| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Wspólny gest(1087 słów w tym tekście) (1320 ) 
KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
autor: Łukasz Maciejewski
75 lat Kazimierza Kutza
Utrwalony w pamięci obraz bliskiego człowieka z reguły nie
jest syntezą jego osobowości. Nawet jeżeli obcowaliśmy z kimś
przez wiele lat, jedna cecha, jeden gest bierze górę,
pozostaje czymś na kształt symbolu.
Kazimierz Kutz w "Portretach godziwych" z literacką swadą i
dowcipem wspomina swoich śląskich kamratów, wspomina
przyjaciół - Kalinę Jędrusik, Tadeusza Łomnickiego,
Stanisława Dygata, tych, którzy "wyrastali ponad przeciętność
i pozostawili po sobie trwały ślad." Wspólnym gestem
"portretów trumiennych" Kutza jest przyzwoitość.
1.
Słownikowo-gramatyczne akrobacje wokół przyzwoitości
(przyzwoitość - nieprzyzwoitość) mają w tle przewrotny
chichot natury, która ukształtowała nas sekwencjami bardziej
złożonymi niż gramatyka. Wobec mieszania się w każdej z
opisanych przez Kutza postaci pierwiastków dobra i zła,
filtrowanych przez epokę, w której żyły, odmienianych przez
przypadki losu, chichot natury okazuje się na koniec
chichotem losu.
Anatomopatolog po śmierci konkretnej osoby (pacjenta)
dochodzi przyczyny zgonu, klasyfikuje przebieg, ale nie
dostrzega, nie może dostrzec śmierci, widzi tylko martwe
ciało. Fotograf wykonujący serię zdjęć zmarłego chwyta życie
z pozycji śmierci, ale śmierci nie potrafi sfotografować.
Czym jest wobec tego śmierć widziana oczyma życia? Jest także
sumą jednej skonkretyzowanej egzystencji, która przynależy do
"drugiego brzegu" we wspomnieniu innej osoby, dla której
perspektywa dwóch brzegów jest jeszcze odległa.
We wcześniejszych, wydanych przez ZNAK na siedemdziesiąte
urodziny reżysera "Klapsach i ścinkach" Kutz nie oszczędzał
swoich bohaterów, nie skąpiąc czytelnikom niedyskrecji,
złośliwości, ironii ostrej jak brzytwa. Bohaterów "Portretów
godziwych" traktuje inaczej. Z każdej strony opowieści o
Zbigniewie Cybulskim, Tadeuszu Łomnickiem czy Jerzym Ziętku
przebija szacunek, czułość. Ta sama, o którą tak przejmująco
pytał Herbert w "Epilogu burzy": Cóż "ja czułości w końcu
począć mam." Czułość nie licząca na pochwały i nagrody.
Bezinteresowna.
2.
Pierwsze opisane w tomie zawodowe wspomnienia Kutza dotyczą
jego pracy jako asystenta reżysera nad "Pokoleniem" Andrzeja
Wajdy (1955). W "Pokoleniu" grali Tadeusz Łomnicki i Zbigniew
Cybulski. Im właśnie poświęca Kutz najpiękniejsze rozdziały
książki. O Łomnickim-artyście pisze z uwielbieniem ("zachwyt
sparaliżował mnie"), o powikłanych losach przyjaźni z
Łomnickim-człowiekiem szczerze i bezkompromisowo. Zbigniew
Cybulski w portrecie Kutza ma nieoczekiwany, sowizdrzalski
urok, staje się bohaterem wyjętym z "Testamentu" Villona -
wiecznym trubadurem, z niezaspokojonym nigdy apetytem na
życie, który we wspólnym mianowniku łączył patriotyzm, wiarę
w Boga, wiarę w dziewczyny, w alkohol i "takie moje
wędrowanie" Stachury. Cybulski wspominany przez Kutza bywał
nieznośny, po artystowsku uroczy, trudny we współpracy, ale
kiedy wkraczał na plan filmowy, często pod szantażem - "wtedy
stawał się cud."
Kreśląc odkrywczy konterfekt Zbigniewa Cybulskiego,
wspominając słynnych Ślązaków: Wojciecha Korfantego,
legendarnego wojewodę katowickiego Jerzego Ziętka czy pisząc
o skomplikowanej przyjaźni z Tadeuszem Łomnickim, o
niezwykłym mieszkaniu Dygatów, w którym późniejszy autor
"Perły w koronie" "dojrzewał na parapecie jak pomidor", jest
Kutz jednocześnie psychologiem, reżyserem, przyjacielem,
świadkiem. "Niewiele osób zauważyło, że siłą motoryczną
Zbyszka był lęk" - o Cybulskim; "niosło go w genialność, a
więc w ten rodzaj ekspresji, którą czasem udaje się nam
wyobrazić, bo empirycznie możliwa nie jest" - o Łomnicki;
"był meteorytem i samosiejką jednocześnie" - o Ziętku.
3.
Na początku studiów filmoznawczych, poznając dopiero Kraków,
przecierałem dziennikarskie szlaki. Jednym z moich pierwszych
zawodowych zadań było napisanie relacji z planu realizowanego
wówczas pod Krakowem telewizyjnego serialu w reżyserii
Kazimierza Kutza, "Sława i chwała" wg powieści Jarosława
Iwaszkiewicza. Na plan jechałem z duszą na ramieniu. Kutza
podziwiałem, a prozę Iwaszkiewicza kochałem pensjonarską
miłością. Wielkie było zatem zaskoczenie, kiedy na miejscu
okazało się, że zamiast dusznej atmosfery egzystencjalnych
otchłani i finezyjnych kadencji, którymi szafowały wszystkie
Iwaszkiewiczowskie "Panny z Wilka" (chłopcy z Wilka także!),
zobaczyłem reżysera, który ponad pełną paradoksów
znaczeniowych prozę Iwaszkiewicza przedkładał łacinę. Z
cudzysłowem. Byłem niemal przerażony - wyrazy uznawane
powszechnie za obyczajne, jeśli w ogóle się w języku Kutza
pojawiały, to tylko jako przecinki. "On tak zawsze" - mówił
grający Janusza Myszyńskiego Jan Frycz. Z każdą godziną
odkrywałem jednak z tym samym zdumieniem, że "łacina" Kutza
bywa poezją, którą uwielbiają nie tylko pracujący z nim
aktorzy. Że sam Kutz jest poezją wcieloną, tyle że
mieszkającą wśród językowych chwastów.
W "Portretach godziwych", z szacunku autora dla słowa
pisanego, żadnych językowych nieobyczajności nie znajdziemy.
Są jednak dosadności zawoalowane, słynne Kutzowskie frazy:
"są kobiety tak piękne, że wzwód staje się niestosownością;
Kalina nigdy nie robiła wrażenia, by kiedykolwiek mogła być
dziewicą; był (Dygat) wczepiony w życie jak kleszcz w koński
tyłek."
4.
Przyzwoici bohaterowie Kutza żyli, pracowali jakby poza
czasem, chociaż bardzo konkretny czas najmocniej zaważył na
ich często tragicznych biografiach. Kutz - nie pierwszy, nie
jedyny - pokazuje, że w PRL-u żyło się równolegle w cieniu
systemu i poza nim. System stanowił lustro - przeglądająca
się w lustrze twarz artysty, człowieka uczciwego, pozostawała
niezmienna, za to odbicie płaciło polityczne serwituty.
Odmieniana przez wszystkie przypadki przyzwoitość była
ułomna, jak bohaterowie "Portretów godziwych" bywali ułomni,
ale tylko takie człowieczeństwo - ułomne, a zatem prawdziwe -
interesuje Kazimierza Kutza - reżysera, polityka, pisarza.
Równoprawnym bohaterem "Portretów godziwych" jest bowiem czas
odnaleziony dzięki ponawianemu ciągle od nowa wysiłkowi
pamięci, która chce być sprawiedliwa i dostrzega fenomen
dobra dojrzewającego w kokonie zła. Odpominana we wspomnieniu
Zbyszka Cybulskiego młodość Kutza, przyjaźnie, ludzie żywi i
umarli, niezagojone nigdy rany (rozstanie z Dygatem), radości
blednące z każdym dniem albo przeciwnie - rosnące,
pęczniejące z latami. W "Portretach godziwych" na tych samych
prawach funkcjonują dwa czasy. Prawowity - posuwający się do
przodu w rytm zrywanych z kalendarza stron, i biegnący w
drugą stronę, w stronę cofających się filmowych stopklatek
prawdziwych życiorysów. Oba te czasy przenikają się u Kutza,
ukazując wielopłaszczyznową przestrzeń, na której bliskim
planie wspaniały scenograf, Marian Kołodziej, powraca do
oświęcimskiej traumy, na dalekim zaś mały Kazio kopie piłkę w
Szopienicach razem z Januszem Sidłą, który za chwilę stanie
się wybitnym sportowcem, wizytówką i chlubą Śląska.
Teraźniejszość bije ciągle u Kutza pulsem przeszłości,
rozświetla jej obraz, który dla wielu, ciągle zbyt wielu,
kojarzy się tylko z mrokiem.
5.
"Portety godziwe" są przy tym opowieścią o samym Kazimierzu
Kutzu, o powołaniu reżysera, o warszawskiej inteligencji,
ustawicznym niepokoju umysłu i serca - niepokoju, dodajmy,
bardzo wrażliwym na kobiece powaby.
Szczególnie bliski Kazimierzowi Kutzowi Stendahl notował w
1818 roku w "Dzienniku": "mogę udawać wesołość, kiedy jestem
wśród ludzi; ale gdy jestem sam, nie potrafię". Kutz (w
rozmowie z Danutą Lubiną-Cipińską) mówił: "Stendahl nauczył
mnie, jak sobie urządzić życie, by ono miało smak, by się nie
nudzić. Stendahl w tej samej notce: mój smutek musiałby
znudzić."
Chociaż siedemdziesięciopięcioletni dziś Kutz bywa smutny,
nie chce i nie lubi nudzić. Nie nudzi także czytelników,
widzów. "Moje śląskie filmy" - pisze na str. 122 - "to moje
sny ku pokrzepieniu mego skołatanego serca i serc moich
ziomków, zrobione, aby sobie i im przypomnieć naszą
przeszłość, z której należy czerpać siłę do przetrwania i
zwyczajne poczucie godności."
Kazimierz Kutz, Portrety godziwe. Wybór i opracowanie Jan
F. Lewandowski. Znak, Kraków 2004
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|