Polubić slajdy(1087 słów w tym tekście) (3065 ) 
FOTO, Maj 1999
autor: Ludwik Krzeczkowski
Pomysł na ten artykuł powstał podczas jednej z licznych odbywanych przeze mnie z Kazimierzem Pańszczykiem wycieczek na Babią Górę. Wówczas to spotkaliśmy na szlaku sympatycznego pana, właściciela dwóch Nikonów klasy F70, który to usłyszawszy, że fotografujemy na slajdach skomentował, że to bardzo trudny materiał - że trzeba zrobić pięć klatek, aby jedna wyszła dobrze. Zdziwiło nas to trochę, zważywszy na cenę, jak i klasę sprzętu, jaki wisiał mu na szyji.
Fotografuję prawie wyłącznie na slajdach od ponad kilkunastu lat, wykonuję głównie zdjęcia przyrodnicze - do publikacji. Używałem wielu aparatów, począwszy od Zenita 11 (początek lat 80.), poprzez różne jego modele (rewelacyjny był ten o symbolu 19, ale wytrzymał tylko miesiąc), poźniej była Praktica. Przy końcu lat 80. zacząłem przechodzić na sprzęt zachodni - testowałem Canony, Minolty i Nikony, po czym dochodziłem do dziwnych wniosków. O ile manualna optyka stałoogniskowa była dobra, to pomiar światła pozostawiał dużo do życzenia. Mając jednocześnie dwa aparaty - na przykład Minoltę i Canona, uzyskiwałem wyniki pomiaru światła na ten sam obiekt różniące się od siebie nawet o półtorej działki - tak samo różniły się od siebie wykonane obydwoma aparatami slajdy.
Najlepiej sprawdzał się Contax. Gdy na rynku pojawiła się Yashica 108 MP, z ciekawości zrobiłem tym aparatem kilkanaście rolek filmów. O dziwo, z 36 klatek naświetlanych bez żadnych korekcji 28 -32 było naświetlonych idealnie, co - biorąc pod uwagę moje poprzednie doświadczenia - było dobrym wynikiem. Różne koleje losu (musiałem wybierać - mieszkanie, albo sprzęt) spowodowały, że Yashiki 108 MP używam do dziś, ostatnio dokupiłem Yashikę 109 MP. (...) Mój sprzęt ma jeszcze jedną zaletę - gdy się brodzi z drogim Nikonem po pas w bagnie, bardziej myśli się o sprzęcie niż o temacie zdjęcia. Z Yashiką spadałem w górach, spływałem górską rzeką, upuściłem ją z drzewa i ani razu serce mi nie pękło, gdy widziałem, co się z nią dzieje. Yashica ma oczywiście swoje braki, ale wcale nie brakuje mi w niej autofokusa. Przydałby się natomiast pomiar błysku przez obiektyw, korekcja z prawdziwego zdarzenia, podgląd głębi ostrości - za to na pewno oddałbym te programy, które - choć być może dobre - dla mnie są jednak zbyteczne. Plusem Yashiki jest też możliwość korzystania z obiektywów M 42, za pośrednictwem adaptera. Optyka stałoogniskowa jest według mnie w dalszym ciągu doskonalsza niż zoomy. Na wspomnianej wycieczce na Babią Górę był z nami kolega ze sprzętem Canona (EOS z górnej półki) - różnica jakości zdjęć była bardzo wyraźna, na korzyść Yashiki. Sądzę, że wiem o co w tym wszystkim chodzi. Prawdziwa fotografia już była, teraz jest tylko dojenie klienta.
Powszechnie uważa się, że fotografowanie na materiałach odwracalnych jest trudniejsze, bardziej kłopotliwe, niż na barwnych negatywach. Spróbuję przekonać do zmiany tych poglądów...
Diapozytywy szczyt popularności osiągały w latach, gdy spore trudności sprawiało uzyskanie kolorowych odbitek. Były one wówczas praktycznie jedynie dostępną, względnie tanią formą fotografii kolorowej. Wraz z upowszechnieniem się barwnych negatywów i minilabów zainteresowanie slajdami malało. Dużo łatwiej przecież zademonstrować album rodzinny niż rozwijać ekran, ustawiać rzutnik i ładować magazynki. Diapozytywy, dzięki swoim niewątpliwym zaletom i specyficznej charakterystyce zaczęły stawać się materiałem typowo profesjonalnym, a także materiałem dla koneserów, smakoszy fotograficznych, ponad wszystko ceniących jakość i wierność barw.
Czy przeciętnemu hobbyście warto zatem polecić fotografowanie na materiałach odwracalnych? Na pewno warto, bo tylko slajd - nie dając możliwości skorygowania błędów - stanowi doskonałą szkołę fotografii, wymuszając niejako staranną kompozycję. Biorąc jeszcze pod uwagę małą tolerancję materiałów odwracalnych na błędy naświetlania, rzędu 0,5 EV, zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma pojęcia o prawidłowej ekspozycji błony ten, kto na nich nie fotografował.
Z tych słów wynika pewna sprzeczność. Zachęcanie trudnościami? Tak. Fotografowanie na diapozytywach przynosi wiele satysfakcji pod warunkiem, że robimy to świadomie. Pierwszym pytaniem, jakie należało by sobie zadać to - czy w dziedzinie fotografii, jaką chcemy uprawiać, używanie slajdu jest uzasadnione. Myślę, że gdy zdjęcia mają nam służyć tylko do celów rodzinno-pamiątkowych, to na pewno lepiej jest korzystać z negatywu (te wszystkie ciocie i babcie, czekające na odbitki...). Jeśli natomiast nasze ambicje kierują się na przykład w stronę fotografii krajobrazowej czy przyrodniczej - to na pewno slajd. Gdy już podjęliśmy decyzję i zdecydowaliśmy się używać materiałów odwracalnych, przychodzi pora na wybór sprzętu. Tu powinny pojawić się nazwy markowych aparatów, ale moja - prawie dwudziestoletnia - praktyka w fotografowaniu niemal wyłącznie na slajdach podsuwa mi trochę pokrętną radę - dobry jest każdy aparat posiadający dokładnie pracującą migawkę i światłomierz, najlepiej krzemowy. Bardzo ułatwia życie możliwość wprowadzania korekcji, choćby co 1/2 działki i automatyka czasu. Przydaje się też punktowy pomiar światła. Może to wydawać się staroświeckie, ale uważam, że chcąc mieć pełną kontrolę nad procesem naświetlania nie należy korzystać z dobrodziejstw rozmaitych programów, czy inteligencji ekspertów. Z całą pewnością jest to wygodne, ale niczego nie nauczy, a w przypadku fotografowania na materiałach odwracalnych przede wszystkim trzeba umieć właściwie interpretować wskazania światłomierza - wiedzieć od czego odbiło się światło i pamiętać o pewnej przewrotności diapozytywu. Gdy w aparacie mamy negatyw jasne jest, że aby uzyskać lepsze nasycenie barw błonę trzeba doświetlić. W przypadku slajdu jest dokładnie odwrotnie - lepsze nasycenie barw uzyskuje się minimalnie go niedoświetlając, około 1/2 EV.
Często spotykam się z opinią, że jeśli coś zasługuje na sfotografowanie, to warto zastosować bracketing, to znaczy wykonać trzy zdjęcia o różnym stopniu naświetlenia - w punkt, nieco niedoświetlone i nieco prześwietlone. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że znając materiał, na którym fotografujemy, wystarczy zastosować korektę tylko w jedną stronę - w przypadku diapozytywu jest to właśnie niedoświetlenie.
Rynek fotograficzny obfituje w wiele rodzajów błon diapozytywowych. Wybór konkretnego zależy od naszych upodobań kolorystycznych, jak też tematu zdjęć. W mojej ocenie filmem bezkonkurencyjnym jest Fuji Vel-via, niewiele ustępują jej Provia i Sensia. Aby być pewnym rezultatów musimy jednak znaleźć laboratorium gwarantujące perfekcyjną jakość obróbki, co wcale nie jest łatwe. Proces E6 jest o wiele bardziej skomplikowany niż - stosowany do barwnych negatywów - C41. Niewielkie odchylenia, na przykład temperatury, w czasie wywoływania błony powoduje, że efekt końcowy jest daleki od prawidłowego i naszych oczekiwań. Ważne jest też aby, nasze laboratorium zapewniało dużą powtarzalność wyników.
Co można fotografować na slajdach? Banałem będzie, gdy powiem, że wszystko. Wybór tematu zależy od naszych zainteresowań, myślę jednak, że slajdy nadają się przede wszystkim do pokazania piękna. środki masowego przekazu przesycone są agresją. Nagrody World Press Photo zdobywają fotoreporterzy robiący zdjęcia w miejscach kataklizmów, wojen i tragedii. Zdajemy się zapominać o otaczającym nas pięknie. Życie powinno zachwycać, a nie przerażać. Fotografujmy więc piękne kobiety, zachody słońca, kwiaty. Ja wybrałem przyrodę. Temat to tak obszerny, że nigdy się nim nie znudzę i - co najwspanialsze w fotografii - wiem, że jutro mogę zrobić lepsze zdjęcie niż wczoraj. |