| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Pasja(821 słów w tym tekście) (1396 ) 
KINO, Kwiecień 2004 (4/443)
Pasja
autor: Tadeusz Sobolewski
Na górach już zielono. Po drodze z chałup wychodzą,
dołączają do pochodu. Idą, trzymając się za ręce, całymi
rodzinami, całymi wsiami. Z toreb wystają butelki, termosy.
Popijają. Słońce przygrzewa. Zbliżamy się do rotundy - przed
nami pusty, błękitny tron pod baldachimem. Na pograniczu
stojącego tłumu baba sprzedaje zdjęcia z ubiegłorocznej drogi
krzyżowej.
Ania weszła na ławkę pełną ludzi, zmieściła się, chwyciła
jedną ręką gałązki, drugą mojego ramienia. Między głowami
widać wysoką czarną czapę w kształcie bawolich rogów, obitą
aksamitem, z gwiazdą Syjonu ze szkiełek. Brodacz z rogami,
który siadł na tronie, to pewno Kajfasz. Przy nim rada
kapłańska w beduińskich zawojach. Tekst dochodzi z wiatrem:
- Podburzał lud! Śmiał się ogłosić królem żydowskim!
Wprowadzają Jezusa. Ławka zaczyna się chwiać pod ciężarem
stojących. Jezus odpowiada zduszonym głosem:
- Tyś rzekł.
Na scenę wpada Judasz:
- Zdradziłem króla świata! Sprzedałem go za te nędzne
srebrniki! - słychać brzęk rozrzucanych monet. Kajfasz
demonicznie przeciąga sylaby:
- Nie godzi nam się brać tych pieniędzy. Judaszu, nie jesteś
nam już potrzebny.
Przez tłum przechodzi fala śmiechu. Ci z ławki wołają:
- Cicho! To nie teatr! Okrzyki: do Piłata! - i scena zwija
się szybko. Tłum rusza teraz w dół, po szerokim, zielonym
stoku. Kołaczą kołatki. Wysoko idzie krzyż - to centrum
orszaku. Opieramy się pochodowi, żeby znaleźć się blisko
Jezusa. Żołnierz rzymski w mosiężnym hełmie strażackim, z
przylepionymi wąsami, w okularach motocyklowych, odpycha mnie
dzidą. Orszak dzieli od tłumu łańcuch ludzi, trzymających się
za ręce. Wielki chłop z megafonem, przewodnik misterium,
śpiewa, uspokaja tłum, wprowadza rygory, nadaje rytm.
- Ta twarz! - podaje pierwsze słowa.
Tłum podchwytuje:
- Ta twarz, gdy nas sądzić będzie - Postaw nas, Jezu, w
pierwszym rzędzie!
I znów:
- Ta twarz!
- Pasterze i króle pokłon oddali - Kiedy twarz Jezusa
oglądali!
- Ta twarz!
- Na górze Tabor się przemienił - Nad słońce jaśniejszą twarz
uczynił!
Zawodzą:
"Mój stróżu patronie,
Będę ja cię czekał przy
ostatnim zgonie,
Bo ja nie wiem, i wiedzieć
nie mogę,
Kiedy mnie Ty weźmiesz,
Kiedy mnie Ty weźmiesz,
Na daleką drogę..."
Zbiegamy z tym śpiewem po zielonym stoku. Piłat czeka na
balkonie w białej todze. Ma ze siedemnaście lat i uróżowane
policzki.
Odsyła Jezusa do Heroda.
Ciągniemy w dół aleją bukową, szeroką jak bulwar. Szumią
zeszłoroczne liście, wzbija się kurz. Kobieta idzie boso.
Zgięta w pół babcia niesie stołek rybacki. Plisowane, czarne
spódnice góralek okręcają się spiralnie. Widzę czarne
kamizelki z wysokimi, spiczastymi naramiennikami. Wyróżnia
się para młodych: on z rudą brodą, z daleka widoczny, ona
czarna, w ciemnych okularach. Filmują miniaturową kamerą.
Chyba Niemcy. I tylko oni i my z innego świata.
Kołaczą kołatki na znak, że zbliżamy się do pałacu Heroda.
Przy każdej stacji kazanie na tematy życiowe. Słuchamy o
kłótniach sąsiedzkich, o pijaństwie, o wierze w czary i
wróżby. A gdzie misterium? To, co najważniejsze, jest
nieuchwytne, przezroczyste. Jakich rewelacji się spodziewamy?
Po co przyjechaliśmy tu, do Kalwarii Zebrzydowskiej? Piękna
szukać? Sensacji? Wzruszenia? Prawdziwego społeczeństwa?
Po odegranej scenie wyszedł braciszek i rozpoczął kazanie, w
którym padło słowo: seksualny. Niemcy na to roześmieli się
głośno. Kobieta w chustce odwróciła się ku nim z gniewem, za
nią inni. Chłopak uciszał ich z góry cmokaniem. Ale w tej
samej chwili jeden chłop uderzył drugiego w pierś. To
rozładowało sytuację. Ludzie zaczęli uciszać i Niemców, i
chłopa.
Przecież mnie uderzył!
- Po coście tu przyszli?
- Ale uderzył, w pierś mnie uderzył!
- To po coście przyszli?
Na ten argument nie było odpowiedzi. Ten tłum nie ujawniał
nic groźnego. Był jak jedna, silna, spokojna osoba, które
wie, co robi. Panowała swoboda. Rozkładali się na trawie, na
drzewach. Stali na konarach buków albo leżeli wyciągnięci
wzdłuż gałęzi, jak lwy na sawannie. Albo siedzieli oparci o
pień, jak w fotelach. Powszechna była gotowość do śmiechu,
nawet podczas biczowania. Świadek opowiadał przez mikrofon
"co widziały jego oczy", a przez głośniki słychać było
uderzanie bicza "skórzanego, zakończonego żelaznymi haczykami
i kawałkami kości".
Wyprowadzono na balkon Jezusa w cierniowej koronie. Piłat
pokazał:
- Oto człowiek!
Tłum się cofnął i całe szeregi tych, co byli z tyłu,
poprzewracały się na ziemię. Wybuchały śmiechy i zawsze ktoś
uciszał tym samym argumentem:
- Po coście tu przyszli?
Braciszkowie wołali przez megafony o "nieutrudnianie pracy" i
"obyśmy szczęśliwie doprowadzili dzieło do końca". Misterium
trwało.
Był prawdziwie letni upał. Droga Krzyżowa odbywała się bez
słów. Tłum przenicowywał się polifonicznie. Zmieniały się
role. Byłem uczestnikiem i widzem na przemian. Podczas
kazania wszystko zastygało. Na głos klekotek podrywano się.
Przechodziliśmy od kazania do kazania, od stacji do stacji,
jak z klasy do klasy. Schematyczne przykłady zaczynały już
nam się mieszać i tworzyć jakby jedną opowieść o grzechu:
rodzice, którzy sami żyli w niezgodzie i buntowali przeciw
sobie dzieci, potem rozbijali ich małżeństwa, lecz gdy syn
był w więzieniu, grzeszna matka czekała na niego przed bramą.
Rodzice zestarzeli się. Teraz dzieci grzeszą. Jedno koło.
Lecz zawsze jest szansa. Każde zło można w porę powstrzymać.
Żaden upadek nie jest ostateczny.
A tymczasem zrobiło się już południe. Ludzie siedzieli na
trawie pod drzewami, dającymi słabiutki, wiosenny cień.
Kobieta poprosiła:
- Może mi pan dosięgnie gałązkę?
Skaczę i urywam młody pęd. Z takich gałązek mali chłopcy
uplatają sobie na poczekaniu cierniowe korony.
Jest Wielki Piątek, 12 kwietnia 1975. |
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|