| Logowanie | | Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|  |  |  |
Stuhr - amator profesjonalista(2282 słów w tym tekście) (1287 ) 
Źródło: miesięcznik KINO; maj 2004
Autor: Grażyna Stachówna
Jako aktor jest uznanym mistrzem, zaś jako reżyser filmowy
nie jest łączony z żadną formacją pokoleniową, nie
przynależy do odpowiedniej szkoły, nie podąża za
aktualnymi trendami, nie ulega modom.
Na
świecie nie dziwi zbytnio, gdy znany aktor postanawia
nagle zostać reżyserem filmowym; w Polsce zdarza się to
niezmiernie rzadko i traktowane jest jak coś niezwykłego.
W powojennej historii polskiego kina wynalazłam tylko
sześcioro aktorów-reżyserów: Jan Koecher "Kariera" (1955),
Gustaw Holoubek "Mazepa" (1976), Bogusław Linda "Koniec"
(1988), "Seszele" (1990) i "Sezon na leszcza" (2000),
Krystyna Janda "Pestka" (1995), Marek Kondrat "Prawo ojca"
(1999), Marek Bukowski "blok.pl" (2001) i "Sukces" (2003).
Kilka było powodów tak niewielkiej liczby "aktorskich"
filmów: obowiązująca w PRL wąska specjalizacja - filmy
mogli kręcić tylko zawodowcy z odpowiednim wykształceniem,
niechęć dyplomowanych reżyserów do konkurentów spoza
własnego grona i utrwalone przeświadczenie, że komediant
ma robić miny, a nie przewodzić ekipie na planie. W każdym
z wymienionych przypadków sława aktora-reżysera wspierała
jednak produkcję filmową, nasilała zainteresowanie
dziełem. Należy też dodać, że żaden z wymienionych
"aktorskich" filmów nie okazał się wybitny czy jakoś
specjalnie ważny dla polskiego kina.
Jerzy Stuhr
(ur. 1947) "jeden z najbardziej wszechstronnych aktorów
polskiego filmu i teatru", zrealizował dotąd pięć filmów.
Jako aktor jest uznanym mistrzem, zaś jako reżyser filmowy
nie jest łączony z żadną formacją pokoleniową, nie
przynależy do odpowiedniej szkoły, nie podąża za
aktualnymi trendami, nie ulega modom. Odnoszę wrażenie, że
Stuhr robi filmy z głębokiej wewnętrznej potrzeby i w
wyraźnie określonym celu: próbuje objaśnić swym widzom
świat, w jakim żyją, podsuwa zwierciadło, by mogli
zobaczyć w nim własny obraz, nieco może zdeformowany, ale
wyrazisty, trochę przy tym poucza, wzrusza i śmieszy. Jego
filmowe przekazy pełne są zatroskania, ale także
zrozumienia i współczucia. Manifestuje się w nich
znajomość świata i ludzi, bogaty zasób życiowych
doświadczeń, niepokój o ład społeczny i moralny, szacunek
dla widzów, dla ich inteligencji i wrażliwości.
W
Stuhrze-reżyserze jest coś z idealisty wypełniającego
misję i ufającego w sprawczą moc dobrego przykładu,
wreszcie coś z Don Kichota przemierzającego Polskę na
wielbłądzie i atakującego wrogów włócznią ironii i satyry.
Trudno go za to nie cenić i nie lubić.
W filmach
Jerzego Stuhra obecne jest pięć podstawowych tematów -
kondycja inteligenta, potrzeba miłości, bycie porządnym
człowiekiem, trudne kontakty z innymi ludźmi, troska o
młodych - które współtworzą wszystkie konstrukcje
fabularne i organizują finałowe przesłania. W
poszczególnych dziełach jeden z nich wysuwa się zwykle na
czoło, podejmując funkcję przewodnią.
"Mało kogo
obchodzi, co dzieje się z pięćdziesięciolatkiem" -
powiedział Stuhr w 1995 roku, gdy realizował swój pierwszy
film "Spis cudzołożnic". Zapewne to prawda, ale tylko w
przypadku filmów przeznaczonych dla małolatów, dominują w
nich bowiem bohaterowie młodzi, urodziwi i sprawni
fizycznie. W kinie autorskim bohaterami często bywają
ludzie dojrzali, obdarzeni fragmentami biografii ich
twórców, trudami doświadczeń życiowych, piętnem urazów i
tęsknot.
Bohaterami filmów Jerzego Stuhra - granymi
zawsze przez niego samego - są inteligenci w średnim
wieku. Gustaw ze "Spisu cudzołożnic" jest doktorem
polonistyki pracującym na Uniwersytecie Jagiellońskim,
Adam Borowski z "Tygodnia z życia mężczyzny" prokuratorem,
Zygmunt Sawicki z "Dużego zwierzęcia" urzędnikiem
bankowym, Józef Kozioł z "Pogody na jutro" (2003) byłym
nauczycielem i działaczem "Solidarności", czterej
bohaterowie "Historii miłosnych" to adiunkt uniwersytecki,
ksiądz, oficer i więzień. Postać więźnia została pomyślana
jako przeciwwaga dla pozostałej trójki - należy do
lumpen-proletariatu.
Gustaw ze "Spisu cudzołożnic"
oprowadza po Krakowie szwedzkiego humanistę, prof. Björna.
"Dwu protestantów w sercu katolickiej Polski" wędruje po
mieście, ogląda zabytki, popija alkohol w różnych knajpach
i szuka kobiety, z którą mogliby spędzić wieczór. Otacza
ich mnóstwo pięknych i chętnych dziewczyn, ale Gustaw
uparcie telefonuje - korzystając ze starego notesu - do
kobiet, z którymi związany był w przeszłości. Starzenie
się kobiet wyznacza bezpowrotne mijanie jego własnej
młodości, a martyrologiczne pamiątki po Peerelu
przypominają o latach zmarnowanych z powodu politycznych
ograniczeń i kompleksów. "Przemijanie mnie trapi "- mówi
Gustaw do prof. Björna, który rozumie go doskonale, bo sam
nękany jest podobnymi problemami.Finałowe, imaginacyjne
spotkanie Gustawa z kobietami jego życia na zamglonych
Plantach przypomina misterium Dziadów, a lot na lotni z
kopca Kościuszki ponad Krakowem sugeruje uwolnienie się od
lęku przed przemijaniem, ucieczkę w
marzenia.
Pozostali bohaterowie filmów Stuhra są
nieco starsi od Gustawa. Akceptują już swój wiek, ale
nękani są innymi problemami, właściwymi może nie tylko
inteligentom, ale przez nich odczuwanymi szczególnie
mocno. Sprawą nader ważną staje się potrzeba miłości -
uznawana powszechnie za wstydliwą, sentymentalną i
niemęską, jednak, jak się okazuje, nadającą życiu
podstawowy sens.
"Historie miłosne" zostały w
całości poświęcone uczuciom, a właściwie różnym sposobom
przeżywania miłości reprezentowanym przez czterech
bohaterów, którzy zdają egzamin z siły swych namiętności i
odwagi w ich manifestowaniu. Zdają go nie tylko przed sobą
i swymi partnerkami, ale także przed Wielkim Ankieterem -
upostaciowaniem św. Piotra lub Przeznaczenia - który
rozlicza bohaterów z życia i decyduje o ich dalszych
losach. Ci, którzy kochają naprawdę, wygrywają nową
szansę, dosłownie - na dalsze życie i symbolicznie - na
dalszą miłość. Ci, którzy może i kochają, ale poświęcają
uczucie dla doraźnych korzyści, nie walczą o swoją miłość,
skazani zostają na śmierć, jakby niegodni już byli
dalszego życia.
Rozliczenie dokonane przez
Wielkiego Ankietera w "Historiach miłosnych" nie wypada
tak źle: pół na pół - dwóch bohaterów zasłużyło na nową
szansę, dwóch skazanych zostało na odejście w niebyt.
Ksiądz rezygnuje z kapłaństwa, by zająć się swoją córką
osieroconą przez matkę, złaknioną miłości i opieki.
"Wybieram to, co jest bardziej bezbronne" - mówi,
dokonując niełatwego wyboru. Przez swą decyzję ksiądz, co
paradoksalne, wydaje się godniej świadczyć o swoim
kapłańskim powołaniu. Więzień Zdzisiek Filip (bohater
"Amatora" Kieślowskiego nazywał się Filip Mosz),
wielokrotnie zdradzany przez żonę będzie z ufnością czekał
na koniec kary, ciągle wierząc w stałość łączących ich
uczuć. Adiunkt nie decyduje się na związek ze studentką z
lęku przed utratą spokoju, pułkownik Matacki (czyżby znowu
nazwisko znaczące?) wypiera się miłości do Rosjanki,
przedkładając nad uczucie karierę wojskową w strukturach
NATO.
Bardziej niż w reguły melodramatu "Historie
miłosne" wpisują się w kanon moralitetu: nagroda lub kara,
pouczenie: "cuda są zazwyczaj dla tych, co kochają/ Pan
Bóg dobry, dobry dla tych, którzy wierzą w cud" (z
finałowej piosenki Adama Nowaka).
Adam Borowski,
bohater "Tygodnia z życia mężczyzny", jest człowiekiem
pryncypialnym. Jako prokurator oskarża i piętnuje winnych
w sali sądowej, posługując się kodeksem karnym oraz
zwykłym moralnym rozeznaniem w tym, co dobre i co złe. Nic
jednak nie jest proste, a ludzie nie są doskonali.
Prokurator Borowski, nie będąc przecież człowiekiem złym,
popełnia wiele czynów nagannych lub co najmniej wątpliwych
moralnie. W ocenie jego postępowania łatwo jest popaść w
faryzejskie oburzenie - oto cynik, który głosi jedno, a
czyni drugie.
Lecz prokurator ma przy tym
świadomość popełnianego zła, większość swoich czynów
chciałby potem odwołać lub przekreślić, jednak to mu się
już nigdy nie udaje: decyzja została podjęta, czyn
dokonany, skutki wywołane, sumienie obciążone.
To
dziwne, ale oglądając "Tydzień z życia mężczyzny", zaczyna
się lubić prokuratora Borowskiego. Nie dlatego, że mu się
pobłaża lub usprawiedliwia jego czyny, ale że się go
zwyczajnie rozumie. Borowski staje się lustrem, w którym
wszyscy widzowie mogą się przejrzeć: podlegają bowiem
podobnym pokusom, skazani są na ciągłą tęsknotę za dobrem,
wystawiani na wieczne pokusy zła. W finale filmu Adam
(znowu imię znaczące) Borowski - jak Jedermann (każdy),
bohater średniowiecznego moralitetu - znika w tłumie
innych, podobnych mu ludzi, ani trochę lepszych, ani
trochę gorszych. Jest jednym z wielu i to wrażenie staje
się zwycięstwem Jerzego Stuhra - scenarzysty, reżysera i
aktora.
Zygmunt Sawicki z "Dużego zwierzęcia"
mieszka wraz z żoną Marią w małym podgórskim miasteczku,
pracuje jako urzędnik bankowy, wieczorami grywa na
klarnecie w amatorskiej orkiestrze, sąsiedzi lubią go i
szanują. Wydaje się, że nic nie brakuje mu do szczęścia.
Nagle pewnego wieczora w jego ogrodzie pojawia się
wielbłąd; Sawicki postanawia go przygarnąć. Najpierw staje
się w miasteczku obiektem żartów, a potem narastających
szykan, rozumie jednak i nawet akceptuje zagrażającą
alienację, broniąc swojego prawa do posiadania zwierzęcia,
które jest - zdaniem otaczających go ludzi -" społecznie
nieużyteczne i jako takie niepotrzebne".
I znowu,
podobnie jak w poprzednich filmach, Stuhr zaczyna w "Dużym
zwierzęciu" od anegdoty zapowiadającej kino obyczajowe, by
potem - ciągle precyzyjnie rejestrując społeczne
funkcjonowanie swych bohaterów - stopniowo odchodzić ku
uogólniającej metaforze. Oto zacny pan Sawicki staje się
reprezentantem wszystkich, którzy czują się udręczeni
codziennością, rutyną i podporządkowaniem; wielbłąd
przestaje być egzotycznym zwierzęciem z dwoma garbami, a
zamienia się w ucieleśnione marzenie o wolności; sąsiedzi
to już nie skądinąd poczciwi ludzie o ograniczonych
horyzontach, ale reprezentanci sprawnego systemu
zniewolenia, braku tolerancji i wrogości wobec
indywidualizmu.
Dopiero z wielbłądem Sawicki czuje
się naprawdę szczęśliwy. Spaceruje z nim po miasteczku,
wyprowadza na łąkę. Zwierzę swoim zwyczajem stąpa
wolniutko i z godnością, a mężczyzna idzie u jego boku i
peroruje: "Bo ty wolny, bracie, jesteś. No, na lineczce,
bo by cię tu potraktowali, bo by cię tu psami, bracie,
pogonili, gdyby nie linka (...). Nic nam zrobić nie mogą,
bo razem jesteśmy. (...) Bo ty już nasz, bracie, jesteś.
Nigdy nie wiadomo, na kogo ci przyjdzie". Sawickiemu
"przyszło" na wielbłąda i chce go mieć - "Kto mi zabroni?"
Niby oficjalnie nikt nie może mu zabronić, ale duże,
egzotyczne zwierzę niepokoi, zagraża i gorszy. Dlatego
sąsiedzi przyjmują z ulgą nagłe zniknięcie zwierzęcia z
jego ogródka. Znowu wszyscy stają się dla Sawickiego mili,
przyjacielscy i życzliwi.
Sawicki godzi się ze
społecznością, w której żyje, ale pozostaje w nim tęsknota
za wielbłądem, dzielona z wtajemniczonymi, np. z małym
chłopcem czule przechowującym w kieszonce figurkę
dwugarbnego zwierzęcia. Poza kontrolą większości obaj będą
dalej hołubić sympatię dla wielbłąda, skryci za maską
hodowców "swojskich zwierzątek".
"Duże zwierzę"
zostało zrealizowane w konwencji baśniowej przypowieści,
na taśmie czarno-białej. W tej filmowej poetyce zawiera
się też szary prowincjonalizm, małomiasteczkowa nuda i
aura czegoś manifestacyjnie niemodnego, ale również
łagodność i tajemnica. Konwencje baśniowe uniwersalizują
opowieść o zacnym panu Sawickim i jego wielbłądzie,
pozwalają mieszać marzenie z realnością, naiwność z
poezją, powagę z humorem, ucząc wierności dla własnych
przekonań i sympatii.
Oglądając filmy Jerzego
Stuhra odnosi się wrażenie, że dotyczą one - jak niewiele
innych polskich filmów z ostatnich lat - spraw ważnych,
aktualnych i uniwersalnych, że opowiada je człowiek,
którego coś dręczy i chce się tym podzielić z odbiorcami w
nadziei na wspólną refleksję. Nagrody uzyskiwane na
festiwalach krajowych i zagranicznych potwierdzają ich
artystyczną klasę. Niełatwo jednak "mieć wielbłąda". Dwa
lata Stuhr szukał producenta, aby nakręcić swój kolejny
film "Pogoda na jutro".
Józef Kozioł, który był
nauczycielem, członkiem KOR i działaczem "Solidarności",
zmuszony jest opuścić klasztorny azyl, gdzie schronił się
przed dwudziestu laty. W nowej rzeczywistości, której nie
zna i nie rozumie, wszystko dziwi go i zaskakuje: układy
społeczne, zachowania ludzi, wykształcone obyczaje,
programy telewizyjne, używany język oraz własna, porzucona
kiedyś, rodzina - żona i troje dzieci. Teraz musi zmierzyć
się z nową dla niego rzeczywistością początku XXI wieku,
jak baśniowy Rip van Winkle, który obudził się po ćwierć
wieku i nie mógł rozpoznać otaczającego go
świata.
Do przedstawienia polskich realiów AD 2003
oraz losów bohatera Stuhr wykorzystał konwencje komediowe.
Rzeczywistość, odbita w krzywym zwierciadle satyry,
zaprezentowana została na ekranie kinowym jako bardzo
śmieszna, ale zarazem dziwaczna, smutna i groźna. Świat
przedstawiony "Pogody na jutro" wydaje się prawdziwy,
dobrze znany z autopsji, jego komiczne zarysowanie bawi,
ale rychło zaczyna także przerażać, gdy ujawnia swą
ekspansywną głupotę, arogancję i zło.
Szczególny
niepokój Józefa budzi trójka dorosłych już dzieci.
Porzucił je, gdy były jeszcze małe, nie uczył, nie
osłaniał, zostawił w świecie bałaganu politycznego,
rozpadu tradycyjnego systemu wartości. Teraz ze zdumieniem
i zgrozą obserwuje syna zaangażowanego w kłamliwą kampanię
wyborczą prymitywnego i skorumpowanego polityka, jedną
córkę uczestniczącą w telewizyjnym programie, gdzie nagość
i publiczny seks stanowią podstawową atrakcję, drugą
uzależnioną od komputera, narkotyków i wpływu
wykorzystującego ją chłopaka.
Józef ma poczucie
winy, próbuje zrozumieć postępowanie swoich dzieci,
pragnie włączyć się w ich życie i jakoś im pomóc. Jednak
różnica pokoleń wydaje się większa niż bywała dotąd.
Ojciec i dzieci przynależą nie tylko do różnych formacji
wiekowych, ale także cywilizacyjnych. To zjawisko
społeczne, coraz bardziej powszechne i wyraźniej
dostrzegalne, przestało być zabawne. Józef, przerażony
cynizmem syna, z jakim planuje życiową karierę, pyta go z
trwogą o moralne zasady postępowania. Marcin wybucha
gniewem: "Jakie zasady? Co ty pierdzielisz? To trzeba nas
było wychowywać, a nie o ojczyznę walczyć i tylko modlić
się za nas". Dzieci obarczają więc pokolenie ojców
odpowiedzialnością za stan świadomości swojej
generacji.
Poczucie winy gnębi nie tylko Józefa,
ale także narratora "Pogody na jutro", w którym rozpoznaje
się tę samą osobowość, jaka prezentowała wszystkie
poprzednie filmy Stuhra: inteligenta przerażonego zmianami
zachodzącymi w polskim społeczeństwie.
W swoich
filmach Jerzy Stuhr nie potępia i nie piętnuje, raczej
manifestuje troskę i niepokój, wskazuje zagrożenia, broni
wspólnego dobra wyrosłego z tradycji i wiary w wyższe
wartości. Potrafi przeciwstawić się potocznemu myśleniu
większości, broniąc niemodnych już pryncypiów i postaw
uważanych za przegrane, nie potrafi jednak odmówić sobie -
wzorem pozytywistycznych reformatorów - prawa do nieco
naiwnego moralizatorstwa.
Stuhr poczuciem humoru
chroni swoje filmy przed zbytnim dydaktyzmem, pozwala mu
ono zachować właściwy dystans do przedstawianych bohaterów
i ich spraw, a równocześnie wyraża wiarę w inteligencję
widzów potrafiących samodzielnie wyciągać odpowiednie
wnioski z prezentowanych opowieści. Dlatego "Pogoda na
jutro" (tytuł znaczący), film śmieszny i gorzki
jednocześnie, kończy się, jak na komedię przystało, happy
endem - losy wszystkich bohaterów układają się szczęśliwie
lub po myśli widza, ale również, jak w dramacie
groteskowym, nie kończą się wcale, gdyż jego strukturą
narracyjną jest pierścień łączący początek z zakończeniem
- Józef znowu porzuca rodzinę, tym razem dla wschodniej
sekty religijnej, kolejny raz ucieka od trudnej
rzeczywistości i uwalnia się od ciążącej na nim
odpowiedzialności. Ciekawe, jakie zmiany zastanie w kraju
i w rodzinie, gdy za kolejne dwadzieścia lat zostanie
zmuszony do opuszczenia nowego azylu?
Przywykło się
sądzić, że większość widzów woli fajerwerkowe kino
popularne i nie dostrzega urody dzieł, które mają
wzruszać, bawić, ostrzegać i skłaniać do refleksji. Sądzę
jednak, że widzowie wtajemniczeni - a nie jest ich mało -
dostrzegają mistrzostwo filmowej formy, rozumieją
przesłanie i - piastując w kieszeniach malutkie figurki
wielbłąda - czekają na dalsze dzieła Jerzego
Stuhra.
Skrócona wersja tekstu, który ukaże się
w tomie "Autorzy polskiego kina", red. Grażyna Stachówna i
Joanna Wojnicka, nakładem krakowskiego wydawnictwa
Rabid. |
|
[ Powrót do Biblioteka - artykuły prasowe | Wykaz sekcji ] |
|
|