Witamy w Szkola Reklamy, WSR
  » Strona główna / » KONTAKT / » REKRUTACJA / » Forum / » Artykuły / » Kursy Foto / » Szkoła Wizażu
 Nawigacja
Strona główna
Kontakt
 » O SZKOLE
Program
Ludzie
Struktura
Wyposażenie
Partnerzy i Patroni
Więcej o szkole
 » PRACE SŁUCHACZY
Galeria WSR
Strony słuchaczy
Fotolab
Galeria Witraże
Dorobek
 » RÓŻNOŚCI
Encyklopedie
Linki
 » SPOŁECZNOŚĆ
Twoje konto
Wyślij newsa
Uwagi/Sugestie
Poleć nas
 Szukaj


 Logowanie
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.

Ryzyko Internetu

(2135 słów w tym tekście)
(2119 )   Strona gotowa do druku



lem.onet.pl


autor: Stanisław Lem

Internet obecnie ogranicza się do języka angielskiego i tym samym (ponadto) do łacińskiego alfabetu. Taki "technogenny imperializm angielski" łączności w Internecie może mieć w niedalekiej przyszłości reperkusje jako negatywną reakcję na "wciskanie" angielskiego "na siłę".

1. Udzielając tygodnikowi "Der Spiegel" wywiadu w sprawie antymaterii (tuż po jej syntezie), powiedziałem, że antymaterii obawiam się mniej aniżeli Internatu. Wydawało mi się to trywialnie oczywiste, ponieważ prawdopodobieństwo natrafienia na biologicznie szkodliwą ilość antymaterii jest praktycznie równe zeru. Nie można jednak uznać takiej wszechsieci łączności elektronicznej, jaką stanowi Internet w obecnej fazie niemowlęcej, za równie neutralną technologię. Jest po prostu tak, zauważyłem w następnym wywiadzie dla "Spiegla", tym razem poświęconym już odpowiedzi na pytanie, jakież to ryzyka wiążące się z masowym użytkowaniem Internatu potrafię wymienić, że każda bez wyjątku nowa technologia ma awers korzyści i zarazem rewers nowych, nieznanych dotychczas bied.

2. Wydał mi się ów fakt całkowicie bezspornym: można go wszak poilustrować na dowolnie wybranych gałęziach naszego "drzewa technologicznego". Komunikacja piesza nie grozi niczym (prócz ewentualnej utraty równowagi). Jazda autem może skończyć się gorzej. Awaria samolotu, który maksymalizuje prędkość poruszania się w przestrzeni, z reguły kończy się śmiercią pasażerów. Nowoczesna chirurgia stosuje "mikrolaparotomię": przez bardzo niewielki otwór, powstający z nacięcia powłok ciała, chirurg może usunąć np. ślepą kiszkę, kamienie z woreczka żółciowego itp. Jednakowoż operacja prowadzona poprzez "bardzo mały otwór" w powłokach jamy brzusznej wymaga nowej i o wiele doskonalszej aniżeli dawniejsza orientacji i biegłości lekarskiej, toteż złe przypadki przy niedostatku owej biegłości już się zdarzały. Telefony komórkowe są znakomitym urządzeniem łączności oswobodzonej od aparatów, kablami podłączonych do sieci telefonicznej, lecz już słychać i można czytać, że częste oraz masowe używanie tych "komórkowców" nie musi być dla zdrowia użytkowników nieszkodliwe. Telewizja to bardzo cenne źródło odbioru wiadomości i wszelkiego typu filmów, lecz o jej szkodliwym często oddziaływaniu na dzieci i na młodzież dyskutuje się już masowo, i to tym energiczniej, im więcej jest w lokalnej podaży telewizorów oraz stacji nadawczych, transpondery satelitarne sprawę zaś komplikują i uwielokrotniają. I tak dalej. Toteż chociaż jużem wspomniał o zagrożeniach niesionych przez Internet, uważam, że powtarzać o nich i przestrzegać przed nimi warto, z kilku naraz powodów.

3. Po pierwsze, jak powiedziałem w kolejnym wywiadzie udzielonym Niemcom, Internet obecnie ogranicza się do języka angielskiego i tym samym (ponadto) do łacińskiego alfabetu. A co z Turkami, z Rosjanami, z Arabami, z Tajlandczykami i tak dalej - toż na kuli ziemskiej współistnieje około 4000 języków i jeżeli uznać nawet zasadnie, że 90 procent jest w użyciu w grupach egzotycznych, mało liczebnych, pozostaje istotna kwestia "anglizycyjnej tendencji", jaką niesie Internet, głównie z USA, gdzie go najwięcej: użytkowników liczy się obecnie na około czterdzieści milionów. Taki "technogenny imperializm angielski" łączności w Internecie może mieć w niedalekiej przyszłości reperkusje jako negatywną reakcję na "wciskanie" angielskiego "na siłę".

4. Po wtóre, rozmaite rodzaje usług, oferowanych poprzez Sieć, mają wielce różnorodne konsekwencje. Aczkolwiek i my w Polsce już przywykamy do tego, że w samoobsługowych sklepach sami się z półek obsługujemy, dotyczy to jedynie pewnej, żywnościowej zwłaszcza, części niezbędnych produktów. Żaden Internet nie zastąpi przymierzania butów, odzieży, bielizny i tak dalej, a jeżeli nam mówią, że jakoś zastąpi, to tym gorzej dla nabywcy (już w Rzymie mówiono "caveat emptor").

5. Po trzecie, otwierają się dzięki Internetowi, Euronetowi itd. (już jest wiele sieci) takie upusty "potopów informacyjnych", że powstała i aktywizuje się tendencja do tworzenia "wyspowych" obiegów zamkniętych, łączących instytucje, a nie osoby prywatne (fizyczne). Powstają obiegi informacyjnej wymiany pomiędzy bankami, giełdami, instytucjami ochrony praw (policją np.), sądami, klinikami (lekarzami w takich instytucjach), a w tym ostatnim przypadku jako kuszącą innowację przepowiada się nam operacje, dokonywane w afrykańskim buszu, a kontrolowane i prowadzone przez świetnych chirurgów czy innych specjalistów zamorskich, np. z Ameryki. Powiem krótko, iż takim leczniczym zabiegom nie chciałbym się poddać, ponieważ łączność nie może w 100 procentach zastąpić osobistej aktywności lekarza przy pacjencie i tym samym prawdopodobieństwo błędów sztuki terapeutycznej nieuchronnie wzrasta. Ponadto informacja krążąca pomiędzy określonymi instytucjami i osobami, które służą w zasadzie poznaniu (naukowemu), może dlatego jałowieć, ponieważ A) bardzo znacznie przyspieszony rozrost nauki w jej poszczególnych gałęziach wynika z interdyscyplinarnej tendencji porozumiewania się, np. matematyków z biologami, biologów z chemikami, chemików z farmakologami, ekspertów transportu z wieloma dotąd obcymi transportowi specjalistami itp. Należałoby tedy uczynić to, co jest niemożliwe po prostu: łączyć "wszystkich ekspertów" wszelkich dziedzin z innymi, np. fizyków z kosmologami, kosmologów z astronomami, astronomów z meteorytologami, tych zaś razem z ksenobiologami itd. Lecz tu poza mnogością dyscyplin wkracza czynnik osobny jako B): Internet to sieć, która nic nie rozumie, jeno informacje przesyła i strony z sobą łączy, wzrastająca zaś na całym świecie ilość "ekspertów", którzy chcąc się wykazać", produkują mało albo nic nie warte wyniki swoich przemyśleń jako "nowe hipotezy naukowe", jest tym samym, czym piasek i muł, który z wielkich zbiorników wodnych kieruje się ku turbinom i gdyby nie specjalne urządzenia filtrujące, wnet by wszystkie turbiny "zatkało". Lecz Internet nie może odróżnić informacyjnego ziarna, którego w nim jest mało, od informacyjnych plew: to jest, powiedziałbym, taki dworzec z olbrzymim rojowiskiem przetokowych torów, obrotnic, ślepych torów, bocznic, zwrotnic itp., w którym by się równocześnie poruszały pociągi wiozące ludzi, krowy, wiechcie, kapustę, słomę i groch. Każdy fachowiec zdaje sobie dziś sprawę z ilości "informacyjnego śmiecia", jakim atakuje go poczta, telefony, dziwacy, pomyleńcy, osoby, którym się zdaje, że wykoncypowały Bóg wie co, i każdy taki fachowiec usiłuje osobiście albo dzięki personelowi pomocniczemu oddzielić to, co cenne, od "śmiecia". Internet zaś, chociaż znajduje się dopiero w fazie młodocianego rozkwitu, już cierpi na informacyjne zawały i korki, o czym specjaliści dobrze wiedzą. Wymaga ta sytuacja powiększania przepustowości bitowej Internetu na jednostkę czasu, ponieważ Internet nadal "nic nie rozumie", żadnego odkrycia, choćby od niego zależał los świata, ale nadanego w egzotycznym języku, nie odróżni od nieco mniej ważnej wieści, że u ciotki w placku z jabłkami zrobił się w piekarniku zakalec. A jest to także efektem zwyczajnej kapitalistycznej pazerności napędzającej rozwój Internetu, dzięki któremu szczególnie zręczne osoby zdobywają miliony, a nawet miliardy dolarów, ale co ma bogacenie się na Internecie wspólnego z jego wydolnością błyskawicowego przesyłu cennych informacji?

6. Tutaj zjawia się następna niewygoda, ponieważ Internet reklamowany jest i powszechnie opiewany jako dostarczyciel olbrzymiej ilości nowych typów rozrywki i nowych form bogacenia się. Co się rozrywki tyczy, to jej dystrybucja - jak ośmielę się rzec - na świecie woła już o pomstę do nieba, ponieważ miliony ludzi żyją nie to, że bez należytej porcji rozrywki, ile są rozrywani minami, bombami, nękani głodem, chorobami, nędzą, podczas gdy zamożne mniejszości Ameryki i Europy tak się zabawiają, że profesor Neil Postman już dobrych kilka lat temu ogłosił będącą wówczas bestsellerem książkę Amusing ourselves to death, w której dowodził wedle danych psychosocjologii, że dziewięćdziesiąt, a może i więcej procent emisji telewizyjnych to rozrywkowy muł, zapychający mózgi, to potężny nawrót do epoki sprzed 80 tysięcy lat, kiedy nie było pisma, więc i nauki, i filozofii: nazwałem ten nawrót parę lat temu "wkroczeniem w elektroniczną epokę jaskiniową". Jasne jest, że ilość odbiorców, którzy by łaknęli skarbów poznania, filozofii, historii ludzkości (nie tej z wielką ilością bitew i trupów, której nadmiary oferuje światowa telewizja), musi być tak znikoma, iż tylko dla amatorów informacji cennej w ogóle inwestować wielkich milionów w sieci, z Internetem na czele, by się nie opłaciło, a to, co się w rynkowym kapitalizmie nie opłaca, musi rychło zginąć.

7. Kolejnym problemem, kto wie, czy nie najfatalniejszym, jest fakt, że Internet otwiera wrota - jako ziemia opleciona siecią elektroniczną wyzbytą kontroli i centrów zwiadowczych - wszelkiej działalności, a zatem i takiej, która jest występna, a nawet zbrodnicza. Mafie, camorry, gangi, gangsterzy oszuści i "impostorzy" wszelkiej maści uzyskują wstęp na arenę informacji na równi z potencjalnymi Einsteinami. W tym samym numerze tygodnika "Der Spiegel", w którym zamieszczono moje mroczne horoskopy internatowe, jest artykuł o "computer crime", o występkach komputerowych, z którego przytoczę same tylko nagłówki.

"Co osiem i pół miesiąca, jak mniemają eksperci, podwaja się ilość komputerowych wirusów. Nowe programy sabotażowe pokonują obronę elektroniczną. Odkąd powstały «makrowirusy», wykorzystujące luki zabezpieczeń w nowoczesnych programach przetwarzających teksty, stała się niebezpieczna nawet wymiana digitalnych (numerycznych) dokumentów". Nie idzie "tylko" o fałszowanie kart kredytowych, o straty idące w miliardy dolarów, a przemilczane przez niejedną bankowość dlatego, że takie wieści mogą przestraszyć i odstraszać zwykłych klientów. Idzie o to, że wirusy "makro" potrafią już udawać "wszystko": a zatem na przykład - program mający oczyścić nam komputery i (albo) sieć z wirusów "zwykłych". Oczyszcza ją wprawdzie, ale na miejsce usuniętych jednocześnie wprowadza nowe wirusy, które dzięki łącznościowej wszechobecności sieciowych połączeń rozpływają się "wszędzie" i mogą zarażać komputery, które merytoryczną stroną rzeczy nic wspólnego nie mają. Natomiast David J. Stang, kierownik firmy Norman Data Defense System, specjalizującej się w wykrywaniu i w obronie przeciw wirusom komputerowym, stwierdził w wywiadzie "tę wojnę myśmy JUŻ przegrali". Powiedział, że pomiędzy ekspertami w programowaniu coraz to nowych i coraz lepiej "maskowanych" wirusów i ekspertami obrony antywirusowej toczy się bitwa, w której ci pierwsi są górą. Jakkolwiek bynajmniej ekspertem ani od wirusów komputerowych, ani od antywirusowych «filtrów» programowych nie jestem, już uprzednio, ledwie pojawiły się pierwsze nadzieje i zachwyty w obliczu wschodzącego nam Internetu, właśnie taki typ zmagań przewidywałem, i to nie dlatego, jakobym był jasnowidzącym futurologiem, ale po prostu dzięki jako takiej znajomości ludzkiej natury. Jeżeli można coś spaskudzić, popsuć, zafałszować, ukraść, sprzeniewierzyć, złudzić, wystrychnąć na dudka, to niezależnie całkiem od tego, czy się taka działalność typu destrukcyjnego występnego "aktywiście zła" opłaci, czy też dostarczy mu wyłącznie bezinteresownej satysfakcji, że przechytrzył zabezpieczenia, że zniszczył bez osobistego zysku to, co było dla innego cenne, można ze stuprocentową pewnością uznać, iż w nowych formach, nowej technologii, walka Arymana z Ormuzdem, zła z dobrem będzie się toczyła. A to, ponieważ tak było zawsze, ponieważ samoloty oprócz ludzi zrzucały bomby, ponieważ energia atomowa "jaśniejsza od tysiąca słońc" została wiadomo jak użyta, ponieważ tak potrzebny medycynie rentgen Niemcom w Oświęcimiu służył do zabójczego ubezpłodniania kobiet i tak dalej, i tak dalej - od początku ludzkiego świata.

8. I wreszcie dodać należy do powiedzianego to, co również w wywiadzie dla Niemców zauważyłem. Człowiek posiada obecnie "informacyjną przepustowość" taką samą jak sto tysięcy lat temu. Kiedy panował nam bardzo silnie obwarowany zakazami informacyjnymi i cenzurą ustrój, jeszcze dawałem sobie jako tako radę z przypływem często przeszmuglowanych jakoś wiadomości, których w sumie nie było w owej epoce "diety informacyjnej" wiele. Obecnie, mogąc swobodnie korzystać z tradycyjnych źródeł informacji naukowej, a zatem mając u siebie na bieżąco "Prirodę", "New Scientist", "Scientific American", "American Scientist", "Science et Vie", dodatki naukowe pism, jak "International Herald" czy "Frankfurter Allgemeine", już (chociaż nie tak znów tego wiele) widzę gromadzące mi się na biurku stosy pism, które doszły do mnie, ale których przeczytać i przetrawić nie jestem w stanie. Toteż o ewentualności podłączenia się do Internatu muszę myśleć nie bez zgrozy. Nie dlatego, iżbym obawiał się gołych tyłków żeńskich i innej do złego kuszącej informacji (a nie brak i takiej w Internecie), ale dlatego, że wiem, iż nadmiar tradycyjnej informacji dochodzącej mnie z papieru, a nie z ekranu (monitora) doprowadził do tego, że ja już prawie w ogóle żadnych innych pozycji poza ściśle naukowymi nie czytam, bo mi czasu na te inne już nie staje. I to bez jakichkolwiek fałszywek, wirusów itp.

9. Zjawisko Internetu przypomina poniekąd znany nam z Biblii potop, czyli nadmiar wód, w którym można ze wszystkim utonąć, jeżeli nie zdołamy dla ratunku, jak Noe, zbudować sobie Arki. Ale jak by miała wyglądać "Arka Noego Internetu", łatwo rzec, ale nie sposób myśl taką zrealizować. Oto potrzebne są nam nie sieci bezmyślne, nie utysiąckrotnione telefony, faksy, interakcyjne media, lecz ulokowane w sieci odpowiedniki wartościującej informację inteligencji, które wszystko, co jest informacyjnym śmieciem, pochłaniałyby i jako filtry zezwalały jedynie na przepływ wiadomości oraz wizualnych treści ani nie propagujących zła i głupoty, ani nie szkodzących wszystkiemu, co by mogło stać się dla człowieka pożyteczne. Lecz o takich "wstawkach" w Internet możemy obecnie tylko marzyć.

10. I jest wreszcie dziedzina, w której Internet może się przyczynić do zła o wiele szybciej, łatwiej i pewniej aniżeli do dobra, a chociażby do tak reklamowanej i zalecanej nam rozrywki: jak gdyby życie ludzkie miało uzyskać wartość dopiero porządnie rozbawione! Mam na myśli domenę polityki. Internet jest to, powiem z ostrożności lapidarnie, taki rodzaj łączności, który łatwiej pozwala ustalić adresatów informacji aniżeli nadawców informację ślących. Inaczej mówiąc, obecnie Internet umożliwia zachowanie anonimowości nadawców, a w sferze polityki różnica owa może stanowić różnicę pomiędzy pokojem i wojną nawet. Jeszcze takie próby nie stały się na szczęście realnością. Jeszcze nic aż tak złego nie zostało uruchomione w globalnych sieciach łączności. Wszelako sama możliwość staje się już zupełnie dopuszczalna jako prawdopodobna, ponieważ przede wszystkim w polityce międzynarodowej, w której brak de facto skutecznej legislatywy (ONZ to straszak na wróble, gdy spojrzeć na efekty działalności czy w byłej Jugosławii, czy na Kaukazie, czy gdzie indziej) i egzekutywy. Państwa będą sobie anonimowo szkodziły raczej, aniżeli miały bezanonimowo pomagać sobie i wzajem się wspierać. Nie są to żadne znaki typu "mene, mene, tekel upharsin", malowane na murach naszego świata, murach, które już nieraz i w historii, i we współczesności okazywały swoje okrutne podobieństwo do murów Sodomy.
  

[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ]
© 2000.06.12-2008 Legion | powered by PHP Nuke
Przyjaciele: • Strony internetowe, druk, dtp • Szachy, Magazyn Szachista • PZSZach, Szachy