Rozkosze postmodernizmu(1244 słów w tym tekście) (1490 ) 
lem.onet.pl
autor: Stanisław Lem
Zaczynam w środku albo od końca lub gdzie indziej, bo na
tym nowoczesność polega. Zresztą może już i na to ktoś wpadł,
że należy wziąć Tycjana, zmieszać z Velasquezem, dokropić
Boschem i ewentualnie pociętego Vermeera kawałki podlepić, i
już jest postmodernistyczny hyperkonceptualizm.
Stare nocniki, nawleczone na dłuuugi słup telegraficzny, z
postumentem jako szafą grającą, której korba wetknięta być
musi w zadek sowy. Bardzo nowoczesne. Pokrajana na plastry
opona samochodowa, różami i różańcami ozdobiona. Śmiałe, ale
może już nie warto się aż tak wysilać, bo czyż nie jest
prawdopodobne, że ktoś już to dawno temu wykoncypował? Nie
przypuszczam, ażeby drugi facet, nazwiskiem Mel lub podobnie,
w pobliżu Ziemi Ognistej Wizję lokalną był napisał po
hiszpańsku, a całkiem od Lema niezależnie. Tak daleko myślą
sięgać nie śmiem. Z drugiej strony jednak widzę, że
nadzwyczaj ciężko jest na taką myśl albo na taki zestaw pojęć
lub słów tylko, albo kolorów czy paciorków się zdobyć, który
nie jest dzisiaj mimowiednym powtórzeniem sekwencji
tożsamej, gdzieś na świecie już, a przez kogoś artystycznie
ułożonej. W ogóle jest tak, że wszystko ciekawe, ładne,
zabawne, spójne, logicznie sensowne, kolorystycznie smaczne,
narracyjnie fascynujące, fabularnie oryginalne zostało
napisane i wydane bardzo dawno temu gdziesik, więc teraz nie
ma innej rady, gdy parcie weny twórczej rozszalałe się
nasili, jak tylko bredzić nieciekawie, nudzić, obrzydzać,
dekonstruować, antylogicznie mamrotać, błotnisto malować,
mendzić, defabularyzować i potworne praramoty na piedestały
wznosić. Zosia B. powiedziała raz o pewnej książce: "To
arcydzieło, ale przeczytać się nie da". Świetne! Jakże trafna
uwaga, jak aktualna! Otoczyłem się oto górami drukowanego
papieru, z postkomunistycznej pazerności, bo zakazane były,
wszystko, naukowe, porno, hord, aort; albumy, "IH Tribune",
"Die Welt", "Le Monde", "New Scientist", "Science et Vie",
"Priroda", "Znamja", "Nowyj Mir", "Ogoniok", "Argumenty i
Fakty", "Economist", chyba zwariowałem na tym punkcie, bo nie
przeczytane zwały wyrzucać przychodzi, a ja, który uprzednio
te skrawki wiedzy, jakie MPiK oferował, do ostatka wysysałem,
teraz w nadmiarach tonę. Krajowej prasy można właściwie nie
czytać, o telewizji krajowej głuche jeno, odległe odgłosy
mnie przez osoby trzecie dochodzą, ponieważ i na satelitarną
TV zapadłem. Wszystko to prawie jak u McLulhana: "Medium is
the Message!". Przekazior jest przekazem. Albo pokazują retro
nie barwione, albo barwione, koronacje i wojny, pierwsza i
druga światówka ulubionym są tematem. Albo filmy seriale:
salonowy, dynastyczny (mnie bardzo mdli już przy czołówce
zwanej forszpanem - nie mogę). Albo człeczyna, który, gdy go
poddusić lub nożem ucisnąć krtań bądź do kasy pancernej
wstawić i zamknąć, pęcznieje cały na zielono ("Incredible
Hulk"), dwa i pół lub trzy metry wzrostu, stal jak stare
szmaty drze, łagodnie rycząc przez rozwalane sobą mury i
ściany na bosaka przechodzi, przy czym uprzednio mu w
zbliżeniu koszulę flanelową, porządną, pęczniejące muskuły na
strzępy drą. Żal koszuli i nie wiem, skąd zaraz następną
bierze. Albo tenże sztukmistrza udaje i potrafi kajdanki
przerobić na chustkę do nosa. A ponadto wieczorem wszyscy
strzelają do wszystkich, trup krwawy gęsto pada, poprzecinane
to reklamami, reklamy po prostu cudne, jakieś palmy,
południe, czarowne dziewice całują się z cudnymi młodzieńcami
i zaraz pakują do szeroko rozśmiechniętej jamy (ustnej)
makaron, zupę z ptysiami, coca-colę, pastę do zębów,
pomidora, marcepany, lodówkę, aparat do golenia samokiwający
się elektrycznie oraz prawdziwe ręczniki papierowe. Po czym
znów trupy padają, bo gangsterzy strzelają albo modne teraz
żeńskie morderczynie bez litości i bez majtek. Tylko książek
ani niczego drukowanego jakoś nie reklamują. Natomiast biura
podróży i banki, banki, karty kredytowe oraz pożyczki -
owszem. Dużo tego i nowoczesność kolaże wywołuje, ale trupów
moc. Osobno serial z panem doktorem, żaden lekarz nie ma tej
słodyczy lekarskiej, co ten aktor. Happy end zginął, nie
wiem, jak dawno temu, piękne dziewczyny, kobiety z rakiem
("casus inoperabilis, in op" w skrócie) giną pomału, lekarz
im towarzyszy, muzyka, grób w kwieciu, przy takim doktorze i
skonać miło, łóżka, operacje, płyn z wiszącej butelki, czyli
kroplówka, instrumenty i znów trup. Jakoś z trupem sprzężenie
zwrotne wciąż silnie działa. I SF. "Star Trek"
człekokształtny i rysowany: wszyscy w bluzkach kolorowych;
których nigdy prać nie trza (jakoż i nie piorą), nikt do
wychodka nie musi (jakoż i nie chodzą), guziki naciskają i
straśne różne potwory ogniorzygne ich atakują, ale nic nie
będzie, reżyser nie pozwoli, żyć musi i stałych dochodów
potrzebuje i to mnie uspokaja, gdyż Knight Rider cały w
ondulacjach przepiękniś, bez broni gangsterów załatwia, auto,
z którym on rozmowy wiedzie, pędy w tę i we w tę. Ot i
czterdzieści programów, a ponadto są "Wiadomości" (ARD, ZDF,
Sat 3, ORF itd. i w nich to samo plus auta mknące, plus
karambolaże harmoniowe (dwanaście lub szesnaście aut
wgniecionych) plus szczątki samolotów, powodzenie, powodzie,
tajfuny, wszyscy po szyję, i znów trupy, bo IRA, bo Baskowie,
ETA, bo bomby, i Izrael, i Arabowie, i prezydent Bush, i
Jelcyn, i Ruscy nadmiarem wolności przy braku żywności
zafrasowani).
A tu nagle widzę, żem zapomniał pszenicznego ziarna wróblom
na tarasie moim nasypać, więc zaraz to odrobię czym prędzej i
znów do tych rozmaitości zasiadam. Derrida. Kupiłem jego
Grammatologię po niemiecku i ni w ząb, a grube to.
Wprowadzenie w Derridę. Nie dałem rady. Destrukcjonizm
destrukcyjny i postmodernizm poststrukturalistyczny. Prędzej
zęby wyłamię sobie. Za cholerę nic nie pojmę, a wszyscy w
"Encounter" i "NYT Book Review" mamrocą! "Destruk, Le Man,
Paul". I pramodernizm. I super. I Susan Sonntag. Więc znów,
ale nic, choć i z rozbiegu, i pędem nawet. Łatwiej mi byłoby
na szklaną górę wleźć, aż mi członek Akademii, bardzo mądry
starszy pan, wyjaśnił na ucho: D. wariat! Ot, po prostu.
Logorrhea i zaraził wszystkich z Amerykanami na czele. Aha!
Seksizm, "he or she, she or he", ta Bóg, ta Jezus, najwyżej
ten Matka Boska. Niech ci będzie. Pastorzy w niedzielę w
newsach okropnie nudzą. Na szczęście po angielsku: nic nie
rozumiem. Bez ilustracji. I czasem, ale to rzadko, ładny
kawałek jakiegoś muzeum, Egiptu, kultura w austriackim często
wydaniu, bo im wypada, bo muszą. W sumie bardzo męczące. Niby
ja nie jestem ani ponaglany, ani zmuszany, i dobrowolność
panuje, ale z drugiej strony stosy "New Scientist",
"Scientific American", "Prirody", to już opadam z sił i
siadam, i ekran się rozpala, i trupy w świeżym stanie, bo
znów bój albo (teraz, gdy piszę) Olimpiada i myślę, Panie,
toż tym mknącym ślizgawkowym łyżwiarzom dyski powyskakują z
kręgosłupów, bo tak we dwoje złożeni mkną tak długo i tak im
lub innym piekielnie wprost zależy, ażeby piłka wpadła do
bramki albo na rakietę tenisową, co bardzo rozsądne zresztą,
bo za całe życie zapisane skrybie przed pogrzebem (martwych
nie nagradzają) Nobel, naści, a za tę rakietę lub za celny
kopniak - i trzy, cztery razy tyle. Łatwiej dokopać się
milionerstwa, niż dopisać: pisać w ogóle nie warto. Teraz
zwłaszcza, świadomość napisanego i po bibliotekach potopu
książkowo-papierowego zalegającego musi do zwyczajnej
przytomności przywołać. Jedyną etycznie słuszną rzeczą,
czynem dobrym, uczynkiem pisarza jest powściągnąć wenę,
zahamować, czyli przestać cokolwiek pisać. Ani się zbędnie
wymądrzać, ani broń Boże fabularyzować zawile, kunsztownie.
Narrację ciąć na plasterki i z nich wyższy, nowoczesny bełkot
skleić. Nie i nie. Niech Bóg broni, a najpierw publiczność,
chociaż ta sama obroni się, bzdury wyłącznie czytając. Nie
wolno nikomu zabraniać ani o doktorach i pielęgniarkach, ani
o Ogrodach (szlag jej nie trafi) Miłości, ani o kuchni
paleowietnamskiej (noga w sosie bernaise, mniejsza o to,
czyja), ani o miliarderach, o gwałtach, o wszystkim łącznie z
cudnie przybraną i kwieciem oplecioną dupą Maryni. To tak.
Zasłonić, ale dać do zrozumienia. Krótko, z ilustracjami albo
lepiej na kasecie, milcząc. Jęki orgazmów na płycie. Fe, choć
CD, to już porno. Nie trzeba nam, najwyżej RTL plus dla
panów, męski magazyn w sobotę, ale ja wolę o tej porze spać.
DOBRANOC! |
|