawa!" Bohater,
Tobiasz, musi sprostać - jak w ludowej baśni - trzem próbom, ale czasu
wolnorynkowej demokracji. "Nie ma bajki", choć niezbyt udane, jest zgrabnym
połączeniem metafory, historyzmu i weryzmu.
Nowa faza historii, zmiana formacji rządzącej, wigilia przyjęcia do Unii
zrodziły potrzebę diagnozowania dzisiejszej sytuacji moralno-społecznej
kraju. Stąd kolejna fala filmów opartych także na motywie podróży. Pomijając
komercyjne kino popularne typu "Gdyby tata wiedział?" (Apám beájulna;
wakacyjna przygoda dwóch rezolutnych dzierlatek od Balatonu po Grecję, Rzym
i Barcelonę) albo "Monte Carlo" debiutanta Gábora Fischera (wyprawa trójki
sfrustrowanych belfrów do jaskini gry francuskiej Riwiery) - było jeszcze
coś ekstra, ambitna socjografia "Strzeżonych sekretów" (Mélyen órzött)
Zsofii Böszörmenyi z Kati Outinen, aktorką Kaurismäkiego. No i bardzo
smakowite "Getno" Andrása Salamona.
Pierwszy film przypomina "Sekrety i kłamstwa" Mike'a Leigh - z parabolą
polityczną w tle. Wypuszczona z sierocińca 18-latka odkrywa istnienie
matki-emigrantki, wydziedziczonej z willi, którą przejęli nowobogaccy ze
Wzgórza Róż. Drugą fabułę w dorobku młodej realizatorki wyróżniono za
reżyserię (ex aequo z Benedekiem Fliegaufem), zaś młodziutką Eszter Bagameri
- za najlepszą kreację żeńską. Także w skromniejszym w nagrody (montaż),
lecz nie mniej ambitnym "Getno" Salamona osią akcji jest skok za Wielką Wodę
osiedleńców z Pesztu. Lecz ani Las Vegas nie stanie się ich Eldoradem, ani
neon z bungalowu taty - "American Dream" - nie gwarantuje szczęścia w
Stanach. "Getno" bierze swój tytuł ze szlagieru Rolling Stonesów: "I Can't
Get No Satisfaction".
Nie znajduje tej satysfakcji także bohater Stevena Lovy'ego odwiedzający,
wraz z ojcem, krewnych w "starej ojczyźnie". Tytuł "MIX" najlepiej oddaje
koktailowy charakter utworu z angielsko-węgierskimi dialogami. W sumie - nic
takiego. Za to gorzkim filmem okazał się "Wschodni cukier" (Sezon) Ferenca
Töröka. Podobnie jak maturzyści z jego debiutanckiego "Placu Moskwy", tu
bezrobotni absolwenci technikum dostają w sezonie robotę nad Balatonem.
Reżyser identyfikuje się z wyzbytym złudzeń współczesnym Sorelem w finałowym
kadrze, kiedy bohater lustruje lornetką (kamerą?) prowincjonalny pejzaż z
nieczynną cukrownią. Pominięty w werdykcie film budził rezonans, o czym
świadczy zwycięstwo w internetowym plebiscycie widowni.
Przy siedmiu tegorocznych debiutach najwięcej konfitur zebrał Nimrod Antal
za "Kontrol". Nie tyle chodzi w tym filmie o drużynę "kanarów"
sprawdzających bilety w metrze. Raczej o wizję głębszą, przyjrzenie się
mozaice pasażerów, kontrolę stanu ducha, nastrojów i frustracji społecznych.
Film miał rekordową frekwencję na Węgrzech, jury dało Antalowi nagrodę za
debiut i zdjęcia, a zagraniczni krytycy prestiżową nagrodę Gene Moskowitza.
Najpierw były nagrody za krótkometrażowe "Gadające głowy" i "Hypnos" (Lipsk,
Cottbus). Potem festiwalowy marsz triumfalny "Gąszczu" (m.in. nagroda
Wolfganga Staudtego na Berlinale, Nagroda Specjalna w Łagowie). Benedek
Fliegauf wchodził tym filmem w gąszcz zatomizowanej zbiorowości, natomiast w
"Dealerze" przedstawia jednodniową tragedię losu. Poczynając od asysty
dealera przy szpitalnym zgonie z przedawkowania, kamera nie odstępuje
bohatera przemieszczającego się rowerem po Budapeszcie, penetrującego
dworce, metro i prywatne mieszkania swoich klientów. Uczestniczymy w
tragedii dziewczyny wydzieranej z narkotykowego nałogu przez zniszczoną,
zgorzkniałą matkę, byłą żonę bohatera. Ekran tonie w przygnębiającym mroku
podziemnych przejść, zaułków, naddunajskich peryferii. Odnoszę wrażenie, że
świat Fliegaufa jest pochodną światopoglądu filozofa Andrása Faldmara,
bohatera dokumentu "Czy istnieje życie przed śmiercią?". Odpowiedzią na to
egzystencjalne pytanie zdaje się być finałowa sekwencja "Dealera". W
poczuciu zawinionej klęski bohater sam się szprycuje na śmierć w zrujnowanej
siłowni mrówkowca. Kamera najeżdża na plakat "Europa Fitnes" (!) w
gęstniejącym mroku śledząc nieskończenie długo biel martwiejącej ręki...
Nawet gdyby Fliegauf nie przyznawał się do fascynacji kinem Tarkowskiego i
węgierskich mistrzów (choćby Béla Tarr), należy wraz z Attilą Janischem do
cechu kreatorów własnych autonomicznych światów. W "Nazajutrz" (Masnáp;
Grand Prix i trzy inne nagrody) Janisch stosuje technikę niekończących się
ujęć-sekwencji, wyrazistych pejzażowych "metafor totalnych". Film podzielony
na rozdziały jak książka (Niebo, Kurz, Naszyjnik) jest postproustowskim
odzyskiwaniem minionego czasu. W martwym pejzażu odludzia, pośród jesiennych
pól i rozdroży, obcy rowerzysta rozpytuje tu i tam o Dom będący jego
dziedzictwem, przeszłością, zatartym wspomnieniem z wyblakłej fotografii.
Mieszkańcy pustkowia skrywają jakąś tajemnicę. Mówi się o morderstwie
nastolatki i rzecz przechodzi z wolna w paraboliczny psycho-thriller, jawa -
w sen. Przybysza trapią koszmary, tajemnicze przedmioty-znaki. Bohater
(wyróżniony za kreację Tibor Gaspar) zaczyna podejrzewać o morderstwo samego
siebie...
"Nazajutrz" to dzieło wysokiego lotu. Potencjał Attili Janischa poznaliśmy
już w jego debiutanckim "Cieniu na śniegu", gdzie pierwszoplanowe role
zagrali Polacy: Joanna Kreft i Mirosław Baka.
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|