| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Kino czasów migracji(2365 słów w tym tekście) (1732 ) 
KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
autor: Jerzy Płażewski
Tegoroczne Berlinale miało wyraźną dominantę. Nie była
dziełem przypadku, lecz wynikiem tendencji rozwojowych
naszego świata, w którym coraz bardziej zacierają się granice
między państwami, religiami, kulturami i tradycjami.
Powiedziałbym, że Berlinale 2004 okazało się globalistyczne.
Zgodność z tą tendencją przyczyniła się niewątpliwie do
zdobycia pierwszej nagrody festiwalu przez "Głową o mur"
(Gegen die Wand), film gospodarzy, zrealizowany przez Fatiha
Akina. Prawdę mówiąc, film jest niemiecko-turecki, gdyż
zrobiony przez Turka, ale urodzonego przed 30 laty w
Hamburgu. I mówi o dwojgu mieszkających w Niemczech Turkach,
którzy w poszukiwaniu większego marginesu wolności zawierają
białe małżeństwo. Gdy się w końcu niespodziewanie w sobie
zakochują, jest, niestety, za późno. On idzie do więzienia,
ona, choć przyrzekła wiernie czekać, wyjeżdża realizować
zdobytą wolność - do Turcji.
Może jeszcze bardziej znamienna od samego filmu była
konferencja prasowa Akina. Któryś z niemieckich krytyków
określił "Głową o mur" jako "film o gastarbeiterach."
Wywołało to burzliwą reakcję reżysera: "To określenie
nacjonalistyczne! A przynajmniej - mocno spóźnione!" Nie szło
mu, jak wyjaśniał, o rejestrację zjawiska przejściowego, z
którym mamy (coraz rzadziej) do czynienia, gdy ktoś jedzie
dorywczo za granicę, by otynkować jakiś dom albo nazbierać
parę koszy winogron. "Jestem Turkiem - deklarował reżyser - i
obywatelem Niemiec. To jest mój kraj. Na mnie i takich jak ja
patrzy się z dwóch punktów widzenia. Niemców z Niemiec,
Turków z Turcji, ale jest też trzecie spojrzenie: nas na
samych siebie, szukających jeszcze nie do końca uświadomionej
tożsamości."
Ten temat zaczął się z wielką siłą narzucać. I bynajmniej nie
tyko w relacji Niemcy - Turcy. Kilka lat temu pisałem, że
powstał cały nurt filmów o podróżowaniu, o przemieszczaniu
się z kraju do kraju. Było to związane z upadkiem komunizmu,
ostatniego z wielkich systemów, który stawiał wysokie bariery
dla wędrówek za granicę.
Filmy, które nagłośniło tegoroczne Berlinale, idą jednak
dalej, gdyż i świat idzie naprzód. Jeżeli, jak słychać, co
trzeci informatyk amerykański jest Hindusem, jeśli Rosjanie
sprawdzają się jako bankowcy na Cyprze, a w Hollywood
rozchwytywani są polscy operatorzy, to takie trwałe
przemieszczanie się mieszkańców świata rodzi nowe, nieznane
dotąd pytania. Takie, które lubią stawiać artyści. Po 1 maja
tego roku tych pytań w unifikowanej Europie będzie jeszcze
więcej.
Naturalnie emigracja nie jest pojęciem nowym. Ale XIX-wieczni
emigranci "za chlebem" byli niemal wyłącznie niepiśmienni i
osiedlali się zwykle w USA, Kanadzie, Brazylii, krajach w
rozruchu, bez głębszych własnych tradycji. Nie było masowej
emigracji do Niemiec, Holandii czy Szwecji. Krąg problemów
był więc ograniczony. Przestrzennie i ideowo. Natomiast w
naszym elektronicznym, multimedialnym świecie, gdzie nic nie
jest "daleko" i nic nie jest "zakazane", wszystko trzeba
przemyśleć od nowa. Tu chodzi z jednej strony o owych
przemieszczonych, którzy muszą od początku zdefiniować swój
stosunek do starej ojczyzny, jej historii, jej tradycji i
obyczaju oraz swój stosunek do nowego otoczenia, w które
powinni wnosić własne wartości.
Można stwierdzić lekceważąco, że ci przemieszczeni to, mimo
wszystko, jakaś ograniczona mniejszość. Ale zjawisko
niepomiernie się rozrasta, gdy dodać otoczenie, w którym
instalują się nowoprzybyli. Nie tylko przybysze wobec
tuziemców, ale i tuziemcy wobec przybyszów muszą wypracować
jakieś formy zachowań. Konfrontacje kultur, religii,
obyczajów mogą przynieść szkodliwe ujednolicenie świata albo
odwrotnie, trwałe wzbogacenie go o wartości cenne, dotąd
tylko lokalne. Warunkiem wstępnym, jak zdają się zakładać
wszyscy twórcy filmów z Berlinale, jest tolerancja. Wzmożona
dawka tolerancji.
"Ae Fond Kiss" (Przyjazny pocałunek), tytuł nowego filmu Kena
Loacha, jest zarazem tytułem pieśni szkockiej, nielubianej
przez Kościół, bo jej twórca nie był ponoć człowiekiem o
nieskazitelnej moralności. Upodobanie do tej pieśni kosztować
będzie blondwłosą Roisin posadę organistki i nauczycielki
muzyki w szkole katolickiej. Nie jest to powód jedyny. Roisin
zakochała się w bracie swej uczennicy, pakistańskim
muzułmaninie, Casimie. Film Loacha, powszechnie typowany na
pierwszą nagrodę, jest filmem tendencyjnym. Po socrealizmie
na dźwięk słowa "tendencyjność" dostaję gęsiej skórki. Ale
tendencyjność Loacha do mnie przemawia, bo swe ostentacyjnie
wyrażone stanowisko ubiera w argumenty aż do bólu rzetelne,
dygocące prawdą. Żeby zademonstrować tor przeszkód
spiętrzonych przeciwko miłości Roisin i Casima, reżyser musi
naturalnie wymienić także rozliczne obiekcje
fundamentalistycznej rodziny pakistańskiej. Wynikają one
zarówno z kanonów wiary, jak przede wszystkim z archaicznych
przesądów obyczajowych. Sprawiedliwość każe Loachowi dodać,
że i "nasza" strona kościelna, choć światowa i cywilizowana,
wcale od porywów fanatyzmu nie jest wolna. Bardzo dobrze, że
w braku Złotego Niedźwiedzia, znalazła się dla "Ae Fond Kiss"
katolicko-protestancka Nagroda Ekumeniczna.
Gdyby filmy o wątkach globalistycznych zgrupować według
ostrości przedstawionych konfliktów, to na czoło wysunąć by
trzeba chorwackich "Świadków" (Svjedoci) Vinko Brešana,
jedyny w konkursie film z krajów postkomunistycznych. W 1992
roku, w niewielkim Karlovacu, na tyłach frontu
chorwacko-serbskiego, kilku żołnierzy szturmowego batalionu
na własną rękę włamuje się do jakoby pustego mieszkania
miejscowego handlarza, Serba. Ale Serb jest w mieszkaniu i
zaskoczeni włamywacze zabijają go w drzwiach. Zostaje jednak
świadek mordu. Sprawcy słusznie uważają, że chorwacki sąd nie
będzie nadmiernie gorliwy w wyjaśnianiu okoliczności śmierci
Serba. Wolą jednak nie narażać się na proces i świadka
postanawiają również uśmiercić. To jedenastoletnia córeczka
zamordowanego.
Film ma precyzyjnie obmyśloną dramaturgię. Historia nie
została opowiedziana chronologicznie, co odebrałoby jej wiele
napięcia. Pewne sceny nie tylko się powtarzają, ale pojawiają
wręcz po raz trzeci i czwarty! Za każdym razem autor
wprowadza jednak inny punkt widzenia. Powtórzenia pozwalają
uświadomić, jak się do tych samych faktów odnoszą kolejni
bohaterowie. Mądry finał znajduje wyjście z pozornie
beznadziejnej sytuacji i ma ważki sens pozafabularny. Te dwa
narody nadal będą żyć obok siebie. Są sąsiadami. I muszą
wypracować formy współistnienia, w barwach tolerancji.
O potrzebie współistnienia mogło powstać inne wybitne dzieło.
Okazję zaprzepaścił John Boorman; jego "Kraj mojej czaszki"
(Country of My Skull) ma za temat następstwa zniesienia
apartheidu w Afryce Południowej. Zaraz po dojściu do władzy
Mandeli powołano tam komisję do zbadania przerażających
zbrodni białego reżimu. Kierowana przez czarnoskórego biskupa
i wędrująca po kraju komisja nosiła znamienną nazwę: Prawdy i
Pojednania. Biali i czarni nadal żyć muszą na tej samej
ziemi, warto więc zacząć od zera. Przyjęte rozwiązanie wydaje
mi się zainspirowane filozofią Gandhiego, który zasady swej
satjagrahy, walki bez gwałtu, sformułował właśnie jako
emigrant w Afryce Południowej.
Był to więc wspaniały temat dla filmu dokumentalnego. Ale
Boorman wybrał fabułę opartą na autobiograficznej powieści
Antjie Krog i zrobił film porażająco schematyczny. Nie mam
wątpliwości co do cytowanych faktów: masowych grobów,
ekshumacji, kompromitujących dokumentów, spazmów rozpaczy.
Ale kiedy Boorman odwołuje się do kiepskich wzorów
hollywoodzkiej fabuły, to wiarygodność takiej relacji wali
się w gruzy.
Werdykt tegorocznego jury pod wodzą Frances McDormand pominął
wszystkich faworytów o znanych nazwiskach, ale aż dwie
nagrody, drugą ("Wielką") i aktorską (dla Daniela Hendlera)
przyznał "Utraconemu uściskowi" (El abrazo partido)
Argentyńczyka Daniela Burmana. Choć film zaczyna się i kończy
w handlowej dzielnicy Buenos Aires, temat rozpięty jest
między Argentyną, Izraelem i... Polską (jedna z sekwencji
zatytułowana jest wręcz "Być Polakiem"). Młody Ariel marzy o
wydostaniu się w świat, zwłaszcza do Europy. Może mu w tym
pomóc polski paszport, wyrobiony na podstawie papierów jego
dziadków, którzy przed wojną z Polski wyemigrowali. Naszemu
konsulowi Ariel wymienia nawet znanych Polaków: Wałęsę,
Kopernika i Jana Pawła. Ciekawy jest ów wizerunek wchodzącego
w życie młodego człowieka, który nie waha się zrezygnować z
części swej indywidualnej suwerenności narodowej, by okazać
gotowość większego otwarcia na świat.
Inny typ otwarcia ucieleśnia bohaterka
amerykańsko-kolumbijskiego filmu Joshuy Marstona "Maria,
łaski pełna" (Maria, Llena eres de gracia). Zbuntowana
robotnica plantacji róż, pracująca przy obieraniu kolców z
eksportowanych kwiatów, jedzie szukać szczęścia w stolicy.
Tam trafia na lukratywną propozycję. Jako tzw. "muł" musi
połknąć kilkadziesiąt kapsuł z kokainą i przemycić je do USA.
Taki "owoc żywota twojego" jest starannie poszukiwany przez
amerykańskie kontrole graniczne ("A skąd pani miała pieniądze
na bilet?"). Ale Maria jest w ciąży, a kobiet ciężarnych
policja nie prześwietla rentgenem. Nagrodzona za rolę
Catalina Sandino Moreno dobrze łączy parafiańskość z
rezolutnością. Wierzymy, że da sobie radę w życiu.
Problem świadomości narodowej niebanalnie postawiony został
przez Norwega Hansa Pettera Molanda w "Pięknym kraju"
(Beautiful Country), opartym na pomyśle Terrence'a Malicka.
Binh jest synem Wietnamki i amerykańskiego żołnierza, po
którym ślad zaginął. Takie dzieci otoczone są w Wietnamie
pogardą. Matka nie widzi dlań innej rady niż szukanie ojca w
Ameryce; nielegalna podróż wydaje się zadaniem niemal ponad
siły (dopiero po całej serii przygód, już w USA, Binh
dowiaduje się, że jako syn żołnierza miał prawo do legalnego
i bezpłatnego biletu!). W porównaniu ze znanym w Polsce,
poprzednim filmem Molanda "Aberdeen", ten razi nalotami
czułostkowości (odnaleziony wreszcie ojciec w wykonaniu Nicka
Nolte okazuje się inwalidą oślepionym wybuchem pocisku). Ale
decyzje Bihna są mimo wszystko decyzjami charakterystycznymi
dla naszego przełomu wieków.
Mówimy o przenoszeniu lokalnych imperatywów obyczajowych do
skarbnicy wartości ogólnoludzkich - ale, Boże broń, aby tak
się stało z normami etycznymi ukazanymi w filmie
"Samarytanka" (Samaria), skandalizującego Koreańczyka, Kim
Ki-Duka. Dwie gimnazjalistki, opętane ideą wyjazdu do Europy,
zbierają na bilety w ten sposób, że jedna puszcza się na
prawo i lewo, a druga komputerowo werbuje jej klientów. Kiedy
interweniuje policja, młodociana prostytutka wybiera śmierć
skacząc z okna. Po czym honor (?) każe jej koleżance
przesypiać się ze wszystkimi klientami nieżyjącej i zwracać
im pieniądze. Trudno powiedzieć czy w Korei prostytucja
uczennic jest czymś częstym i banalnym, czy wyjątkowym i
haniebnym, domagającym się tak skomplikowanej ekspiacji. Czy
tytułowe odniesienie do Biblii jest sarkazmem, czy znakiem
łaski. Odpuszczam jury nagrodzenie "Samarytanki" za
reżyserię, albowiem nie wiedziało, co czyni.
Rozumiem natomiast Nagrodę Publiczności, która uwieńczyła
belgijski melodramat "25 stopni w zimie" (25 degrés en hiver)
debiutanta Stephane Vuilleta. Tonacja filmu Vuilleta jest
pogodna. Śmiejemy się często, a happy end, choć trudny, nie
wydaje się sztucznie doczepiony. Na brukselskim lotnisku
karetka przewożąca wyrzucanych z kraju nielegalnych
imigrantów zostaje zaatakowana przez przeciwników policyjnych
represji. Uwolniona Ukrainka, Sonia (grana przez piękną, dla
odmiany jednak Litwinkę Ingeborgę Dapkunaite) trafia do
samochodu biura podróży, którym Hiszpan Miguel rozwozi bilety
ważnym klientom. Sonia, nauczycielka z Odessy, przyjechała
szukać męża, z którym nie ma od dawna kontaktu, zaś żona
Miguela wyjechała do Nowego Jorku i nie interesuje się mężem
i córeczką. Ta ostatnia notuje w dzienniczku przebieg
wydarzeń: "Sonia jest emigrantką i szuka jej policja. Moja
babcia też jest emigrantką, ale policja jej nie szuka.
Dlaczego?" Właśnie, dlaczego? W miarę jak stopniowo zaczną
zanikać granice, małe dziewczynki coraz rzadziej będą musiały
zadawać takie pytania.
Trylogia, którą zamierzył wielki Theo Angelopoulos,
rozpoczęta "Płaczącymi łąkami" (Trilogia: to livadi pou
dakrisi), traktuje o Grecji i Grekach XX wieku. Zaczyna się
także od migracji. W 1919 r. po wkroczeniu Armii Czerwonej do
Odessy, do kraju wraca cała kolonia Greków, mieszkających od
pokoleń na Ukrainie. Tragiczny epos (akcja obejmuje pierwsze
30 lat), ma być wielką syntezą losów narodu. Monumentalna
fotografia Andreasa Sinanosa i rozległość zamysłu każe
traktować film z pełnym szacunkiem. A jednak przyznać się
muszę do rozczarowania. Losy indywidualnych bohaterów są
jedynie pretekstem, by użalać się nad klęskami kraju, każdy
obraz ma być symbolem, a nawet Symbolem, co niestety odbiera
sytuacjom potoczną wiarygodność.
Ukoronowaniem tematyki globalistycznej okazało się "Przed
zachodem słońca" (Before Sunset) Richarda Linklatera.
Obawiałem się tego filmu, gdyż jest dalszym ciągiem
wspaniałego "Przed wschodem słońca", a kontynuacje,
odwołujące się do dawnego sukcesu, rzadko się udają.
Tymczasem Linklater przywiózł najlepszy film festiwalu.
Pamiętamy poprzedni: w ekspresie z Budapesztu spotyka się
młoda para, Francuzka i Amerykanin, wysiadają w Wiedniu i
zafascynowani sobą spacerują całą noc, obiecując spotkać się
tam za pół roku. Nowy film rozgrywa się 7 lat później.
Amerykanin, już wzięty pisarz, objeżdża Europę promując swój
bestseller i nieoczekiwanie w Paryżu spotyka wiedeńską
znajomą. Ma jeszcze półtorej godziny do odlotu. Oglądamy jak
oboje przez te półtorej godziny spacerują ulicami Paryża. Nic
więcej. Być może byli dla siebie stworzeni. Ale, sorry,
trzeba się rozstać. Na tym polega wielkie kino: nic się niby
nie stało, a my siedzimy wrośnięci w fotele, urzeczeni,
wzruszeni, przejęci.
Do szczytowych momentów festiwalu zaliczam też skromny
(poprzedzony certyfikatem ascetycznej Dogmy) dramat Dunki
Anette K. Olesen "W twoich rękach" (Forbrydelser), którego
bohaterka przyjmuje funkcję kapelana w więzieniu kobiecym.
Jest dość nietypowym duchownym ("Nie cierpię samego słowa
kazanie"), a jej wiara dozna głębokich przeobrażeń w wyniku
spotkania z więźniarką, posiadającą jakoby moc
nadprzyrodzoną. Surowe reguły Dogmy, dość skrupulatnie
przestrzegane przez Olesen, dobrze pasują do wyciszonego
konfliktu wewnętrznego, skupionego na metafizycznych wyborach
bohaterki (wycieniowana rola Ann Jörgensen; główną rolę męską
gra aktor o nazwisku Nikolaj Kopernikus...).
Zespołowo najlepsi okazali się Francuzi. To nie były
arcydzieła, ale trzy propozycje o wyrównanej, wysokiej
jakości. 84-letni Eric Rohmer zaskoczył filmem "Potrójny
agent" (Triple agent), pozornie "szpiegowskim", w
rzeczywistości - wyrafinowaną psychologicznie próbą
rozszyfrowania nigdy nie wyjaśnionej zagadki politycznej,
związanej z sytuacją białogwardzistów w Paryżu i w
konsekwencji odnoszącej się do morderczego paktu
Ribbentrop-Mołotow. "Zwierzenia zbyt intymne" (Confidences
trop intimes) Patrice Leconte'a to błyskotliwa komedia
sytuacyjna, w której niezaspokojona zmysłowo małżonka myli
drzwi i zwraca się o pomoc nie do psychiatry, tylko do
doradcy podatkowego (ujmujące kreacje Sandrine Bonnaire i
Fabrice Luchiniego). Wreszcie "Czerwone światła" (Feux
rouges) Cédrika Kahna kapitalnie ukazują sprzeczkę, jaka
wybucha między małżeństwem uwięzionym na zakorkowanej
autostradzie.
Nie popisali się licznie obecni Amerykanie. Na poważną uwagę
zasługuje tylko "Potwór" (Monster) Patty Jenkins z Charlize
Theron, która otrzymała nagrodę aktorską. Gra postać
autentyczną: sfatygowanej prostytutki gnębionej przez życie,
szukającej uczuciowego spełnienia w ramionach atrakcyjnej
przyjaciółki. Kiedy przygodny klient na pustej szosie próbuje
ją uśmiercić, Aileen zabija go w obronie własnej. To,
niestety, nie koniec, tylko dopiero początek: Aileen odkrywa
rozkosz mordowania. Wszystko to zdarzyło się podobno w
rzeczywistości, ale czy warto było poświęcać Aileen film?
Skazana na śmierć spędzić musiała 12 lat w celi śmierci,
zanim wreszcie posadzono ją na krześle elektrycznym. Ale to
już temat na inne opowiadanie.
Nagrody 54. MFF w Berlinie
Złoty Niedźwiedź: GEGEN DIE WAND (Głową w mur), reż. Fatih
Akin, Niemcy
Grand Prix Jury - Srebrny Niedźwiedź: EL ABRAZO PARTIDO
(Utracony uścisk), reż. Daniel Burman, Argentyna
Srebrny Niedźwiedź za reżyserię: KIM KI-DUK za film "Samaria"
(Samarytanka), Korea Płd.
Srebrny Niedźwiedź za rolę żeńską: CATALINA SANDINO MORENO w
filmie "Maria, llena eres de gracia" (Maria łaski pełna),
reż. Joshua Marston, Kolumbia ex aequo CHARLIZE THERON w
filmie "Monster", reż. Patty Jenkins, USA
Srebrny Niedźwiedź za rolę męską: DANIEL BURMAN w filmie "El
abrazo partido"
Srebrny Niedźwiedź za wkład artystyczny: zespół aktorski
filmu "Om jag vander mig om" (Świt), reż. Björn Runge,
Szwecja
Srebrny Niedźwiedź za muzykę: BANDA OSIRIS za film "Primo
amore" (Pierwsza miłość), reż. Matteo Garrone, Włochy
Nagroda dla najlepszego filmu europejskiego: OM JAG VÄNDER
MIG OM
Nagroda Alfreda Bauera: MARIA, LLENA ERES DE GRACIA
Filmy krótkometrażowe:
Złoty Niedźwiedź: UN CARTUS DE KENT SI UN PACHET DE CAFEA
(Kawa i papierosy) reż. Cristi Puiu, Rumunia
Srebrny Niedźwiedź: VET! (Wspaniale!) reż. Karin Junger i
Brigit Hillenius, Holandia
Nagroda Jury Ekumenicznego: AE FOND KISS (Przyjazny
pocałunek), reż. Ken Loach, Wlk. Brytania
Nagroda FIPRESCI: GEGEN DIE WAND |
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|