| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Surrealista z nieistniejącego kraju(1081 słów w tym tekście) (1443 ) 
KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
autor: Jerzy Płażewski
"Ten kraj nigdy nie istniał, ponieważ nikt go nie pamięta i nikt o nim
nie mówi" - tak rozpoczyna swój ostatni film, "Pejzaż", najbardziej wzięty
ze słowackich reżyserów, Martin Šulik. Innymi słowy, jeśli Słowacja - od
"aksamitnej rewolucji" zupełnie już niezależna - ma zacząć naprawdę istnieć,
trzeba zbudować jej kulturową tożsamość.
Urodzony w 1962 roku Šulik zastanawiająco mało przejął ze "szkoły czeskiej",
do której krytycy lubią kino z Bratysławy dopisywać. Choć można by się tego
spodziewać - nie ma u Šulika ani śladu dobrodusznej ironii wczesnego Formana
czy Chytilovej, metafizyki potocznej codzienności z lektur Hrabala czy
Kundery. Po słowacku znacznie lepiej brzmią eposy przeniesione w wyższy
wymiar realności, jak w snach rozmarzonych przedszkolaków. Bez trudu w stylu
Šulika dopatrzyć się można inspiracji twórczością Juraja Jakubisko,
anarchizująco śpiewną, roześmianą przez łzy, albo twórczością Dušana Hanaka,
którego "różowe sny" były realniejsze od zwykłego zjadania chleba.
Martin Šulik sądzi, że prawda jego "nieistniejącego" kraju jest magiczna.
Najlepszy z filmów Słowaka, "Ogród", zaczyna się od absurdalnie pięknej
sceny, kiedy gałąź jabłonki łamie się pod ciężarem dojrzewających owoców.
Czy można mieć pretensję do jabłonki, że żyje nielogicznie i samobójczo?
Jakub jest synem damskiego krawca, nauczycielem bez powołania i polotu,
leniwie romansującym z klientką ojca. Powinien się usamodzielnić, kupić
mieszkanie, sprzedając bezużyteczną chatę z ogrodem, pozostawioną na wsi
przez dziadka. Bohater "Ogrodu", zasugerowany trzeźwą profesją ojca, wyniósł
z domu przekonanie, że człowieka daje się precyzyjnie opisać miarami
krawieckimi: śpiącej nagiej kochance zdejmuje miarę długości ramienia i
obwodu w pasie (z kolei jeden z bohaterów "Pejzażu", kartograf, obrysowuje
cyrklem piersi swojej dziewczyny).
Gdy nasz prozaiczny mieszczuch zdobywa się wreszcie na oględziny tytułowego
ogrodu, jego spojrzenie na świat ulega decydującej przemianie. Rzeczywistość
"ogrodowa" ujawnia nieoczekiwane aspekty, odwraca na wspak pojęcia niby
oczywiste. Wejście w zadumany świat ogrodu ułatwia piękna i dzika Helenka, w
niespiesznym ogrodowym bytowaniu znajdzie się czas, by porozmawiać z
pasterzem św. Benedyktem o pokorze, z prawnikiem Janem Jakubem Rousseau o
bogactwie będącym karą oraz z handlarzem nieruchomości Ludwigiem
Wittgensteinem o trudnościach z językowym opisywaniem świata. A kiedy w
kulminacyjnej, finałowej scenie śpiąca Helenka zaczyna lewitować nad
grządkami ogrodu, trochę tylko zdziwiony i też już odmieniony krawiec damski
powie synowi po prostu: "Widać tak trzeba".
Vacláv Macek w "Historii kinematografii słowackiej" pisze o tej scenie, że
"jest punktem szczytowym współistnienia realności z nierealnością, na którym
opiera się obraz świata. I tajemnicą, nie przeznaczoną do analizowania
rozumem." Wróćmy do cytowanego wyżej wymierzania ciała ludzkiego - czyż nie
jest ono formą wydzierania człowiekowi jakiejś intymnej tajemnicy?
Pedantyczne mierzenie jest procedurą wielkomiejską. Tożsamość słowacka jest
folklorowa, wiejska. Widać tak trzeba.
"Ogród" ma jeszcze pewną zwartą dramaturgię, ciągłość fabuły i czytelną
konkluzję: Jakub będzie na wsi daleko rzetelniejszym nauczycielem niż w
mieście. Ale i tu fabuła podzielona jest na 14 rozdziałów o znacznej
autonomii, ogłaszanych głosem pozakadrowym przez samego reżysera i
streszczających, czego się w danym rozdziale możemy spodziewać.
Natomiast w filmowym eseju "Orbis Pictus" o ostentacyjnej konstrukcji "road
movie", niedouczona szwaczka Tereska wędruje po kraju z fałszywą mapą,
popadając w kolejne, w ogóle już niepowiązane sytuacje, coraz bardziej
malownicze. Zasada jej wędrowania jest modelowo surrealistyczna. Na stacji
kolejowej w okienku biletowym nie siedzi kasjerka, tylko biały królik. I
słusznie, bo na tej stacji nigdy żadne pociągi nie stają. Towarowa kolejka
linowa dowozi Tereskę dokładnie nad nurt spienionej górskiej rzeki i nagle
przestaje funkcjonować. Šulik nie kwapi się pokazać, jak Tereska zdołała
wybawić się z opresji. Woli zdradzać nam najlepszy sposób na złapanie
zająca: trzeba rozdrapać do krwi kolano. Szkoda jedynie, że ten sposób ani
razu jeszcze nie zadziałał. W przeciwieństwie do lekarstwa na reumatyzm.
Stara babcia dała się zakopać po szyję, by ziemia wyciągnęła z niej
choróbsko, choć nie ma pewności, czy znajdzie się ktoś, kto ją wykopie.
Jak sprawny pointylista, Šulik szybkimi machnięciami pędzla nakłada na ekran
drobinki czystych, jaskrawo odmiennych kolorów, by otrzymać harmonijną
mozaikę o zamierzonej dominancie barwnej. Czy mu się to udaje? Różnie. Pewne
dziwaczne kadry czynią wrażenie, że wynikły z niepowiązanych obserwacji
zapisanych w intymnym dzienniczku na wszelki wypadek, "bo to da się może
kiedyś wsadzić do filmu". Wystarcza czasem sam ich walor wewnętrzny, ich
urok sam w sobie. Ale widz może się dąsać, że te po eisensteinowsku
pojmowane "atrakcje" mogłyby być ułożone w zgoła odmiennej kolejności.
Przyznajmy: Šulikowa stylistyka lepiej się sprawdza w "Orbis Pictus", gdzie
"wymalowany świat" można skomponować dość dowolnie z surrealnych wizji.
Natomiast "Pejzaż" akceptuje pewien narzucony z zewnątrz porządek. Jest nim
historia Słowacji 1920-1970. Powraca tu reżyser do metody rozpracowanej w
swym drugim filmie fabularnym "Wszystko, co lubię" (1992), gdzie perypetie
niekonsekwentnego rozwodnika rozbite zostały aż na 19 osobnych epizodów.
Obecność najkrótszego z nich tłumaczyła się jedynie tym, że bohater,
wjechawszy na górkę, dojrzał w dole start jakiegoś fantazyjnie wymalowanego
balonu. I tyle. Otóż przy propozycji historiozoficznej taka metoda źle się
sprawdza.
Oczywiście w historię dowolnego kraju da się wpisać makabreskę o
pijaku-motocykliście, który się wywalił w marynarce założonej tył na przód i
któremu policja ukręca łeb sądząc, że przywraca jego normalne położenie. Ale
jeśli ten sam "Pejzaż" przytacza komunikat radiowy: "Dziś, 21 sierpnia 1968,
Armia Czerwona i wojska czterech innych państw zdradziecko wtargnęły na
nasze terytorium" - to na współistnienie w tym samym filmie dwóch tak
różnych jakościowo elementów trzeba mozolnie zapracować.
W "Pejzażu", najsłabszym filmie trylogii, tego mozołu jest jawnie za mało.
Pewne sceny, mające symbolizować doniosłe wydarzenia historyczne, wypadają
blado. Na przykład zagłada Żydów słowackich zamarkowana pojawieniem się na
cmentarzu ducha lekarza zagazowanego w Oświęcimiu. Albo wkroczenie
"armii-wyzwolicielki" w 1944, ograniczone do scenki "dawaj czasy!" W
porównaniu z tymi plakatowymi wątkami większe wrażenie robi ponadczasowa
sekwencja spotkania po półwieczu dwóch szkolnych koleżanek: pracowicie
taszczą drabinę pod wiejską lipę, by zobaczyć wyryte tam niegdyś na korze
inicjały (Šulik nie byłby sobą, gdyby im owe inicjały odnaleźć pozwolił;
drzewo dawno wycięto i posadzono w tym miejscu inne).
Z poetów ekranu Šulik najbardziej przypomina mi Felliniego i Angelopoulosa.
Może mniej niż u Greka znajdujemy u Słowaka starań o perfekcję aktorską. Ale
wspólne trójcy autorów jest przekonanie, że poezji w kinie nie tworzy się
kwiecistym dialogiem, tylko fascynowaniem widza obrazami. Nie jest
przypadkiem, że reżyser nie wypromował jakiejś własnej, powtarzającej się z
filmu na film ekipy aktorów, natomiast związał się na stałe z tym samym
operatorem Martinem Štrbą (zresztą wychowankiem praskiej szkoły filmowej
FAMU). Jego kamera, kochająca plener, jest niezawodna, gdy można pokazać
krowę szybującą w niebie (na dźwigu) lub gniazdo jaskółek zalęgłych w
sypialni.
Zobaczmy filmy Šulika. Warto. Zwłaszcza by przypomnieć sobie, że kino
światowe potrafi odpowiadać na inne potrzeby widza niż informowanie go "co
się następnie przytrafiło".
Ogród (Zahrada), Słowacja-Francja 1995
Orbis Pictus (Orbis Pictus), Słowacja 1997
Pejzaż (Krajinka), Słowacja-Czechy 2000
Reżyseria Martin Šulik. Dystrybucja Gutek Film. |
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|