Witamy w Szkola Reklamy, WSR
  » Strona główna / » KONTAKT / » REKRUTACJA / » Forum / » Artykuły / » Kursy Foto / » Szkoła Wizażu
 Nawigacja
Strona główna
Kontakt
 » O SZKOLE
Program
Ludzie
Struktura
Wyposażenie
Partnerzy i Patroni
Więcej o szkole
 » PRACE SŁUCHACZY
Galeria WSR
Strony słuchaczy
Fotolab
Galeria Witraże
Dorobek
 » RÓŻNOŚCI
Encyklopedie
Linki
 » SPOŁECZNOŚĆ
Twoje konto
Wyślij newsa
Uwagi/Sugestie
Poleć nas
 Szukaj


 Logowanie
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.

Solura 2004. Swiss made

(1064 słów w tym tekście)
(1428 )   Strona gotowa do druku



KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
autor: Andrzej Gwóźdź

Kto przyjeżdża do Solury jako akredytowany dziennikarz, musi liczyć się z tym, że ominie go szereg miłych rzeczy. Jak chociażby uroczystość rozdania Szwajcarskiej Nagrody Filmowej, która od kilku lat dokładnie w samym środku imprezy rozbija Solurskie Dni Filmu na dwie części: tę przed nagrodą i tę po niej.

Całą fetę można zobaczyć wieczorem w telewizji, więc strata niewielka. Ale od tej chwili wiadomo przynajmniej, co należy oglądać, a co można pominąć. Sprawa to gardłowa dla każdego wysłannika, więc nagroda w połowie festiwalu ma swój sens i dziennikarze czekają na nią na ogół z utęsknieniem, by już potem nie oglądać wszystkiego "jak leci".

W tym roku był jeszcze przegląd kina polskiego, choć zainteresowanie nim było mniej niż przeciętne, a repertuar - mimo iż urozmaicony i przekrojowy - pozbawiony został orientacyjnego trzonu, koniecznego dla widza szwajcarskiego, który gubił się między filmami cyklu Pokolenia 2000, "Pogodą na jutro" Stuhra, "Edim" Trzaskalskiego, "Portretem podwójnym" Mariusza Fronta i "Chlebem" Grzegorza Skurskiego. Brak busoli sprawił chyba, że repertuarowo bogata propozycja rozmyła się w nawale innych imprez, a w kuluarach o polskich filmach było jak makiem zasiał.

Choć Solura nie chce być festiwalem narodowym, to jednak dawno już się takim stała, przede wszystkim dzięki prestiżowej Nagrodzie Filmowej. Zresztą "narodowy" oznacza tu zupełnie coś innego niż na przykład w naszej Gdyni. Dlatego co roku wyodrębnia się w osobny cykl koprodukcje filmowe, choć każdy niemal film powstał z pieniędzy uciułanych poza Szwajcarią, a bywa, że w retrospektywach produkcja szwajcarska pojawia się tylko jako jedna z wielu innych (jak podczas tegorocznego przeglądu twórczości aktorskiej Jeana-Luka Bideau).

W Solurze zawsze szukałem mięsistych dokumentów. Także w tym roku przynajmniej jeden zawładnął publicznością (a jury przyznało mu nagrodę w kategorii najlepszego filmu dokumentalnego): "Mais im Bundeshaus" (Kukurydza w parlamencie) Jeana-Stéphane'a Brona. Dokument, ale i coś w rodzaju politycznej komedii wymieszanej z tym, co socjologowie zwą wywiadem uczestniczącym. Autor przez rok przyglądał się pracy komisji parlamentarnej debatującej nad ustawą z zakresu technologii genetycznej. Taktownie, nieco z boku, ale z nerwem rasowego fabularzysty ujawnił w wielu odsłonach kolejne szczeble politycznego wtajemniczenia. To dokument o różnych typach ludzkich i o tym, jak te odmienne osobowości rozumieją swe polityczne powinności - poważny, a zarazem iskrzący się humorem wynikającym z perspektywy oglądu spraw poważnych: poprzez grymasy, półsłówka i półuśmiechy... Zapomina się o wielkiej polityce, bo ekran zasiedlają pełnokrwiste postaci, a nie politykierzy, czerpiący satysfakcję z bycia przed kamerą. Ale też odnosi się wrażenie, że wielka polityka nie jest dla nich jedynym sposobem na życie - mają swoje domy, zawody, gospodarstwa, i w nich tak naprawdę czują się u siebie.

Podobał mi się też "Züri Ost" Béli Batthyány'ego - film o ojcu-emigrancie i jego powrocie po prawie półwieczu na Węgry. A przy okazji świetny portret węgierskich uciekinierów 1956 roku, którzy w samym środku Zurychu stworzyli sobie węgierską enklawę, a kiedy trzeba, mobilizują się znowu, tyle że tym razem odwiedzają jednego ze swych towarzyszy na węgierskiej wsi.

Dokumentów o rodzicach było w Solurze więcej: to jakieś znamię czasu, że synowie i córki chwytają za kamery, by zapisać losy własnych rodzin i podzielić się nimi z widzami. A jest czym. Intymne zwierzenia Koreanki z Zurychu, Risy Madoerin, w filmie "Bis ans andere Ende der Welt" (Aż na inny koniec świata), odnajdującej po niemal 30 latach swego ojca Japończyka, który porzucił ją z mamą w Szwajcarii, mają coś ze szczerości rodzinnego wideo, ale podniesionego do rangi dramatu. Wiele ciepła, ale też nieco tragedii, przepracowanej w filmowy suspens.

Za to czystym, ale mimo to atrakcyjnym rekonesansem socjologicznym pozostaje "Homeland" Sabiny Gisiger. Pomysł był prosty: autorka postanowiła towarzyszyć z kamerą pięciu obcokrajowcom, których EXPO 2002 zaprosiła do odwiedzenia Szwajcarii. Znalazła się wśród nich senegalska socjolożka i indyjski pisarz, rosyjski politolog i palestyńska reżyserka, a także toksykolog z Filipin. Jak się można domyślać, każda z osób zainteresowana była zupełnie innymi sprawami - od kultury umierania w kraju dostatku, przez sposoby szwajcarskiego świętowania, po osiągnięcia na polu toksykologii. A jednak z tego podglądu wyłania się nietuzinkowy, barwny obraz kraju na swój sposób nie mniej egzotycznego niż jego odkrywcy.

Co trudno powiedzieć o fabule, skoro hitem helweckich kin 2003 okazała się komedia koszarowa "Achtung, fertig, Charlie!" ("Uwaga, gotowe, Charlie!") Mike'a Eschmanna, kasowo na łeb i szyję bijąca wszelkie inne produkcje, nominowana zresztą do Szwajcarskiej Nagrody Filmowej. Koszarowy humor i zgrabna intryga umaczana w rekruciej zgrywie dają w sumie komedię zgrabną, ale dość prostacką, o co zresztą zapewne chodziło. Armia szwajcarska to ciągle materiał na odreagowanie narodowych stresów i fobii, toteż Szwajcarzy bawią się znakomicie, a prasa, złorzecząc na wybrzydzających, z dumą donosi o "historycznym wyczynie", dzięki któremu czterokrotnie wzrósł udział rodzimej fabuły na szwajcarskim rynku filmowym!

Choć równie dobrze mir ten mógłby przypaść debiutowi fabularnemu Manuela Flurina Hendry'ego "Strähl" - sprawnie zrobionej opowieści o policjancie walczącym z zurychskim podziemiem narkotykowym, który przez nieporozumienie, a raczej intrygę, sam wpada w policyjne macki.

Do gustu przypadł mi także wyciszony film Anny Luif "Little Girl Blue", nieco rozdarta między publikę młodzieżową a dorosłą historia dwójki nastolatków, których rodzice odkryli wzajemną miłość w partnerach z drugiej rodziny. Autorka koncentruje się na psychice nastolatków, dokonuje wiwisekcji uczuć i odczuć dramatycznie przyspieszających dorastanie. Na naszych oczach beztroskie dzieci zamieniają się w przygniecionych losem dojrzałych ludzi. Skromny, mądry film, w równym stopniu wiele mówiący o dzieciach, co i ich rodzicach.

Na drugim krańcu tej skali należałoby ulokować "Hildes Reise" (Podróż Hildy) Christofa Vorstera - bolesną historię dwóch kochanków zmarłego na AIDS transwestyty, którego doczesne resztki w postaci urny z prochem stają się kartą przetargową w rozgrywce pomiędzy rodziną tytułowej Hildy a prawością jego towarzyszy. Twardy, bolesny film, wymierzający policzek ludziom, którzy za pieniądze chcieliby ocalić własne sumienie.

Toteż jak miód na wszelakie rany musiała podziałać kostiumowa opowieść Dominique de Rivaz Knecht "Mein Name ist Bach" (Nazywam się Bach) - film tyleż szwajcarski, co niemiecki - o późnym epizodzie z życia kompozytora, kiedy to w 1747 roku odwiedził Fryderyka II, stając się mimowolnym świadkiem psychicznych zawirowań pruskiego króla. Film wygrał festiwal, zapewne także dzięki interesująco poprowadzonej przez Vadima Glownę roli tytułowego bohatera. A mnie się podobał Fryderyk II Jürgena Vogla, miotający się między wielkością a podłością, ambicją a zawiścią - władca Europy przyćmiony przez geniusza muzyki! Reżyserce udała się wielka sztuka: pozbawiła kostium alibi ornamentu historii, ukazując fascynujący pojedynek dwóch osobowości. I choć widz od samego początku wie, jak rozdane są karty, z niesłabnącym zainteresowaniem śledzi ów bój dwóch gigantów epoki.

Film Rivaz Knecht przypomina bój Mozarta z Salierim z filmu Formana i wcale nie jest to porównanie na wyrost.
  

[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ]
© 2000.06.12-2008 Legion | powered by PHP Nuke
Przyjaciele: • PZSZach, Szachy • Szachy, Magazyn Szachista • Strony internetowe, druk, dtp