| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Szarańcza informacyjna(1098 słów w tym tekście) (1602 ) 
lem.onet.pl
autor: Stanisław Lem
Odkąd minęły upały, rankami znów przesiaduję z tomem
słownika na kolanach. Wielki "słownik warszawski" jest bez
wątpienia przestarzały, lecz zarazem stanowi monument, bez
którego trudno się obejść.
Nowy słownik PWN razem z suplementem, trzytomowy, nawet się
do tamtego starego kolosa nie umywa. Wielozakresowe były
przesiewania czy wręcz zwyczajna cenzura, która asystowała
porodowi nowego słownika. Wyrazów nieobyczajnych już w nim
prawie że nie ma. A ten stary pouczał przede wszystkim, jak
słabo znam ogrom bogactwa polszczyzny. Zresztą każdemu z
moich słowników mam sporo do zarzucenia. Czterotomowy
polsko-niemiecki i niemiecko-polski to ma do siebie, że
zarówno wydania peerelowskie, jak i najnowsze, prawie za
każdym razem, kiedy chcę znaleźć odpowiednik polski takiego
wyrazu niemieckiego, którego sens wprawdzie rozumiem, lecz
dokładnej repliki w polszczyźnie nie znam, pozostawiają mnie
bez odpowiedzi. Jaki odpowiednik ma "nachvollziehen" - nadal
pojęcia nie mam. Omówieniem, peryfrazą można oczywiście sens
wyłożyć, ale brak zwięzłości jest brakiem celności. Już na
tym niskim, leksykograficznym poziomie objawia się dylemat
tłumaczy: dlatego znać biegle dwa różne języki to nie znaczy
jeszcze nadawać się na jako tako zręcznego tłumacza -
zwłaszcza beletrystyki.
Sprawa słowników wiedzie - mnie przynajmniej - do sprawy AI,
sztucznej inteligencji, ta zaś z kolei - do zagadki mózgu. Z
upływem lat, lektur, wgłębiania się w literaturę fachową, tak
neurofizjologiczną, jak psychiatryczną (Freud natomiast jawi
mi się w tym kontekście jako omal bajkopisarz, który
zasłyszał, że ponoć dzwonią w kościele, ale nie wiedział ani
w jakim, ani dlaczego i po co), utwardza mi się
przeświadczenie o dziwaczności naszego ludzkiego mózgu
zarówno w jego budowie anatomicznej, jak i w jego
funkcjonowaniu. Jedno i drugie, jako dziwadła, stanowią
schedę po tych czterystu-dziewięciuset tysiącach lat, które z
pnia hominidów wyprowadziły na glob cały człowieka
współczesnego, jedynego hominida, który przetrwał, spośród
wielu wymarłych już, i rozmaite hipotezy, tylko na
paleontologicznych poszlakach wspierane, starają się udzielać
odpowiedzi na pytanie, dlaczego akurat nasz gatunek przeżył i
opanował Ziemię. Czyli, prościej, kręta droga antropogenezy
wybudowała ten nasz zwycięski w walkach o byt mózg, a
jednocześnie obdarzyła nas nieszczególnie chlubnymi popędami,
ujawniającymi się tym groźniej, im bardziej powiększa się
nasza liczebność na planecie. A katalizatorem tej grozy jest
informacyjne krótkie zwarcie miast, państw, kontynentów i
okola kosmicznego, w którym obręczą ma spiąć miliardy ludzi
Information Highway.
Na samym początku były prymitywne jeszcze komputery,
pracujące w pojedynkę, jak (starożytny wręcz dla nas dziś)
ENIAC. Potem jęły się łączyć; powstały najpierw łącza w
sferze uniwersyteckiej, bankowej, następnie - już przeskakuję
półwiecze - rozrosła się sieć cała, zwana Internetem i
jednocześnie przy radosnych okrzykach chwalców powstał rynek
informacyjny, teren wielkich kapitałowych inwestorów,
ponieważ jako informacyjny począł się jawić wiek XXI. Byłem i
pozostałem sceptykiem dlatego, ponieważ prognozy moje,
zawarte i w beletrystyce typu SF, i poza nią w tytułach
dyskursywnych, sprawdzały się wprawdzie, ale tak, że ich
realizacja stawała się okrutnie szydliwa: to, co w mniemaniu
racjonalnym powinno było przysparzać ludziom dobra i
spełnienia oczekiwań, zwłaszcza wspieranie nadziei na lepszy
byt, ulegało konwersji na instrumenty technoporubstwa,
komercjalnej trywializacji, w sumie zaś - idiocenia w papkach
masowej kultury. Informacja właśnie okazała się na
znieprawienia szczególnie podatna. Powiedziałbym wręcz, że
genitalizacja informacyjna, zasilająca nawet sieci
komputerowe nauki, jawi mi się jako rodzaj zarazy, czyli
parazytyzmu, żerującego na nie osłabianej okresami milczenia
płci (jak u zwierząt) pożądliwości seksualnej człowieka.
Dlaczegośmy się tak doseksualizowali, nie wiem, wiem jedynie,
że seks, jako wbudowany w ciała i w mózgi obu płci, stał się
obecnie dziedziną wzmocnionej technicznie eksploatacji.
Zresztą to samo prawie, już poza sferą kopulacyjną i jej
dewiacyjnego bogactwa, stało się prawie z wszystkimi
wspaniałościami, które nam wzeszły nad drugą szczególnie
połową XX wieku. Cybernetyka, energia atomowa, zielona
rewolucja. Loty kosmiczne (najoczywiściej i całkiem jawnie
zwykły ableger wyścigu zbrojeń z czasu zimnej wojny). Więc i
zdobycie Księżyca było tylko kolejnym krokiem politycznym,
niejako odmianą kosmonautyczną znanego powiedzenia
Clausewitza, że wojna jest następnym krokiem polityki. W ten
sposób wszystko, co miało służyć ludziom, obracało się w ich
spętanie, a nawet w opętanie i we wzmacniacze służące
śmierci. A chociaż z tego obrazu wynika mi przeświadczenie o
nieuchronnej deprawacji krótkiego zwarcia informacyjnego
Wszystkiego i Wszystkich ze Wszystkimi, chociaż jeszcze dla
wsparcia tych przeczuć nie dysponuję pełną realiów baterią
dowodów, przeczuwam niedobre konsekwencje. Informacja jest
znów jako wymiana wiadomości służących poznaniu - tylko
awersem. Rewers nieodłączny od awersu to wielkie rozmiary
przestępczości nowego typu. "Core Wars". "Computer Crime".
Podsłuchy, podglądania, szyfry, walki z inwazjami
informacyjnymi, które uruchamiają anonimowe mocarstwa przez
swoich szpiegów albo które stają się narkotykiem hackerów.
Sama informacja staje się i poza seksem rodzajem
odurzającego, labiryntowego narkotyku dla
szyfrantów-deszyfrantów, a zatem po prostu paranoidalnych
frantów. Tak, tego, że procedery podobne rakowato się wzmogą
i rozprzestrzenią w czasach nadchodzących, boję się
szczególnie.
Rzecz jasna, nie jestem wołającym na pustyni samotnym
prorokiem informacyjnej szarańczy, bitowego potopu, gwałtów,
kradzieży, oszustwa, przesilenia i totalnej falsyfikacji.
Dostrzegając zagrożenia, czy też mądrzejąc po szkodzie,
kolejne gromady instytucji oraz osób (zarówno prawnych, jak i
fizycznych) zaczynają bronić się, zamiast archaicznych zamków
szyfrowych i kodowania stawiając zapory "firewalls", jako
bariery filtrujące, które mają umożliwiać wypływanie własnych
informacji w sieć światową, lecz powstrzymywać próbujące
wniknąć do chronionego sedna informacyjne wytrychy. Tak zatem
"cold war" zastępować poczyna "information war". Być może
coraz trudniejsze stanie się rozróżnianie ziarna od plew,
prawdy od kłamstwa, danych autentycznie wzbogacających wiedzę
od falsyfikatów, a przede wszystkim odsiewanie informacyjnego
śmiecia. Wirtualne biblioteki, wirtualne domy towarowe stają
się wirtualnymi labiryntowiskami. Nie wiem czemu, już teraz
wykraczając poza obszar tych wszystkich elektronicznych
zmagań, ideałem godnym ścigania i doścignięcia zdaje się
fanatykom informacyjnej autostrady i jej bocznych odgałęzień
(jak cyberspace) człowiek zamknięty w uszczelnionym kokonie
elektronicznym, który z innymi ludźmi może się komunikować
przede wszystkim za pośrednictwem Sieci, który poprzez
przewody, dzięki pajęczynie elektronowej, może, nie ruszając
się z fotela, zastygły w jednym miejscu, zwiedzać kontynenty,
nabywać, kupować, inwestować, poznawać innych ludzi, wieść z
nimi dyskursy, grać w sto tysięcy rozmaitych gier i loterii,
doznawać rozkosznych szoków na widok innopłciowej nagości, a
wreszcie, jak to nazwałem ongiś, podlegać fantomatyzacji.
I ta poczwarkowa, poczwarcza samotność, to dziwaczne jeszcze
dla nas przedłużenie instrumentalne naszych wszystkich
zmysłów, owo uwikłanie w sieci do potęgi, do eksponencjalnych
mocy, obiecującej jakiś osobliwy surogat wszechobecności i
wszechspełniania życzeń, ma jakoby doprawić nam byt - ci
rzecznicy Wszechsieci nie powiadają - szczęściem, ale na to
mi wygląda. Otóż nie wierzę w doszczęśliwienie tym
wyrafinowanym rozpajęczeniem zmysłów ludzkich, nie tylko
dlatego, że (jak powiadają co trzeźwiejsi), kupić, to by się
kupiło, i sprzedać by można..., tylko jak bezpiecznie płacić
elektronicznie, nie całkiem wiadomo...
Zresztą być może się mylę: nie głosiłem nigdy, że jestem
nieomylnym przepowiadaczem przyszłości, owszem, dość
skwapliwie starałem się przyznawać do popełnianych błędów, do
chybień prognostycznych, do krótkowzroczności. Przyszłe stany
rzeczy wyobrażałem sobie zbyt górnie: może teraz w nazbyt
głęboki pesymizm, w zaćmienie czarnowidzące się zagłębiłem...
|
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|